Czego uczy nas referendum w Katalonii

02/10/2017 76 Komentarzy

Początkowo wszystko wskazywało na to, że sceny z Barcelony będą przypominały raczej te z puszczy białowieskiej i protestów Obywateli IV RP. A więc, że rządowe służby mundurowe, jeśli już, to co najwyżej będą siedzących protestujących zastraszały i wynosiły, ale bez masowego i ostentacyjnego użycia brutalnej przemocy. A komentujący Polacy będą przeciw wynoszeniu, albo za wynoszeniem, w zależności od tego, komu w tym „separastycznym” sporze kibicują przy klawiaturach. I rzeczywiście przy pierwszych akcjach policji takie komentarze dało się zauważyć, tak jak daje się je zauważyć po każdej akcji policji, czy to w III, czy IV RP. Gdy polska policja wynosi, dajmy na to, ONRowców, to klaszczą bowiem antyONRowcy. Gdy z kolei wynosi ekologów, to klaszczą anty-ekolodzy. I to jest właśnie pierwsza lekcja z obserwowania reakcji na katalońskie referendum. Że w Polsce generalnie nie ma ponadpartyjnego oporu co do użycia siły przez policję, o ile nie jest ona przesadna.

W miarę nasilania się pokojowych protestów sprawy w Barcelonie wymknęły się jednak spod kontroli, kopane i ciągane za włosy kobiety, bite staruszki, mężczyźni krwawiący od gumowych pocisków. Dziesiątki zdjęć i filmików. Ponad 700 osób rannych, to jest siedem razy więcej niż w ostatnim zamachu terrorystycznym. I wtedy, zwłaszcza na polskiej prawicy, pojawiało się tak dobrze znane Schadenfreude, że jak to wspaniale, gdyż u nas, nad Wisłą tak (za sprawą PiS, oczywiście) jest spokojnie. Owszem, odważne to słowa w kontekście katowania Igora Stachowiaka, ale słowa też dosyć znamienne. Bo pokazują, że Polacy potrafią i w czyimś nieszczęściu znaleźć pociechę. Przy każdym zamachu bombowym takich pociech, a nawet małych, polskich radości, pojawiają się setki, jak nie tysiące. I to jest smutna lekcja numer dwa.

W ramach owego Schadenfreude najwięcej dostało się oczywiście, nie tyle prawicowemu premierowi, który na bezbronne staruszki napuścił Golendzinów, a Donaldowi Tuskowi i całej UE. Abstrahując od faktu, że jeśli UE w tej sprawie nie zareaguje, to przy każdym kolejnym pokrzykiwaniu o praworządności zawsze jej to wypomną, łatwo zauważyć, że „niemoc” Tuska i Timmermansa, obok spodziewanego prześladowania RAŚ, będzie teraz rozgrywana także w polityce wewnętrznej. Czy będzie rozgrywana w samej UE? Zapewne, ale może się zdarzyć, że unijni przywódcy, czujący autentyczną niemoc wobec kazusu Katalonii, odbiją to sobie na Polsce, kraju do bicia, w oślej ławce na tyłach. I właśnie owe wewnętrzne, a może i zewnętrzne, przełożenie na sprawy polskie jest lekcją numer trzy.

Podczas referendum nie było zbrojnych „starać” obu stron, jak to miały przedstawiać niektóre zachodnie media, a jedynie byli bici i ci który biją. Biją ciężkimi pałami. A teraz wyobraźmy sobie, że Katalończycy do obrony używają broni palnej, którą masowo trzymają w domach. Rzecz jasna, nasłani mundurowi zdawaliby sobie z tego sprawę, a więc na „pacyfikację” lokali wyborczych ruszyliby z ciężkim sprzętem. Szczęśliwie Hiszpania, pomna lat 30tych, ma jedne z bardziej restrykcyjnych przepisów w sprawie dostępu do broni. I to jest właśnie lekcja numer cztery, także w kontekście ostatnich pomysłów partii Kukiz.

Przemoc wobec pokojowo protestujących, co do zasady, wzbudza szok i oburzenie. Nie piszę tutaj o całej zgrai prawicowych, i nie tylko, moczarowców, dla których zrzucanie kobiet ze schodów jest usprawiedliwione, bo przecież referendum było nielegalne (podpowiem: ślubowanie sędziego Muszyńskiego też nie). Jakkolwiek cynicznie by to nie zabrzmiało, polska opinia publiczna, jednocześnie i zestrachana przed relokowanymi islamskimi dwulatkami i tak często szydząca z „miękkości” zachodniej policji, właśnie dostała obraz, na co sobie potrafią pozwolić zachodnie demokracje, gdy bronią swej sprawy i gdy ją atakują. Przy katalońskich zajściach siła oporu i siła przemocy w Polsce bledną, a to oznacza, że jeśli istnieją społeczeństwa pokorne, to należą do nich właśnie obecni potomkowie husarii. I to jest lekcja numer pięć.

A przecież całą sprawę można było rozwiązać zupełnie inaczej. Zamiast zaostrzać stanowisko obu stron, usiąść do rozmów nad poszerzoną autonomią, którą cieszy się choćby kraj Basków. Zajmowanie skrajnych pozycji, w efekcie doprowadza do używania skrajnych rozwiązań. Za każdym więc razem, gdy w Polsce jedna z radykalnych stron sporu próbuje dyscyplinować „swoich” za próbę przerzucania mostów porozumienia, należy przypomnieć sobie tę oto lekcję numer sześć.

Gdyby jednak sprawy Katalonii nie udało się rozwiązać inaczej niż przez referendum, powstaje pytanie, czemu go nie przeprowadzić? Czemu przynależność do danej wspólnoty ma być przymusowa, skoro większość osób zamieszkałych na danym terenie tego nie chce? Osobiście nie widzę problemu, gdy większość Ślązaków, czy Mazurów nagle zechce się odłączyć. Właśnie w takich plebiscytach przyłączano do Polski część ziem przed wojną, czemu nie można ich w demokratyczny odłączyć? Bo w istocie chodzi tu przecież o demokrację. Osoby sprzeciwiające się referendum w Katalonii to osoby, które, w gruncie rzeczy, kochają demokrację warunkowo, tj. tylko wtedy, gdy ta nie narusza innych ważniejszych od demokracji wartości, jak choćby  integralność terytorialna. Nie rozumieją, że wolny demokratyczny świat polega na tym, że tak jak Szkocja, tak Katalonia może sobie sama większościowym głosowaniem wybrać swój los. Nie rozumieją, że w gruncie rzeczy są integrystami a nie demokratami, chociaż na takich od lat pozują. I to jest zaskakująca dla nich lekcja numer siedem.

Najtrudniej do owego separatyzmu odnieść się jest lewicy, co widać po dezorientacji lewicowych głosów w Polsce. Tymczasem, choćby z praktycznych powodów, temat ten powinna lewica dawno brać na sztandary. Dobrym tego przykładem Candidatura d’Unitat Popular – łącząca lewicową wizję z katalońskim separatyzmem, która ma wygrywać w Barcelonie z Podemos. Jak bowiem słusznie powiedział Karol Modzelewski narody nie znikną, to jest owa „nadbudowa”, która nadal najmocniej obok religii działa na zmysły. Jeśli więc narodowy wiatr wciąż dmie w żagiel, czemu lewica ma go nie wykorzystać, choćby po to, by ruch ów cywilizować? Skoro w przeciwieństwie do wysługujących się carowi endeków, to lewicy niepodległościowej zawdzięczają Polacy odzyskanie państwa, czemu nie wykorzystać tego tak, jak to próbuje robić lewica katalońska? O tym jest właśnie lekcja numer osiem.

Są jednak tacy, co uważają, że zamiast dane nacjonalizmy cywilizować, lepiej wrogość podsycać, jednych napuszczać na drugich. Nie tylko w ramach jednego państwa, ale zwłaszcza między państwami. Na krótką metę może to przynieść wymierne zyski, ale na dłuższą może się skończyć tragicznie. Za polską granicą właśnie do parlamentu dostała się niejaka AFD, która potrafi wysławiać sam Wehrmacht. Póki co na temat Polski wypowiada się dosyć oględnie, ale im więcej będzie się Niemców dźgało patykiem, tym bardziej w końcu wybuchną. Tylko wtedy AFD może być już w koalicji rządzącej najsilniejszym krajem w UE, a zaczepiająca ją Polska w koalicji z Witoldem Waszczykowskim. I to jest dla wszystkich najważniejsza lekcja numer dziewięć.

Reklamy

Napluć w twarz

25/09/2017 24 Komentarze

Wydaje się, że trudno o lepszy prezent dla tych wszystkich obcokrajowców, którzy od lat twierdzą, że Polska jest krajem antysemickim, tudzież faszyzującym, niż „dobra zmiana” w Instytucie Pamięci Narodowej.
A przecież tyle ostatnio włożono wysiłku w próbę dystansu IPN od bieżących sporów politycznych, skupienie się na autentycznej pracy, a nie na politycznej instrumentalizacji prac Instytutu.

I nie chodzi tu tylko o ważne książki (m.in. o Zagładzie Żydów czy polskich robotnicach w latach 1945-1960), ale raczej o wycofanie się z pierwszej linii politycznego sporu i pełnienie roli rozjemcy, czy też ostatecznej instancji historycznej dla opinii publicznej. Bo to na dorobek IPN powoływano się przy gorących dyskusjach o morderstwach dokonywanych na przykład przez żołnierzy wyklętych, choćby w Glinciszkach i Dubinkach. I nic dziwnego, o tym, że w Dubinkach żołnierze majora Łupaszki dopuścili się zbrodni wojennej, celowo mordując blisko 70 cywili, w tym większość kobiet i dzieci, napisał choćby Paweł Rokicki w monografii wydanej właśnie przez IPN.

Dziś wydaje się to wszystko przeszłością. Dziś wraca, stary, „dobry” IPN. Pal licho sprawę ambasadora Przyłębskiego, nawet jeśli trudno przejść obojętnie wobec faktu, ilu osobom w PRL złamano karierę naukową, bo te same z siebie nie podpisywały „zobowiązań do kapowania”. Bardziej skandaliczna jest choćby sprawa Dąbrowszczaków, czyli lewicowych ochotników walczących nie tylko z Franco, ale jego nazistowskimi przyjaciółmi. O tym, że Dąbrowszczacy przelewali krew, walcząc z nazistami, którzy ledwie kilkanaście miesięcy później takie same bomby zrzucali na Warszawę, szanowny IPN nie raczy informować swoich czytelników.

Zamiast tego robi się z Dąbrowszczaków krwawych katów Stalina. Problem jednak w tym, że, w przeciwieństwie do wojsk Franco, nie ma ani jednego dowodu na jakąkolwiek zbrodnię tych biednych (dosłownie) ludzi, którzy, nieco naiwnie, wplątali się w pierwszą totalną wojnę XX wieku. Wiadomo jednocześnie, że od IPN nie dowiecie się, że Dąbrowszczacy walczyli np. pod Narwikiem, a hiszpańska Republika, której bronili, była popierana przez takich „komunistów” jak Kazimierz Pużak czy George Orwell.

Zostawmy jednak Dąbrowszczaków, prawdziwe szambo wybiło, gdy okazało się, jak IPN wspiera Narodowe Siły Zbrojne, w tym zwłaszcza Brygadę Świętokrzyską … czytaj dalej na

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,22409503,dobra-zmiana-w-ipn-to-prezent-dla-tych-ktorzy-twierdza-ze.html

Kwestia odwagi

24/09/2017 11 Komentarzy

Przyznam, że nie do końca rozumiem oburzenie na słowa Krystyny Pawłowicz, jakoby to lewactwo winne było samobójstwa Kacpra. Przecież do dobrych paru lat lewactwo jest winne wszystkiemu. Gdy mordują religijni fanatycy, winni są ateistyczni lewacy. Bo sprowadzili multikulti. Gdy odwrotnie, mordują przeciwnicy multikulti, jak Breivik, też – choćby wg Warzechy – winne jest właśnie lewactwo. Bo kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Gdy zaś w USA kliniki aborcyjne, czy kluby gejowskie ostrzeliwują fanatyczni religijni chrześcijanie, też winni są lewacy. Bo prowokują. Obwinianie lewactwa jest retoryczną taktyką obecną na prawicy od lat, czemu więc dopiero teraz budzi takie oburzenie?

Oczywiście nie jest też tak, że na śmierci tego nieszczęsnego chłopca poklask chce zdobyć tylko Krystyna Pawłowicz. Poklask chce zdobyć nagle wielce oburzona Platforma, która sprawy LGBT miała w głębokiej pogardzie, poklask chcą zdobyć media relacjonując gównoburzę (tak działa kapitalizm). Wczoraj mieliśmy akcję znicz dla Kacpra. Pod MEN przyszła garstka osób, chociaż głosów oburzenia na Pawłowicz są dzisiaj setki.

Abstrahując od formy i inwektyw Krystyny Pawłowicz jest jednak w jej poście coś, co może dać do myślenia. A mianowicie „wymaganie odwagi”. Rzeczywiście liberalno-lewicowy przekaz medialny wydaje się właśnie taki, że warto się nie bać. Warto comingoutować swoją seksualność. Problem jednak w tym, że to literalnie wręcz jest niebezpieczne. A gdy zaczynają robić to dzieci, to przy tradycyjnym/obecnym poziomie nienawiści w szkołach, może się to skończyć tragicznie. Owszem, zmiany mentalności są niezbędne, ale to zadanie na lata, tymczasem żyjemy tu i teraz. Pytanie więc brzmi: czy być może nie powinno się do coming outu zniechęcać? Być może, zwłaszcza młodych ludzi, należy wręcz przestrzegać: w tym barbarzyńskim kraju „obnoszenie się z seksualnością” jest zagrożeniem twojego życia lub zdrowia. Analogiczna sytuacja ma miejsce także przy kulturze gwałtu i ostrzeganiu kobiet, że mają do czynienia ze społeczeństwem osobników pokroju Ziemkiewicza – rechoczących z żartów „kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej”. Analogicznie jest też w przypadku koloru skóry, czyż nie warto zagranicznych znajomych ostrzec, o tym, że za „ciapaty kolor skóry” na polskiej wyspie tolerancji, mogą skończyć z rozbitą butelką w głowie?

Z drugiej strony takie myślenie ma swoje oczywiste wady. Takie myślenie już przerabiano, choćby przy okazji dyskusji o rasizmie i apartheidzie. Że wiecie, rozumiecie, my też jesteśmy przeciwko rasizmowi, ale jak się dzieci połączy w jednej klasie, to się pozabijają. Więc niech ten jeszcze trochę rasizm trwa, dla ich bezpieczeństwa ofkors.

I tu właśnie wychodzi rola państwa. Rzadko to piszę, ale pojawia się pytanie, dlaczego po takich wypadkach żaden z dyrektorów nie traci pracy? Dlaczego nie ma czystki, gównoburzy, jednego, drugiego, trzeciego śledztwa? Dlaczego na dyrektorów nie pada strach, gdy słyszą o takich wypadkach, bo wiedzą, że ich psim obowiązkiem jest ryzyko bullingu niwelować. Tak jak w przypadku ofiar rasistowskich podpaleń, czy ofiar homofobicznych pobić, pewnie mimowolnie, ale jednak śmierć Kacpra jest pewną ofiarą.  Pytanie, czy jesteśmy w stanie zrobić coś, żeby nie poszła na marne. Bo póki co, wszyscy skupiają się na oburzonku nad nic nieznaczącą posłanką.

Dlaczego afera bilbordowa pomoże PISowi?

19/09/2017 35 Komentarzy

 

Na pierwszy rzut oka z całego tego bilbordowego syfu trudno wybrać coś, co bardziej robi nam jaw-dropping i jedno wielkie wtf na skalę zastanej bezczelności. Czy fakt, że na statutową promocję zajebistości Polski za granicą, wydawane jest ileś milionów na banery w Polsce z sędziami kradnącymi kiełbasę (przyjedź do Polski, twój wurst już tam jest)? Czy może to, że, aby się dowiedzieć o tej kiełbasie za całe 6,40 PLN, trzeba wydać circa 19 milionów? A może jakość tych bilbordów przypominających te biało-czarne likiery Sheridana sprzedawane obok Carlo Rossi i Fresco? A może, głupia sprawa, okoliczność, że bez przetargu zlecenie zgarnęły przydupasy Szydło, którzy akurat przechodzili z tragarzami i w kilka tygodni założyli spółkę? Może jednak widok wyglancowanego Świrskiego strzygącego paznokciami i mówiącego, że on jest obywatelem więc, o co w ogóle Wam chodzi? Ma obywatel 100 mln to se je wyda, jak chce. Może jednak bardziej fakt, że te spółki, co się zrzuciły, wcześniej jakoś podwyższały nam wszystkim opłaty za swoje usługi, albo fakt, że za milionowe pensje do tych spółek trafiły osoby, które wszystkim czym zarządzały to biletem miesięcznym na Nowogrodzką? A może wreszcie to, że sam PiS ma na to totalnie wyj…ane, i bez ogródek jeden mówi, że to kampania partyjna, a drugi, że nie partyjna, bo w sumie co im może zrobić prokuratura, sądy, trybunały? To samo co Szyszce za jego stodołę. Czyli nic.

Ale nie dlatego afera bilbordowa pomoże PiS. I nie dlatego też, że partyjne owce już coś bredzą o portalu dla bezdomnych, choć on taki dla bezdomnych, że zaprogramował go PIS i do dziś idzie przez niego 500+. PiSowi afera bilbordowa pomoże, bo to gigantyczna kasa. I nikt z opozycji taką kasą nie dysponuje. Opozycja pokwiczy, media nieodzyskane pokrzyczą, zaraz rzucą się na wielbłądy z Janowa, a kasa jest zaklepana. Istotą tej katolickiej w duchu operacji jest bowiem zagarnięcie ogromnej kwoty na raz. I teraz przy każdej kolejnej kampanii będzie można wynajmować aktorów po 4 tysie do spotów, które dziwnym trafem będą zbieżne z tym, co pani Beata mówi na konferencjach. Na tym właśnie polega istota orbanizmu, że niby formalnie wszyscy gramy w tej samej przygodówce, tylko jeden z zawodników może sobie wybrać tyle goldu z farmy, ile sobie zapragnie.

A przecież na horyzoncie majaczy nowe lotnisko w Baranowie. Pomyślcie tylko: ile kasy do rozgrabienia? Już nawet nie miliony, ale miliardy. Spółki, spółeczki zakładane na wujka ciotki doradców wiceministra XYZ, firmy budowalne pompujące miliony na Fundację Obrony Polskości na Maledwiach, sponsorowane reklamy betonu w gazetach Lolskich, obsługa prawna, obsługa PRowa, obsługa obsługi PRowej, helikoptery z reklamami, balony ze złota, nieruchomości, ruchomości, złoto, szmaragdy, alkohol. Do utrzymania tego wszystkiego potrzeba potężnej machiny propagandowej i właśnie po to były zmiany w prokuraturze, po to będą zmiany w sądownictwie i mediach, i po to wreszcie czeka 100 milionów do wydania na „promocję Polski zagranicą”.

Miłosierdzie dla post-zarembizmów

17/09/2017 6 Komentarzy

 

Mało kto dziś pamięta, ale to właśnie Piotr Zaremba był protoplastą symetryzmu w polskiej publicystyce. Jego, swego czasu, słynne stanie na barykadzie, dzielnie włosa na czworo i rozważanie różnych punktów widzenia zyskało nawet żartobliwą nazwę „zarembizmów”. Dziś, gdy symetryzm jest, albo narzędziem infantylnego wywyższania się nad fajnopolackim motłochem, albo zamaskowanym wspieraniem PiSu (policzcie u symetrystów proporcje jechania PiSu i PO-N) zarembizmy wydają się niewinną igraszką. Igraszką prezentowaną choćby w Newsweeku, gdzie obok Zaremby, za pieniądze niemieckiego koncernu Michał Karnowski stawiał pierwsze centroprawicowe teksty.

Stąd powolne osuwanie się Zaremby, jego pójście w otchłań i holowanie najbardziej cynicznych dziennikarskich bliźniaków w Polsce, swego czasu, tak bardzo dziwiło. W pewnym momencie już dziwić przestało. Ostatecznym upadkiem była chyba laudacja dla Jarosława Kaczyńskiego – „Człowieka wolności”, który, zdaniem Zaremby, włączył nas w grę o zmianę świata… i dał nadzieję na świat i bardziej skomplikowany i lepszy. Dziś, gdy ten Passent IV RP, zostaje w wpolityce już tylko z rubryką kulturalną (notabene dosyć komiczną), a swoje rzekomo antypisowskie treści może już publikować jedynie w niepartyjnej prasie, można postawić pytanie, czy tak być powinno?

Zresztą Zaremba jest tu tylko przykładem. To samo można powiedzieć o Giertychu, Kamińskim, Szczepkowskiej, czy ostatnio Królikowskim albo Dornie. Albo o Skwiecińskim czy Mazurku, którego nonkonformizm można poznać po pytaniach, jakie zadawał księdzu, co kłamliwe stygmatyzował dzieci z in vitro. Tylko o Ogórek tak nie można powiedzieć, jest zbyt obślizgła nawet jak na standardy wiecznego mercato w III i IV RP.

Jedni powiedzą, że to źle. Że problemem w Polsce jest całkowity brak odpowiedzialności za własne czyny. Że możesz przechodzić z jednego obozu do drugiego niczym Chazan od stołu aborcyjnego do stołu Terlikowskiego. Że możesz włazić jednej partii po same gardło, ale gdy raz strzelisz focha, to druga strona otwiera przed Tobą drzwi na oścież. Powiedzą też, i będą mieli po części rację, że dopuszczenie Zaremby do obozu przeciwników pozwoli prawej stronie na tkanie propagandowej wersji o rzekomym pluralizmie i przykryciu smutnej prawdy, że 3 lata temu wszyscy tam prześcigali się w pisaniu pod jedną słuszną partię. To zresztą się już dzieje, pojawiają się głosy o wielkim pluralistycznym sporze między Do Rzeczy a WSieci.  Tymczasem spór ten dotyczy, po pierwsze, fruktów od władzy, bo ramówka nie jest z gumy i nie każdy dostanie własny program. Po drugie, odpowiedzi na pytanie, jak działać, żeby PIS ciągle był przy władzy. Wpolityce uważa, że trzeba ostrzej prawacko sokoburakowić, a DoRzeczy, że trzeba łagodniej żerkować (if you know what I mean), ale i jedni, i drudzy chcą, żeby partia matka nam wciąż panowała. Przy sporach Sroczyński vs Maziarski maoistyczno-trockistowskie spory na prawicy wyglądają dość groteskowo. Ale takie stawianie sprawy ma z kolei ten feler, że trzeba wyrzucić poza nawias dyskusji kogoś, kto w ogóle dopuszcza, że PIS ma prawo rządzić Polską. I abstrahując od faktycznych (nie)możliwości, wykluczenie z dyskusji jawnie proPISowskich dziennikarzy każe zadać pytanie, czy wobec tego należy też wykluczyć dziennikarzy jawnie proPOwskich, proRazemkowych, proKorwinowskich?

Inni powiedzą, że z transferem Zaremby to dobrze. Albowiem to, co nas uratuje, to obniżenie temperatury, szukanie punktów wspólnych, czy wręcz próba utrzymania rozpadającej się wspólnoty. Czyli że zamiast wojować należy bardziej wosiować. Problem z wosiowaniem jest jednak taki, że Rafał Woś przypomina trochę faceta, który spóźnił się na oczepiny i się dziwi, czemu goście weselni napieprzają się po łbach sztachetami. Nie tylko nie rozumie odwiecznego historycznego sporu na prawicy, który rozmaite psychiatryki omawiały 10 lat temu, stąd jego pochwała oryginalności Zychowicza dowodem raczej jest ignorancji. Nie rozumie także jedynych dających się zacytować słów Rymkiewicza, że to co nas podzieliło – to już się nie sklei. Właśnie dlatego, że my wszyscy, może poza Wosiem, na tym weselu pijemy wódkę od iluś godzin i serio się nasłuchaliśmy o gejach od Semki, czy o ubeckich rowach naszych starych od zataczających się Gmyzów. Podobnie zresztą druga strona, tyle się nasłuchała o Jarku dymającego kota albo o tym, że śmierdzi im z gęby patriotyczną cebulą, że dramatyczne „nie kłóćcie się” raczej nie zadziała.

Możliwa jest jeszcze jedna odpowiedź, a mianowicie, że wobec coraz szybszego pikowania dziennikarstwa w dół, warto dawać szpalty tym, którzy jeszcze mają cokolwiek do powiedzenia. Za kilka lat nawet ich już nie będzie.

 

 

 

A co jeśli dają radę

16/09/2017 28 Komentarzy

Nie wiedząc, dlaczego zespół teraz wygrywa, w przyszłości zarząd nie będzie też wiedział, czemu przegrywa – te słowa, ponoć samego boskiego Cruyffa, przypominają mi się za każdym razem, gdy słyszę rechot z wysokich notowań PISu tych wszystkich mędrków, którzy zwykle ex post potrafią doskonale dorobić uzasadnienie, że przecież wyniki sondaży są oczywiste do przewidzenia. Tyle, że właśnie nie są.

Bo przecież, gdybyśmy zrobili takie doświadczenie, i dajmy na to, rok temu położyli na stole: śmierć Igora Stachowiaka, aferę bilbordową, lipcowe protesty sądowe, inwigilowanie opozycji, nawałnice w Rytlu i głosowanie przeciw Tuskowi, to ilu punditów wprost by orzekło, że, poza kazusem Tuska, na każdym pozostałym wydarzeniu PISowi urośnie? Myślę, że żaden.

Na tym właśnie polega ów cały fenomen, że zdarzenia, które w normalnych okolicznościach każdemu rządowi punkty by zabierały, w tym rządowi PO, PSL, SLD, AWS, UW, czy Kukizowi, akurat PiSowskiemu rządowi nie zabierają. A nawet punktów dodają.

Różnie to jest tłumaczone. Są tłumaczenia histeryczno-obraźliwe, w których celuje fajnopolacki antyPIS wyzywający elektorat 500+ od tłumoków. Problem w tym, że nie za bardzo da się wówczas wytłumaczyć, dlaczego ten rzekomo tępy interior 8 lat dawał rządzić Tuskowi.

Są tłumaczenia, że za mało sokoburakowi się PiS, za mało się krzyczy, rozdziera szaty, szeruje linki i za mało się daje memów. Tyle że skoro do dziś to wszystko nie działa, to czemu ma zadziałać jutro? Bo przecież temperatura sporu i tak jest już tak gorąca, że antyPiS cały mokry. A PiS się nawet jeszcze dobrze nie spocił. Ba, nawet nie byli zmuszeni do wymiany swoich katastrofalnych ministrów, a to przecież jest chwyt, który nawet przy spadku, da im nowe odbicie.

Są tłumaczenia z tzw. braku lewicowego pakietu empatycznego, a mianowicie, że opozycja nie potrafi współczuć ludowi, być dla ludu lewicowym balsamem. Problem w tym, że ta recepta akurat nie za bardzo w przypadku partii Razem. Ci wszyscy, co krzyczą więcej empatii, widzą przecież masę autentycznej empatii i troski po stronie Razemków. Ale Razemki, i to mimo braku uwikłania w skandale, nadal nie potrafią przejść 5%. Może więc nie o ten pakiet chodzi?

Są tłumaczenia, że to z powodu socjalu, ale przecież spadek poparcia poniżej 30% przy pamiętnym 1:27 dl Tuska wskazuje, że mimo 500+ potrafią odejść do PISu.

Są tłumaczenia, że to z powodu symetrystów, ale symetrystów jest w Polsce może ze 20tu więc ich impact jest mniejszy niż jeden felieton pundita na gazeta.pl.

Są tłumaczenia, i sam takie wskazywałem, że to z powodu uchodźców. Społeczeństwo jest tak bardzo wystraszone, że niechby i ten PIS nakradł i 250 milionów, ale byleby nie wpuściła nam tu ani jednego Araba (hint: Arabowie mogą spokojnie wjechać przez inne kraje UE). Ale przecież to nie jest (chyba) też tak, że przy każdym sondażu Arab terrorysta z tyłu głowy respondentom siedzi.

Jest wreszcie jeszcze jedno tłumaczenia, a nawet swego rodzaju metatłumaczenie. I przy nim się warto zatrzymać. Otóż PiSowi rośnie nawet na najbardziej oczywistych szwindlach i nieudolnościach, bo ma TVP. Owszem, każda partia obsadzała TVP, ale czegoś takiego od 50 lat świat polskich mediów nie widział. Stąd i wszelkie dotychczasowe szacowanie wpływu TVP na politykę, jest obarczone błędem na wejściu, bo operuje na nieadekwatnych danych historycznych. A wtedy każdy model się nadaje do śmieci. Oczywiście powie ktoś, że oglądalność pisowskiego programu informacyjnego spada, ale to są spadki, które niekoniecznie muszą się przekładać na spadki wśród centrowych wyborców.

Sukces propagandowy TVP najlepiej widać na wynikach sondaży zaufania. Pomijając bowiem nieobiektywny „jobiec” lewicy na temat Petru, nic przecież ten facet takiego nie zrobił, żeby aż tak mu nie ufać. Co innego Kijowski, co innego Schetyna (bo błędy PO), co innego Czarzasty albo nawet Lech Wałęsa. Ale Petru? Poza wpadkami językowymi, w porównaniu z tym złodziejskim szwindlem, jakim jest IV RP, facet jest czysty jak noworodek. Nawet kasy z budżetu (przez nieudolność ofkors) nie bierze, a jego epizod bankowy jest niczym w porównaniu z CEO Morawieckim. A mimo to wyjątkowo jest nielubiany.

Na skutek zwycięstwa nad PRLem utarło się w Polsce dziwne przekonanie, że propaganda nie działa, że Dziennik Telewizyjny kłamie i wcześniej czy później to wyjdzie. Ale to nie do końca prawda. W pewnym momencie Solidarność była naprawdę samotna, i to wcale nie było tak, że cała Polska ją popierała. W pewnym momencie ludzie naprawdę wierzyli w rozmowy Wałęsy z Ubekiem albo w sfingowane taśmy Geremka. Fakt, że Wiadomości TVP mówią o Niemcach, czy wrogach władzy dokładnie takim samym językiem, jak mówili o nich za czasów Urbana czy towarzysza Szczepańskiego moim zdaniem nie jest ani przypadkiem, ani nawet umyślnym naśladownictwem. Zwłaszcza że, co by tu dużo nie mówić, Jerzy Urban serio jest bystrzejszy od Klaudiusza Pereiry Wildsteina Bugały.  Po prostu istnieje kilka uniwersalnych poziomów propagandy, a im bardziej wchodzisz władzy w okrężnicę, tym bardziej musisz kolejny propagandowy level odpalić, z tymi samymi uniwersalnymi frazami, z tym samym poziomem przekłamywania i zamilczania.

I teraz TVP jest już na takim poziomie, że potrafi po pierwsze żelaznemu elektoratowi podrzucić racjonalizację każdego łajdactwa władzy. A żelazny elektorat nie zmienia zdania, tylko potrzebuje, żeby mu podpowiedzieć, dlaczego tym razem wódz znowu ma rację. Po drugie, potrafi TVP non stop grzać w opozycję, która jednocześnie jest (umiarkowanie) atakowana przez media nierządowe. Oczywiście media nierządowe, poza słusznym atakowaniem rządu (taka ich rola), są też stronnicze, ale to nie znaczy, że całkowicie zamilczają grzechy opozycji. Dobrym przykładem jest przypadek Kijowskiego, czy afery reprywatyzacyjnej, która, przypominam, została opisana najpierw przez lokalną Gazetę Wyborczą. Z drugiej strony taki Gmyz pisał swego czasu o skokach „pieniądze, które służą”.

Widz dostaje więc z TVP obraz światłego rządu i zdradzieckiej opozycji, a z drugiej autorytarnego rządu i … fatalnej opozycji. O ile więc, w przypadku opinii rządu mamy remis, o tyle w przypadku opozycji, ta dostaje po dupie od obu obozów. Więc, patrząc na to, widz musi sobie zadawać pytanie: skoro nawet Wyborcza i TVN umiarkowanie, ale jednak jadą po PO to może jest coś na rzeczy.

Najgorsze w tym, że nie za bardzo wiadomo, jak z tym walczyć. Uprawiając uczciwe dziennikarstwo musisz, nawet w ramach profilu ideowego gazety/telewizji, informować o szwindlach obu stron. Problem w tym, że jedna ze stron gra w zupełnie inną grę, grę pochodząc z lat 30tych ubiegłego wieku.

Być może więc zbliżamy się do momentu, w którym, po przejęciu władzy w roku 2064 opozycja powinna po prostu zdecydować się na prywatyzacji telewizji publicznej. Albo oddać po kanale dwóm psychiatrykom. Taki był przecież kiedyś pomysł Kaczyńskiego, w czasach gdy przegrał 8 razy wybory i nie doił państwowywch instytucji tylko dla psychiatryka pierwszego.

Kiedy opozycja przestanie grać w Targowicę?

14/09/2017 7 Komentarzy

Dlaczego Emmanuel Macron jeździ po Polsce jak, za przeproszeniem, po łysej kobyle? Odpowiedź jest prosta: bo może. Bo polski rząd nie jest mu w stanie zrobić nic a nic, poza komicznym odszczekiwaniem się na polskim podwórku. Bo, odkąd zapowiedziano repolonizację, odkąd w kuriozalnym stylu zrezygnowano z caracali, odkąd zwyzywano Francuzów od barbarzyńców, których my, Polacy, ponoć uczyliśmy jeść widelcem, prezydent Macron nie ma żadnych strategicznych interesów w Polsce. A skoro tak, to może Polskę instrumentalnie wykorzystać. I wykorzystuje niczym bullingowanego chłopca, nastawiając przeciwko niemu resztę klasy.

Polska pozycja w Unii jest dziś pozycją tego najsłabszego, kosztem którego reszta uczniów chce jak najwięcej wyszarpać dla siebie. Tyle tylko, że w tej unijnej klasie nie ma żadnej nauczycielki, dyrektora czy wychowawczyni, którzy mogliby uczniów rozdzielić. Polityka zagraniczna nie działa tak, że wygrywa ten, kto ma moralną rację.

Polska w Unii jest więc samotna, jest tym pochyłym drzewem, na które już nie tylko francuska, ale każda unijna koza skacze. Stąd na te wszystkie polskie szalone pomysły międzymorza, międzyrzecza, międzypołoniny wysyłani są dyplomaci drugiego albo trzeciego szeregu.

Stąd ostentacyjne omijanie Polski podczas rozmów ze wschodnioeuropejskimi sąsiadami, na co owi sąsiedzi z ochotą przystają. Albowiem niby czemu Czechy, czy państwa bałkańskie mają z powodu osłabienia kraju nad Wisłą płakać? Poniekąd potwierdza to przecież sam Jarosław Kaczyński, mówiąc, że w pewnych sprawach możemy pozostać w Europie sami. Cóż, póki co sami nie tyle w pewnych sprawach, co niemal we wszystkich.

Paradoksalnie spadek krajowej popularności Macrona jest dla Polski złą informacją, gdyż oznacza, że na arenie międzynarodowej jeszcze bardziej Macron sprężynę dociśnie. Wszak z jednej strony obcinając prawa socjalne w kraju, może z drugiej strony wykazać się przed francuskimi pracownikami właśnie poprzez działania uderzające w ich polskich konkurentów. Podobnie w przypadku tezy, jakoby Macron był tylko narzędziem Niemiec. Bo to oznacza, że wystawi tym Niemcom rachunek, i najpewniej zapłaci go Polska, bo przecież nie Angela Merkel.

Oczywiście argumentacja o braku praworządności w Polsce jest w pewnym sensie tylko pretekstem. Niby czemu Macrona interesować miałby jakiś barbarzyński kraj, gdzie jedyny pomysł na dobrobyt obywateli to obniżanie kosztów pracy, outsourcing, śmieciówki i strefy bez płacenia CITu, co nawet dla francuskiego liberała jest kompletnym dziwactwem. Kraj, gdzie na palety (!) wycinają jedyną w Europie prastarą puszczę, gdzie byli współpracownicy premierki dostają bez przetargu 19 mln złotych na kampanię informującą, że sędzia ukradł kiełbasę za 6.40 PLN. Niby czemu kolejny francuski „władca” miałby przestać patrzeć na Polskę jak na „dziki wschód”, skoro ta Polska wszystkie dzikowschodnie uprzedzenia z nawiązką co rusz potwierdza?

I tu dochodzimy do roli opozycji. [czytaj dalej na gazeta.pl]

%d blogerów lubi to: