ACTA zezwoli na gejowskie adopcje !!!

27/01/2012 22 uwag

Witam państwa. Jak donoszą media po raz pierwszy od pamiętnego obalenia reżim przez nabojkę dysydentów Lecha Poznań, rząd Donalda Tuska zaczął się chwiać w posadach. Masowe protesty, wybijane szyby i szantaże Anonymous.

- O co w tej sprawie właściwie chodzi? Czy rzeczywiście piractwo jest groźne? Profesorze Gwiazdowski?

- Jeśli ktoś nielegalnie skopiuje jakiś program, a wyda więcej na piwo, to gospodarka nie traci, a producenci piwa i budżet (z uwagi na podatek akcyzowy pobierany od piwa, a nie od programów komputerowych) nawet zyskują.

- Czy to znaczy, że dla gospodarki amerykańskiej lepiej, żeby Steve Jobs pił piwo, niż prawem autorskim chronił swoje oprogramowanie? Redaktorze Warzecha?

- Przede wszystkim, ceny bywają kompletnie oderwane od rzeczywistości i faktycznych kosztów wytwarzania produktów! Najlepszym tego przykładem jest właśnie oprogramowanie, zwłaszcza to popularne, jak systemy operacyjne czy pakiety biurowe Microsoftu, gdzie korzyści skali sprawiają, że koszt wyprodukowania jednej kopii jest minimalny. Tymczasem cena bywa kilkadziesiąt lub kilkaset razy wyższa. To niedopuszczalne! Narzucanie wysokich cen przez przedsiębiorcę jest sprzeczne z wolnym rynkiem.

-  Pan uważa inaczej, panie Cejrowski?

- Uważam, że należy legalny towar oferować tanio w dobrej jakości. Jak Steve Jobs piosenki po 99 centów. Pirackiej płyty DVD już się w USA nie kupi!

- No właśnie, czy to znaczy, że w USA już nie ma piractwa?

- Oczywiście, jak nie można kupić pirackiej płyty na bazarze, to jak obejrzeć film na video?

- Podobno kradzież prawa autorskiego opiera się na nowatorskiej idei utraconych korzyści? Czy rzeczywiście autor dzieła traci? Ekspert Instytutu Misesa.

- Badania pokazują, że najwięcej na słodycze wydają złodzieje batoników. A na pliki w sieci tzw. piraci. Zresztą pomysł utraconych korzyści jest sam w sobie absurdalny. Wielokrotnie apelowaliśmy, aby go znieść choćby w przypadku sądowych orzeczeń o rentę. Przecież nie wiadomo, czy ten dzisiejszy niepełnosprawny w ogóle znalazłby pracę!

- A jak wpłynie na wolność mediów? Oddajmy głos przedstawicielowi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Pośle Kurski?

- Weźmy choćby ostatnią sprawę. W kręgach dziennikarskich oskarża się posła Suskiego, że kradnie dowcipy redaktorowi Węglarczykowi. A przecież każdy może wymyślić dowcip o murzynie. Już po tym widać, że prawo autorskie to absurd!

- Doszły nas słuchy, że ACTA może mieć również wpływ na adopcje gejowskie. Co prawda nie ma tam przepisów o adopcjach, ale skąd mamy pewność, że rząd w przyszłości nie zmieni prawa? Oddajmy głos profesor Łętowskiej.

- Rząd ma rację, że ACTA bezpośrednio nic nie zmienia. Ale jest to argument tak prostacki z prawnego punktu widzenia, że aż podejrzany. Czy można aż tak nie widzieć problemów, które stworzy? ACTA jako akt prawa międzynarodowego zobowiązuje państwa do zapewnienia konkretnych warunków dochodzenia ochrony praw I poziomu ich ochrony. Te warunki są niepokojące. Gdy umowa ACTA będzie podpisana, to sygnatariusze będą pytać Polskę, jak ją realizuje. Będzie presja, że umowa została zawarta i trzeba ją implementować. I to tak, jak ten naciskający to rozumie.

- No właśnie, wszyscy znamy siłę lobby gejowsko-aborcyjnego! Czy nie jest to czasem szerszy problem naszej, nie bójmy się tego powiedzieć, ojczyzny? Problem niepodległości? Jarosław Lipszyc.

- Uważam, że kluczowa dla sprawy jest utrata suwerenności. Nasze prawo powinno być kształtowane w sposób demokratyczny; nieznani z nazwiska urzędnicy, którzy negocjowali przez lata tajne traktaty zadecydowali o tym, jak będzie wyglądał nasz porządek prawny i nasi posłowie nie mają tutaj nic do powiedzenia, bo podpis został złożony.

- Ale czy wobec tego nie należy pomyśleć o wyjściu z Unii Europejskiej? O pisowskim referendum w tej sprawie będzie następne Warto Rozmawiać, na które już teraz państwa gorąco zapraszam.

Do pierwszego siku

25/01/2012 27 uwag

- Masz, wypij! – powiedziała Arleta.

- Nie chcę – burknął Łukaszak – „Kasyno” oglądam!

- Masz, wypij! Proszę!

- A czy my ich czasem nie bojkotujemy?

- Bojkotujemy Coca-Colę i Milkę, no weź wypij, Łukaszku!

- No dobrze, niech będzie! – powiedział Łukaszek i wziął dwa hausty zimnej Pepsi. – Chyba lepsza niż Cola.

- No nie wiem,  przeczytaj – podsunęła mu laptopa na kolana.

- Jezu co to – zakrzyknął Łukaszek i jeszcze raz zaczął czytać, tym razem na głos:

Dziecięcy smak w puszcze.
Firma PepsiCo została oskarżona o to, że w celu poprawienia smaku wykorzystuje do produkcji swoich napojów linie komórek pochodzących z aborcji.

- Chryste, co teraz? – znowu zakrzyknął Łukaszek.

- Nie wiem, poczułeś dziecięcy smak w puszcze? – poważnie spytała Arleta.

- Jaki smak, głupia! Komórki są takie małe, że nie mogą mieć smaku! Ale jest coś gorszego, kurwa! – zaklął drżącym głosem.

-  Co?

- Nosimy w sobie życie!

- Jezu, Jezu, ale ja nic nie piłam – podskoczyła z wrażenia Arleta. – Dałam ci tylko spróbować. Jejku, przepraszam, nie chciałam – i zaczęła płakać.

- Jezu, co ja zrobię, Jeeeezuuuu! – złapał się za głowę Łukaszek, ale zaraz usiadł na pufie, próbują się uspokoić.

- Spokojnie, tylko spokojnie. Noszę w sobie życie, tak? Życie to dar, prawda? A więc noszę dar życia? No i co w tym złego – uśmiechnął się wreszcie. – Przynieś śledzi, i ogórków. Jestem w ciąży!

- Ale po co śledzie? – spytała oszołomiona Arleta.

- Mam zachcianki, jestem w ciąży! Heloł? Nie słyszysz? Wam ciężarnym, trzeba ciągle usługiwać. Teraz moja kolej.

- Dobrze, mogą być rolmopsy?

- Mogą, ale czekaj, czekaj. Jak myślisz – pytał, koniuszkami palców macając podbrzusze – jak długo to potrwa?

- Hmm, nie wiem, chyba do pierwszego siku?

- Tylko!? – krzyknął Łukaszek – tylko do pierwszego siku? Jak tak, to muszę natychmiast pędzić do redakcji!

Tramwaj, na który czekał Łukaszek jednak się spóźniał. Gdy wreszcie, tłumnie wypełniony Warszawiakami, dowlókł się na przystanek, spocony Łukaszek z życiem pod sercem, zrobił trzy kroki do środka, od progu wołając:

- Przepraszam, jestem w ciąży! Czy ktoś może zrobić mi miejsce?

Ale odpowiedział mu chichot i obojętne patrzenie w szyby, poza jednym panem, który zdawkowo rzucił: czego to pedały dziś nie wymyślą, zaraz  jednak chowając się za okładką tygodnika Wprost. Łukaszek musiał stać, ciągle macając podbrzusze.

- Słuchaj, jestem w ciąży! – zaczął szybko wyjaśniać redaktorowi Tomaszowi, który na początku się szeroko uśmiechnął, ale potem zaczął podskakiwać i głośno przeklinać.

- Jak dzieci nie zabierają, to je rozpuszczają, sukinsyny! – zasyczał.

- Dobrze, ale co teraz? – błagalnie pytał Łukaszek.

- A teraz, drogi Łukaszu, spróbujemy cie uratować w sztucznej macicy – odrzekł spokojnie Tomasz i  zaraz pobiegł do magazynu, gdzie leżały, całkiem jeszcze niezniszczone, inkubatory, hurtowo zwracane przez katoliczki.

Palestyńczyk

22/01/2012 48 uwag

Palestyńczyka Ehud znalazł na jednej z ulic koło domu. Miał czarne łapy, długa sierść pełną zwisających, kręconych loków i brązowy pyszczek z wiecznie mokrym noskiem. Fukał nim czasami tak śmiesznie, jakby nabawił się jakiegoś uczulenia. Albo zażył tabaki, przysyłanej przez dziadków z Polski.

Szczekać nie lubił, chyba że na obcych. Szczęśliwie w okolicach już obcych nie było. Wieczorami ganiał za pękiem granatów, które wybuchały mu w twarz lepkim, słodkim miąższem owocu, za każdym razem, gdy tylko Ehud rzucał mu je przez mur, oddzielający dom od ogrodu. Przy bramie ogrodu stała buda Palestyńczyka, którą Ehud pomalował w pomarańczowo-zieloną kratę. Nikt nie miał tak pięknie kraciastej budy jak Palestyńczyk. Ehud budował ją cztery dni, wielką, ze ściółką, że weszłoby tam i ze czterech Palestyńczyków. Raz się Ehud nawet zastanawiał, czy na tak duży obiekt nie powinien mieć zezwolenia, ale siostra mu powiedział, żeby się nie martwił. Przepisy w Izraelu zezwalają budować dowolnie wielką budę dla Palestyńczyka. Bo każde stworzenie powinno mieć swój własny dom!

Częściej jednak Palestyńczyk, zamiast w budzie, leżał w cieniu. Widocznie przeszkadzało mu słońce. Choć Ehud uważał, że to raczej wrodzona melancholia.

- Co ci jest, Palestyńczyku? – pytał go, głaszcząc mu głowę, a zaraz potem sprowadzał weterynarza.

- Powinien więcej pić, zęby się nie odwodnił! – tłumaczył weterynarz i zalecał podejrzanie drogie szczepionki.

Palestyńczyk mógł więc pić tyle wody, ile tylko zapragnął. W plastikowej, żółtej miseczce.  Metalowa za bardzo nagrzewała się w słońcu. Czasami, gdy było już naprawdę nie do zniesienia, brał Ehud Palestyńczyka do bagażnika i jechali razem nad morze. Palestyńczyk merdał wtedy ogonem, z nosem przyklejonym do szyby. Chyba się cieszył, że może pojeździć z Ehudem samochodem z klimatyzacją, szybko, drogami, które nie są zatłoczone.Widać Palestyńczyk też potrafił docenić komfort.

Ganiali się wtedy razem na plaży, Palestyńczyk i Pan jego, Ehud, a później szli razem na lody. Ehud kupował truskawkowe i dawał polizać Palestyńczykowi, bo w końcu chociaż to Palestyńczyk i jego pan, to jednak jak kumple to kumple. Wracali pod wieczór, Ehud śpiewał na głos ulubione kawałki, a Palestyńczyk zwodził do zachodu słońca, znowu merdając ogonem.

Na pytanie Trybunału Russela, czemu Ehud nazwał swojego psa „Palestyńczykiem”, Ehud odpowiedział, że przecież naród palestyński nie istnieje, więc nie ma kto się obrażać. A jeśli nawet, to skoro Etgar Keret mógł nazwać kota nazwiskiem Icchaka Rabinaa, to czemu on nie może nazwać psa zwykłym Palestyńczykiem?

PS Dokładne źródła ONZ tutaj (uwaga, długi PDF).

Too big to fail

19/01/2012 65 uwag

Nie wiadomo, komu ostatecznie zawdzięczamy sukces „trzystu miliardów na czysto”. Kandydatów oczywiście jest wielu. Wszak, jak nakazują mówić w UE: sukces ma wielu rodziców A, a porażka ni mamy, ni taty! Być może podziękować należy apolitycznemu Centrum im. Adama Smitha, być może Fundacji Obywatelskiego Rozwoju profesora Balcerowicza, a być może wreszcie samemu Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu? W każdym razie, gdy kilka lat temu na łamach prasy pojawiał się słynny artykuł redaktora Gadomskiego, wszyscy oni zostali przezeń przywołani, by uzasadnić tytułową tezę. Tezę o outsourcingu państwa polskiego.

- Państwo nie działa – argumentował Gadomski, cytując statystyki Centrum im. Adama Smitha –  kolej w stanie zapaści, bezrobocie rośnie, zadłużamy się na potęgę, a polscy politycy nie potrafią nawet zadbać o bezpieczeństwo prezydenta! Dlatego powinniśmy czym prędzej outsourcingować usługi państwowe. By żyło się lepiej. Wszystkim!

Początkowo pomysł skwitowano głośnym rechotem, zwłaszcza w sferach rządowych, ale przypadkowa przewrotność, z jakiej słynnie opozycja, zadecydowała o przeniknięciu owej idei do głównego nurtu medialnej dyskusji. Premier nie chce outsourcingować państwa Polskiego obcokrajowcom, bo jego znajomi nie zarobią na przetargach! – brzmiały pierwsze oskarżenia w mediach, co poniekąd było prawdą. Wszak z obcokrajowców premier znał tylko Radosława Sikorskiego. Outsourcing pozwoli postawić na fachowość! Outsourcing optymalizuje koszty! Outsourcing minimalizuje ryzyko korupcji! – krzyczały tytuły gazet i portali. Decydującym argumentem miała być likwidacja biurokracji – nowotworu hamującego drapieżną polską gospodarkę.

- To, ilu urzędników zatrudni zleceniobiorca, państwa Polskiego w ogóle nie interesuje – argumentował Gadomski – w momencie podpisania umowy, tłumy leniwych urzędników nie zostaną już na polskim garnuszku. Nie obciążą naszych kieszeni. To problem zleceniobiorcy, my płacimy tylko za usługę. I to bez żadnych kosztów pracy!

Wbrew pozorom do idei zapaliło się również sporo prawicowych wyborców i publicystów. Pierwsi ukuli nawet popularną w internecie koncepcję modernizacyjną WWW (Warszawa – Węgry – Watykan). Drudzy zwrócili uwagę, że outsourcingowane zostaną również media państwowe, a to oznacza powrót wolnorynkowej konkurencji, co przy ich umiejętnościach powinno gwarantować pracę, jeśli nie w Le Figaro, to przynajmniej telewizji Foxx. Pewne wątpliwości budził jedynie problem rozstrzygania ewentualnych sporów sądowych, ale Centrum im. Adama Smitha czym prędzej sięgnęło po prace Murray’a Newtona Rothbarda o sądzie polubownym i sądach prywatnych. A z takim autorytetem trudno się spierać. Dyskusja trwałaby pewnie jeszcze lat naście, gdyby nie fakt, iż banki, korporacje i państwa, które zamierzały zarabiać na outsourcingu usług państwowych, wypuściły na rynek tzw. CDOFO-sy (Collateralized Debt Outsourcing Fees Obligation), czyli obligacje zabezpieczone zyskami z przyszłych umów outsourcingowych.

- Polska nie może się teraz wycofać! – grzmiała kanclerze Niemiec, prezydent Francji i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. System finansowy dostanie zapaści, jeśli CDOFO-sy okażą się toksycznymi aktywami!

Po burzliwych sporach w parlamencie, posłowie przegłosowali zawarcie umów outsourcingowych, pod warunkiem zachowanie języka polskiego i krzyży w szkołach. Rok później doszło do podpisania pierwszych porozumień. Długo by wymieniać, kto jakiej usługi dostarczał. Dość rzec, że Amerykanie dostali służbę zdrowia i politykę zagraniczną, Australia adopcje, Szwecja eutanazję, Watykan księgowość, a Kanada opiekę nad polską emigracją. Turcja świadczyła politykę historyczną, Austria straż graniczną, a Włosi turystykę. Izrael wziął bezpieczeństwo wewnętrzne. Dzięki czemu polscy kibice zrozumieli, co znaczy odpowiedzialność zbiorowa, a Polska A mogła się wreszcie oddzielić od Polski B przysłowiowych Ziutków. Murem na wysokość 8 metrów. Niemcy dostali rynek kapitałowy, a Hiszpanie bankowość.

I właśnie Hiszpanie, pamiętając o miłosierdziu, jakiego bezrobotnym udziela międzynarodowy świat finansów, zbudowali nad Wisłą poplątaną, pajęczą sieć banków, w której zatrudnili blisko 70% Polaków, by po dwóch latach poprosić amerykański FED i europejski EBC o 300 miliardów pomocy. Bo przecież taki bank – jak argumentowali – jest po prostu zbyt duży, by upaść.

Przypadek Justyny

16/01/2012 53 uwag

Odkąd w 2027 r. dogorywająca Unia Europejska zaczęła przysposabiać niepełnosprawnuchów do pracy, musiało dojść do skandalu. Jak zawsze, gdy państwo ingeruje w ludzkie działanie! Weźmy chociażby przypadek Justyny.

Justyna Abusepulos do kraju łupków wróciła wraz z mężem Stratosem Abusepulosem w roku 2013, promem „Nadzieja”, który zabierał wszystkich emigrantów z bankrutującej Grecji. Umościli sobie gniazdko na warszawskiej Pradze Północ, gdzie zazwyczaj kierowano greckich imigrantów. Powstała nawet urocza nazwa „Mała Hellada”. Justyna mogła wreszcie zacząć żyć ja normalny człowiek. Wśród swoich.

I rzeczywiście zaczęła. Polubiła polskie seriale, poranne spacery nad Wisłą i wyjadanie oliwek z pizzy. Nie miała pracy, w Grecji pełniła rolę pocztowej biurwy, zresztą podobnie jak mąż, tyle że on był biurwą ruchomą – roznosił listy. Justyna jednak nie narzekała, miała czas na seriale i nie okradała rodaków jak rodzeństwo Stratosa w Salonikach. Czasami jednak myślała, żeby się przebranżowić, choć trochę ulżyć zapracowanemu Stratosowi, zacząć dokładać do domowego ogniska. Wciąż jednak nie wiedziała kiedy, jak i od czego zacząć? Może spróbować na wiosnę? I właśnie pewnego wiosennego dnia, gdy wykonując obowiązki domowe, przeczytała na swoim tablecie do prasowania wywiad z Iloną Łepkowską, coś w niej  zakiełkowało. I bynajmniej nie było to nowe życie.

- Uważam też, że jest rzeczą absolutnie normalną, że jak kobieta ma małe dziecko, które jest ciężko chore, to będąc w pracy, nawet zostawiwszy je pod dobrą opieką, jakaś część jej mózgu jest nastawiona na to, co się dzieje z dzieckiem. To jest biologia. – czytała Justyna i z początku śmiała się do rozpuku, choć przecież rozpuk od niedawna też refundowano.

Zaraz jednak zaczęła dotykać czaszki, najpierw prawą półkulę, potem lewą, wreszcie objęła dwoma rękoma całą głowę i zaczęła trząść nią niczym słoikiem ogórków. Hmm… a może Łepkowska ma rację i jakaś część mózgu Justyny jest nastawiona na to, co się dzieje z dzieckiem? Przecież to jest biologia! Dziecka Justyna nie miała, ale miała za to mechanicznego kota, o którego rzeczywiście wciąż się zamartwiała, za każdym razem, gdy się tylko zawiesił. Stawał wtedy w półkroku, nie reagował na żadną komendę i robił takie smutne, puste oczka. Zupełnie jak te greckie babcie, co to nieustannie wyglądają przez okno.

Trzy doby biła się Justyna z myślami, czy jest wydajna i czy biologia nie zrobiła z niej niepełnosprawnego pracownika. Wreszcie postanowiła, że jeśli ma się przebranżowić, to lepiej zawczasu się przygotować. I zacząć od amputacji rodzicielskiej empatii. W tajemnicy przed Stratosem, zostawiwszy samochód pod blokiem, ruszyła na zabieg tanim warszawskim metrem, zasilanym najmniejszymi liniami oporu. Minęła bursztynowe popiersie Millera na placu Rumsfelda i anonimowy pomnik embriona w skali 1:1 przy kościele św. Katarzyny. Trochę się bała, ale w duchu pomyślała, że może uprosi panów lekarzy i ci zgodzą się też amputować Justynie bojaźliwość. To też pomoże na rynku pracy.

Operacja trwała ledwie kilka godzin, komórki macierzyste i lasery już od 2020 potrafiły czynić wprost cuda. Justyna obudziła się obolała, ale szczęśliwa. Dotknęła głowy, ale ta, ku jej zdziwieniu, bynajmniej nie została zabandażowana. W bandażach miała natomiast piersi, uda, stopy i krocze. Zerwała się przerażona i ciągnąc za sobą kroplówkę, pokuśtykała do gabinetu lekarzy.

- Chciała pani – spytał uprzejmie prof. Bielecki – aby amputowano jej część mózgu, żeby pracodawca nie obawiał się, że jest pani nastawiona na myślenie o chorym dziecku?
- Dokładnie!
- No więc jako mężczyzny absolutnie nikt panią nie będzie o to podejrzewał!

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 685 other followers