A Co Ty wiesz o żołnierzach wyklętych? [NUDA I MAŁO ZDJĘĆ]

01/03/2017 3 uwag

Jako że niemal każdy dziś robi quizy o żołnierzach wyklętych zrobiłem i ja, co by sprawdzić naszą patriotyczną wiedzę

 

1. Pułkownik Kukliński po II wojnie światowej:

a) poszedł walczyć do żołnierzy wyklętych

b) uciekł do Gibraltaru

c) rozpoczął karierę w armii marszałka Rokossowskiego

 

2.Zbrodniczymi bandami podziemia nazwał żołnierzy wyklętych:

a) Lech Wałęsa

b) Jerzy Owsiak

c) Kościół katolicki

 

3.Józef „Ogień” Kuraś został po II wojnie:

a) członkiem Czerwonego Krzyża

b) muzułmańskim imigrantem

c) majorem UB

 

4.Leszek Żebrowski – główny ideolog NZS jest publicznie oskarżany o bycie

a) księdzem

b) symetrystą

c) kapusiem SB

 

5.Mordercy Żydów z Radziłowa zrobili karierę w

a) Gazecie Wyborczej

b) ratuszu warszawskim

c) Narodowych Siłach Zbrojnych

 

6. Brygada Świętokrzyska współpracowała z

a) Fundacją Sorosa

b) Anną Marią Jopek

c) 0ficerem SS Paulem Fuchsem

 

7.Major Zygmunt Bauman

a) mordował razem z Rajsem Burym

b) mordował razem z Chazanem

c) nauczał o Marksie i Engelsie

 

8. Największą złośliwością NKWD było

a) więzienie partyzantów w kazamatach

b) puszczanie im polskiego reagge

c) nieinternowanie w stanie wojennym

 

PS Trzeba być tak durnym jak Platforma, żeby nawilżać Wyklętymi akurat takiemu targetowi, który powiesiłby PO na najbliższej gałęzi.

Dildem w Burego!

21/02/2017 1 komentarz

 

Fakt, że przeciwko obrazoburczej „Klątwie” protestuje przed teatrem  ONR Mazowsze, którego rzecznik wklejał sobie na twitterze zdjęcie ideologa Waffen SSmana, i które to ONR już za kilka dni przejdzie w Hajnówce czcić polskiego patriotę, który żywcem spalił ludzi (w tym dzieci) – najlepiej podsumowuje sytuację polityczną w tym dziwnym, państwopodobnym tworze nad Wisłą. Fakt, że najbardziej oburzają się ci, co do Polski chcą sprowadzić mordercę Walusia, czy też ci, co na co dzień krzyczą, że Śmierć wrogom Ojczyzny, dobry Czerwony to martwy Czerwony – tylko dodaje (brunatnego) pieprzu całej tej komicznej gównoburzy. Gównoburzy, rzecz jasna, przewidywalnej. Bo przecież z góry wiadomo, kto będzie raczej chwalił, a kto na pewno ganił. I jakich kto użyje argumentów, aczkolwiek ciekawe jest gdyby to było dildo Franciszka a nie Jana Pawła II. Argumentów, z których nieustannie zabawny jest ten, że „spróbuj obrazić islam”, co chyba oznacza, że po pierwsze 90% Polaków jest herosami, bo islam bezkarnie obrażają non stop. I po drugie, terror islamski rzekomo skutecznie broni przed obrazoburstwem (patrzta, nie ma Mahometa w teatrze), do której to skuteczności tak bardzo wzdychają prześladowani w kraju polscy katolicy. Więc może ganić ISIS, katolicy powinni wreszcie stworzyć własną? Choćby z papieru. W końcu konserwatywni katolicy nienawidzą postępowców podobnie jak konserwatywni muzułmanie, tylko nie mają takiego rozmachu. Bo że mordują w klubach gejowskich i klinikach antyaborcyjnych, to przecież wiemy.

Oczywiście pojawia się pytanie, czy cała ta Klątwa jest warta świeczki, co samo w sobie jest już próbą mentalnej autocenzury. I cenzury właściwej pamiętając przecież blokadę przedstawienia na poznańskiej Malcie. Moim zdaniem jest. I nie chodzi tu o wolność sztuki, ocenę przedstawienia w kategorii prowokacyjnej tandety bądź nie. Chodzi o fakt głośnego kwiczenia katolickiej opinii publicznej. Opinii publicznej, która póki co jest po prostu bezradna. Modlitwy wspierające czy skarga Ordo Iuris do … tej pogardzanej, lewackiej Rady Europy to jedne wielkie haha i buhehe. Nie mówiąc o pozwach cywilnych. Oto więc w 2017 roku przez ten jedną chwilę, zanim ruszą popychadła Ziobry, reżimowcy poczuli się dokładnie tak jak od ponad roku czują się antypisowcy wszelkiej maści. Oto sztuka stała się nie tyle ową rzekomą oazą wolności, co politycznym narzędziem sprawiania krzywdy. Oto w kraju, w którym symbolika więcej znaczy od realnej śmierci realnych osób, najdotkliwszą karą, co przecież oczywiste, jest atak nie na realne osoby a właśnie na symbol. To ważna wiedza – pozwala może nie tyle wygrywać wojny, co chociaż przez moment poczuć chwilę satysfakcji. Odwet bywa przecież smaczny, zawsze był smaczny. Więc łapcie te dildo i żujcie, najlepiej razem z żołnierzem wykletym.

Seicento lżejsze od powietrza

12/02/2017 11 uwag

W dniu, w którym Beata Szydło przechodziła sarmacką wersję testu Turinga, Jarosław Kaczyński na 82 miesięcznicy katastrofy smoleńskiej mówił Idziemy cały czas tą drogą, która nas doprowadzi niedługo do prawdy, do zwycięstwa. Miesiąc wcześniej, na 81 rocznicy powtarzał Jesteśmy blisko, coraz bliżej prawdy, a w 79 rocznicę z kolei O tragedii smoleńskiej wiemy coraz więcej, ale ostateczne ujawnienie prawdy jeszcze przed nami.

Dziś, po ponad roku rządów, nie tylko nie ma wraku, którego nieudacznik, rzecz jasna, Tusk nie potrafił sprowadzić, ale nie ma dosłownie niczego poza rachunkiem podkomisji na 3 mln PLN. Nie ma, nie tylko dlatego, że wyborcy Jarka mają Smoleńsk w całkowitym poważaniu (stąd zerowa presja na Jarka, aby wreszcie podał wyjaśnienia). Nie ma także dlatego, że i sam Jarek na swej liście nażarcia się państwem aż do urzygu, Smoleńsk ma daleko, daleko w tyle. Oto przecież te same sądy, do których zwrócić się mają frankowicze o pomoc, orzekły, iż poseł Sasin nałgał o tym, że jego pracownicy nic nie wiedzieli o niebezpiecznym stanie smoleńskiego lotniska. I co? I nic. Sasin teraz powiększa Warszawę do rozmiarów Moskwy. Czy gdyby Wam brat prezydent zginął w katastrofie, trzymalibyście podwładnego, którego pracownicy swego czasu mieli taką wiedzę, a potem ów podwładny łgał, że je nie mieli? No właśnie.

Ale nie ma też dlatego, że oto PIS, literalnie wręcz mówiąc, natyka się na barierę, której nijak nie da się obejść. Natyka się na barierę praw fizyki, czy może raczej praw przyrody.  Możesz zatrudnić pieczeniarzy, aby gumkowali serduszka, gomułkowsko wyzywali opozycję, ale to nie zmieni faktu, że,jak nie wymienisz opony, to opona pęknie. Możesz brać do Trybunału plagiatorów, nieuków, agentów czy handlarzy długami szpitali, ale to nie zmieni faktu, że jak jeden z tych sędziów wyjeżdża pod furgonetkę, to kierowca furgonetki ląduje w szpitalu. I leczy się miesiącami. Możesz zakładać strony dezinformacja.net, denazyfikacja.net, dezynseksja.net, ale jak się przed krzyżówką rozpędzisz, to wnet na czerwonym świetle zaliczysz karambol. Możesz wreszcie postawić tchórzliwego mydłka, który zamiast brać odpowiedzialność na klatę, będzie winę za wypadek zwalał na hejterów od memeszmieszków. Ale jak robisz mijankę na podwójnej ciągłej, to BORowik ma złamane dwie nogi i miednicę. Możesz powołać komisje, podkomisję, podpodkomisję, kupić 100 000 puszek Redbulla i zapłacić sześć, osiem milionów PLN, ale jeśli ogólnie rzecz biorąc, pizda tutaj jest, a ty, słysząc terrain ahead, jeszcze raz będziesz pruł w kierunku skorupy ziemskiej, to znów będziesz miał 96 ciał w różnych kawałkach. I nie ma takiej komisji, która symulacją sterty desek przekonująco ujawni prawdę, że to musiały być 2 wybuchy, dlatego ich nie słychać na taśmach. Możesz mieć 40, 60, 80% poparcia, ale praw przyrody nie zakrzyczysz, a one, wcześniej czy później znów powiedzą ci: sprawdzam. Tak jak na pewne zapytanie powiedziały sprawdzam posłowi Gosiewskiemu.

Homeland homoseksualny

06/02/2017 24 uwag

 

Trzeba było postaci tak obślizgłej jak Rafał Ziemkiewicz, żeby głośno zasugerować, iż być może to stary, dobry romans stoi za polityczną nieusuwalnością kogoś tak absolutnie zbędnego partii jak Bartłomiej Misiewicz. Sam Ziemkiewicz pisze, że rozumem tego fatalnego zauroczenia nie idzie wyjaśnić, co dziwić nie powinno, wszak to rozum Ziemkiewicza, a więc skomplikowanego procesu myślowego nikt spodziewać się nie powinien. Oczywiście trzymanie przez Macierewicza kogoś przynoszącego tak potężne wizerunkowe straty jak Misiewicz, można tłumaczyć na inny sposób niźli tylko homoseksualny romans. Ot, choćby szeroko rozumiana lojalność, wojny frakcyjne, unikanie ryzyka ujawnienia przez Misia antoniowych finansów, czy wreszcie jako granicę, jaką w relacjach prezesem wyznaczyć mógł sobie Antoni (Ty mi, Jarku, kadr nie będziesz dobierał). Z drugiej strony nie oznacza to, że Ziemkiewicz nie mógł trafić, albowiem nikt z nas nie wie, co tak naprawdę kieruje Macierewiczem w utrzymywaniu tego balastu.

Załóżmy jednak na moment, że Ziemkiewicz ma rację. Rodzi to całą gamę teoretycznych pytań. Począwszy od tego, czy prawicowe homofoby powinny być outowane w ramach zemsty, czy może raczej bliższego im oko za oko, ząb za ząb? Wszak skoro swoją homofobią krzywdzą innych ludzi, czyż nie powinni samemu przekonać się jak to smakuje? Pojawia się też kwestia, na ile romans polityka powinien niejako ustępować przed interesem państwa, a na ile to prawo jednostki do szczęścia winno mieć pierwszeństwo nad sprawami państwowymi? Słowem kazus Moniki Lewinsky. Wreszcie, czy sam fakt niniejszych rozważań nie stanowi swoistej homofobii: oto, aby dopiec – co tu dużo mówić – nielubianemu ministrowi, rozważa się publicznie o jego orientacji? Sytuacja przypomina trochę problem żydowski, czy publiczne pisanie o żydostwie Agaty Dudy-Kornhauser jest maskowanym antysemityzmem, czy, jak sądzi jej brat, jest absolutnie dopuszczalne i dopiero omijanie tego tematu stanowi zawoalowany antysemityzm? Wydaje mi się, że w kontekście polityków potencjalne romanse homoseksualne powinny być analizowane podobnie jak heteroseksualne – tj. jako element pewnego politycznego scenariusza. Oczywiście pod warunkiem czystych, niejako analitycznych intencji oraz dużego prawdopodobieństwa, że ów romans jednak miał miejsce. W niniejszym przypadku poza domysłami Ziemkiewicza, i logicznie rzecz biorąc zaledwie jednego z wielu potencjalnych wyjaśnień, nic więcej nie ma. Toteż rozważania mogą być czysto teoretyczne, a ich lektura skierowana do tych, dla których fakt romansu heteroseksualnego nie jest czymś degradującym, a kto wie, może wręcz przeciwnie (a jednak ma Antek ludzkie cechy).

To, co więc najbardziej mogłoby niepokoić w owym ziemkiewiczowskim scenariuszu, to nie fakt, że ktoś jest homoseksualistą, niechby i nawet biernym. Bo to akurat nie niepokoi w ogóle, poza ewentualnymi kryteriami awansu w MON. Podobnie jak fakt, że ktoś trzyma swojego chłopaka, który destabilizuje mu wizerunek partii, co trafia akurat do tych wyborców, dla których nie tyle demolowanie Trybunału, co rozpasanie władzy jest nie do zniesienia. Bo to akurat same korzyści.  To, co mogłoby najbardziej niepokoić, to zestawienie faktu, że wyborcy Macierewicza by mu jego orientacji nie darowali z ewentualną wiedzą obcych wywiadów o owej tajemnicy. A więc akcja Hiacynt II. To, co mogłoby tłumaczyć, czemu Macierewicz wsypał kolegę za opozycji, czemu w latach 80tych namawiał do sojuszu z ZSRR, czemu skompromitował lustrację, a teraz skompromitował jakiekolwiek dalsze śledztwo smoleńskie, zawczasu uciekając z miejsca tragedii, którego po 7 latach nadal nie potrafił odwiedzić. Czemu rozbraja armię upokarzając NATOwskiego sojusznika, czemu ostentacyjnie obraża Chiny. I czemu, jak twierdzi Piątek, ma kontakty z kapusiami SB i jak zauważa Jan Śpiewak z podejrzanymi prorosyjkimi biznesmenami. A za kierowcę wybrał sobie faceta, co woził wierchuszkę PRLowskich generałów. To właśnie, ta koronkowa robota jakiegoś rzeczywistego Saula z Homeland mogłoby niepokoić, gdyby, rzecz jasna, było prawdą.

A ponieważ nie wiemy, czy to jest prawdą, powinniśmy nie tyle ziemkiewiczowsko fantazjować o przyczynach, co nie-ziemkiewiczowsko o skutkach. Bo to nie kwestia ewentualnego romansu jest tutaj niepokojąca, ale kwestia, że wszelkie ruchy Macierewicza układają się w pewną, niepokojącą całość. I jest odpowiedzialnością Jarosława Kaczyńskiego, czy na takie ryzyko w tak kluczowym resorcie się godzi. Bez względu na to, czy mogło to być spowodowane romansem, chorobą, czy kto tam jednej wie, czym jeszcze.

Murem przeciw sierotom

05/02/2017 1 komentarz

 

Nie jest prawdą, wmawianie przez wrogie siły Narodu, jakoby strach przed przyjęciem 10 sierot z Aleppo, dowodzić miał, że minister spraw wewnętrznych blisko 40 milionowego kraju kompletnie sobie nie radzi. I że skoro 10 dzieci go potrafi nastraszyć, to ta chodząca galareta powinna szybcikiem podać się do dymisji, bo co, gdy zamiast 10 dzieci, przyjdzie 3 pijanych Rosjan i 1 zawzięty Osetyjczyk? Nie jest prawdą, albowiem mamy przecież do czynienia z rządem, który nie tylko nie potrafi zapewnić, żeby na czas opony w prezydenckiej limuzynie zmienić, albo żeby się do niej nie włamywali, ale też nie potrafi bez karambolu ministra na nagrodę Proktologa Roku dowieźć, o policzeniu pasażerów rządowego embraera nie wspominając. Skoro więc nawet ze złośliwością rzeczy martwych sobie nie radzą, to jak mają sobie radzić z rzeczami (do czasu!) żywymi, nawet jeśli to tylko dzieci.

Zanim jednak dobra zmiana sama się pozabija w rozmaitych wypadkach drogowych, lotniczych, tudzież czołgowych, zanim minister Sasin z kolegami znowu informacje o stanie lotniska odbierze, warto zaryzykować i zastanowić się, co zrobić, żeby dzieci te jednak do Polski przyjechały.

Najpierw trzeba by je przewieźć, ale załóżmy, że one tu jednak już są. Ot, zostały po Światowych Dniach Młodzieży, wszak wiadomo, 10 dzieci syryjskich zagrożenie stanowi, a około miliona pielgrzymów z całego świata zagrożenia stanowić nie mogło, bo kto to słyszał, żeby muzułmańscy terroryści oszukiwali i się za chrześcijan śmieli przebierać. Za islamskie dzieci to co innego. Przypuśćmy więc, że syryjskie dzieci po całej tej jubie w Polsce zostały, dajmy na to w tych pokojach, co to je Episkopat miał opłacić, ale nie opłacił, więc opłacą wszyscy Polacy ze swoich podatków. Jak zapewnić, żeby ich zestrachany minister nie eksmitował?

Teoretycznie najpewniejsze byłoby zaszycie tych sierot w macicach polskich kobiet, bo wtedy wiadomo życie poczęte, i zamiast Jana Śpiewaka, dzieci syryjskie adaptowałby redaktor Terlikowski. Niestety praktycznie wciąż to jednak nie jest możliwe, być może kiedyś postęp medyczny to zmieni. Wszak, skoro macica to tylko i wyłącznie kraina dzidzi poczętej, to rząd mógłby w imię stanu wyższej konieczności kobiece macice po prostu wywłaszczać i przyznawać, na przykład, siostrom Bernadettom, żeby porodu w tym bożym ogrodzie dopilnowały.

Nie można z dzidzią poczętą, ale można z adopcją. Można by więc ogłosić, że syryjskie dzieci zostaną poddane zagranicznej adopcji. Wówczas podniósłby się gwałt i rwetes, że jak to można, dzieci, boże stworzenia, innym obywatelom, obywatelom do tego nieznanym, dzieci oddawać? Wszak to delikatne i bezbronne istoty. Dla lepszego efektu powinna to być, rzecz jasna, adopcja przez parę homoseksualistów! Nic tak nie wzburzy narodu ukochanego przez Jana Pawła II jak oddawanie dzieciątek tym perwersyjnym pedałom, najlepiej z Holandii albo innej Francji.

Gdy jednak i to by nie poskutkowało, zostaje jeden niezawodny sposób. Otóż dzieci te powinny łamaną polszczyzną ogłosić, że chcą poddać się eutanazji. A eutanazja, i to eutanazja dzieci, jest moralnie niedopuszczalna i prostą wiedzie ścieżką do upadku cywilizacji. Żeby więc dzieci te uratować, żebyśmy nie stoczyli się tam, gdzie skończyła Belgia, musielibyśmy, jako Naród, dzieci te od eutanazji odwieść. O ile by, ku naszemu, polskiemu szczęściu, dzieci owe po drodze z głodu po prostu nie zdechły.

A gdyby już udałoby się problem morderczych sierot rozwiązać, pozostałby problem tych kilkunastu tysięcy terrorystów, którzy tylko marzą, aby wysadzić w powietrze wolną Polskę wolnych Polaków. Wszak, drodzy rodacy, skoro tysiące terrorystów przyjęła do Niemiec Merkel, a na granicy z Niemcami nie ma żadnej bariery, to oni już szykują turbany i gotowi są Zgorzelec i Poznań najechać. Dlatego, aby uratować się przed rzezią, jaką Waszym mamom, żonom i babciom muslimy chcą lada chwila zgotować, musicie koniecznie zbudować wielki polski mur na granicy z Niemcami, a potem jeszcze Szwecją, a nawet Czechami. Tylko to zapewni Wam bezpieczeństwo, bo inaczej znani muzułmańscy terroryści jak gejabomber, Cyba czy Brunon K. Wam powiększoną stolicę wkrótce wysadzą.

 

Domykanie systemu

03/02/2017 4 uwag

 

Ze wszystkich systemów, z systemem karnym poszło najłatwiej. Od dobrego roku oskarżenie jakiegokolwiek człowieka władzy o jakiekolwiek przestępstwo jest praktycznie niemożliwe. Tak jak niemożliwe jest dalsze prowadzenie przeciwko niemu postępowania. W przypadku zaś, gdy jakimś cudem sąd zdąży wyrok zapodać, na końcu przewodu pokarmowego zawsze można spotkać klęczącego pana, który między mszą a festiwalem kaszy odpowiednią parafkę na dokumencie złoży. System jest więc poniekąd kompletny: zaryglowany od przodu, środka i końca. Ale system karny to nie wszystko. Ludzie władzy mogą bowiem zostać trafieni np. w procesie cywilnym albo w procedurze administracyjnej czegoś im się zabroni. Na przykład połączenia muzeów w dniu 1 lutego. I dlatego system trzeba domknąć.

Pierwszym krokiem jest przejęcie Krajowej Rady Sądownictwa tak jak przejęto Trybunał. Nie, to nie oznacza, że wszystkich sędziów się wyrzuci z roboty. Nie oznacza też, że sędziowie podczas orzekania będą mieli broń przystawioną do głowy. Ba, nie oznacza też, że być może rzeczywiście proces awansu nie zostanie w pewien sposób zrównoważony i zdemokratyzowany, jeśli chodzi o samych kandydatów. Oznacza to jedynie, że dany sędzia w tej jednej jedynej sprawie na sto, dwieście innych spraw, sprawie akurat dotyczącej obozu władzy powinien się w swoim orzekaniu poważnie zastanowić. Bo od tego zależeć będzie jego awans zawodowy. A zastanowić się powinien czym prędzej, bo zaraz nadejdzie krok drugi, czyli reforma sądów. I analogicznie do zarządzania korporacją, zmieni się strukturę tylko po to, żeby móc na nowo o awansach i przydziałach zadecydować. Sędzia Tuleja w wersji optymistycznej zostanie tam, gdzie został, a w wersji pesymistycznej uda się w stan spoczynku.  O ile nie będzie miał ludowej dyscyplinarki.

Czemu warto pisać te banały? Bo mam wrażenie, że wielkie punditowe umysły jak prof. Łętowska czy Ludwik Dorn nie do końca to rozumieją. Nie, pani profesor, nie chodzi o odstraszenie i efekt mrożący w stosunku do uczestniczących w zgromadzeniach. Protestować nadal będzie można, co notabene dla mniej bystrych propagandzistów stanowi dowód, iż demokracja kwitnie (Poznań 56 to musiała być demokracja, skoro tyle ludzi na ulicach). I nie, panie Ludwiku Dorn, to nie jest tak, że nikt pana, na rozkaz władzy, nie będzie aresztował, bo się boi konsekwencji w dłuższej, ponad jednokadencyjnej perspektywie. Chodzi tylko i przede wszystkim o to, żeby władza mogła uderzyć punktowo. Nie masowo, jak przy zgromadzeniach, bo to wymaga iście totalitarnego wysiłku, ale punktowo, czy to w stosunku do Dorna czy innego Ludwika. A jak uderzy punktowo, to nie będzie co zbierać. Istotą całego projektu jest przecież skopiowanie Orbanizmu. Istotą Orbanizmu jest z jednej strony trudno usuwalna władza, władza, która tak gorąco wierzy w omnipotentny układ, że chcąc być równie omnipotentnym zastępuje go układem własnym. Ale też Orbanizm to władza, w stosunku do której niezadowoleni wyborcy mogą heheszkować, fejsbukować, twitterować, robić memy, a nawet chodzić na demonstrację. Władza, z której można się śmiać, którą można zwyzywać, wreszcie władza, która nie rości sobie totalitarnych pretensji. Ta władza tylko nie lubi, gdy ktoś lub coś staje jej na drodze. Czy to sędzia, polityk, urzędnik czy dziennikarz. I jak stanie na drodze to trzeba go zdeptać. Tylko wedle newsów ostatnich dni z roboty wyrzucono gen. Skrzypczaka, bo skrytykował Misiewicza, zawieszono dziennikarz radia Merkury, bo śmiał przepytywać Czarneckiego Ryszarda, a PAP wycofał wywiad z Łuszczyną o książce Polskie Obozy Śmierci. Dlatego prof. Gersdorf mówi o czasach próby, mimo posiadanych kredytów, a dziekan warszawskiej rady adwokackiej o latach 80tych.

Powiada z kolei prof. Łętowska (i nie tylko) o inflacji słów i nadużywania słów faszyzm etc. Tyle że to działa w obie strony. Utarło się przekonanie, że kraj faszystowski to od razu piece krematoryjne. A przecież krajem faszystowskim były Włochy, przecież dyktaturą była ta ukochana przedwojenna Polska. Ich obywatele też pewnie zadawali sobie pytania: a na co nam trójpodział władzy, do michy ci trójpodział władzy nic nie naleje, a są z nim same kłopoty, bo nie ma tego jednego, jedynego, co walnie pięścią w stół i powie, że ma być tak i tak.

Pytanie: po co to reżimowcy robią, skoro niejako na tacy podają przepis jak ich w przyszłości prześladować? Wszak skoro można jednym przepisem zakazać kolejny kandydować Gronkiewicz Waltz, to można i jednym przepisem zakazać kandydować posłowi Kaczyńskiemu.

Ano robią tak, bo serio są przekonani, że porządzą 2-3 kadencję, gdyż żelazne 25% elektoratu da się zamienić na 30-40 poprzez oszukiwanie na ordynacji. Serio są przekonani, że tak jak teraz Trybunał zamilkł, tak gdy opozycja dojdzie do władzy milczeć przestanie i zbombarduje każdą odważniejszą ustawę opozycji. I wreszcie serio są przekonani, co do braku odwagi opozycji co do Trybunału Stanu czy wsadzania do pierdla. Polska jest krajem jednej wielkiej nieodpowiedzialności: nie poniósł odpowiedzialności Kwaśniewski, nie poniósł Ziobro, nie poniósł Chlebowski z Drzewieckim, nie poniósł Wałęsa za swoje lustracyjne matactwa, więc nie poniosą i oni.

Jeśli więc Rafał Woś pyta, co po PiSie – w pierwszej kolejności odpowiedzialność i jeszcze raz odpowiedzialność za dawne grzechy.

Szczuj i rządź

01/02/2017 2 uwag

 

Długo nie trzeba było czekać na samorządowe manipulacje wyborami w Warszawie, właśnie się dowiedzieliśmy, że Warszawa będzie miastem od Grodziska Mazowieckiego do Wołomina, ale już nie z Podkową Leśną, co nota bene nie tylko pokazuje podręcznikową wręcz bezczelność panującego reżimu, ale też wprost wyznacza miejsca wciąż nieskalane brunatnymi popłuczynami.

Nie wiedzieć czemu, rozmaite pundity, jako główną intencję reżimu, co do przejęcia, a właściwie to uprowadzenia, władzy w Warszawie podają rzekomy prestiż, a przecież chodzi o coś zupełnie innego. Po pierwsze, reżim nie toleruje ośrodków jakiejkolwiek władzy alternatywnej, stąd zamach na niezawisłe trybunały czy sądy. Jak teoretyzuje Benajmin Barber, czy praktycznie pokazuje Nowy Jork przy muslimban albo Poznań przy invitro, samorząd poprzez swoje fundusze potrafią rozgrywać sprawy polityki krajowej, potrafią być realną, bo mającą realną władzę, opozycją. Po drugie, Warszawa to miejsce zamieszkania Naczelnika, a więc i pewnego dyskomfortu. A gdy Naczelnik ma dyskomfort podczas miesięcznic smoleńskich, to się zmienia ustawę o zgromadzeniach, gdy ma dyskomfort, co do mikrofonów na korytarzach sejmowych to się wyrzuca media. Gdy ma dyskomfort, co do włodarzy miasta Warszawa, to się im zakazuje kandydować i powiększa się miasto, tak żeby swoje ugrać.

Kluczowe jest oczywiście nie tylko powiększenie 18 dzielnicowej Warszawy o 32 gminny, ale mechanizm wyboru radnych do miasta Warszawy i podejmowania przez nich decyzji. Oto radni zostaną wybierani po jednym z każdej gminy, co oznacza, że na 18 radnych przypadać będzie 32 radnych warszawskiego obwrzanka, czyli warszawscy radni będą w Warszawie mniejszością. Jako proporcjonalny ochłap – moim zdaniem ochłap w ostatniej chwili będzie wykreślony – pojawił się mechanizm podwójnego głosowania, czyli większość ma być wtedy, jeżeli za przyjęciem uchwały głosuje: 1) większość́ ustawowego składu rady; 2) taka liczba radnych, że mieszkańcy reprezentowanych przez nich gmin lub dzielnic stanowią̨ większość́ ludności zamieszkałej na obszarze miasta stołecznego Warszawy. W praktyce może to oznaczać, że głos radnych w obwarzanku warszawskim jest w stanie zawetować radnych warszawskich, a zwycięstwo w jednej z większych dzielnic de facto daje obwarzankowi większość. Co najważniejsze gminy/dzielnice są jednomandatowymi okręgami wyborczymi, co pozwala PiSowi w obwarzanku wygrać do zera (przy podzielonej opozycji i zakazie kandydowania popularnym samorządowcom), wyeliminować lewicę (sorry Razemki) oraz ułatwia kontrolowanie radnych przez pisowską centralę.  A jeśli opozycja pójdzie po rozum do głowy i wystawi wspólnego kandydata, to takiego jednego kandydata zawsze łatwiej zdyskredytować zarzutami prokuratorskimi (kazus Zdanowskiej) i pomówić w partyjnych mediach. Słowem, same, znane od lat, „plusy” JOWów.

Dla dawnej Warszawy będzie to miało skutki tragiczne, bo oznacza, że bez względu na układ polityczny, radni z obwarzanka będą mogli przeciągnąć znaczną część środków budżetowych dla swoich gmin, kosztem warszawskiej centrali. Dla miejscowości obwarzanka teoretycznie oznaczają większe wpływy, ale też tylko w przypadku, gdy radni obwarzanka będą trzymali wspólny front. Jeśli zaś kilku z nich dogada się z radnymi ze centralnej Warszawy, wówczas pozostali radni z obwarzanka zostaną na lodzie. I, dajmy na to, gmina Kobyłka będzie finansować trasę Józefów – Karczew.

Oczywiście, to nie jest tak, że pomysł powiększenia Warszawy ma same minusy. Propagandyści władzy, pożyteczni idioci, idioci zwyczajni, czy wreszcie symetryści, znajdą pewnie wiele zalet, bo rzadko jest tak, że nawet najgłupsza rewolucyjna zmiana przynosi tylko same straty. Stąd robotą propagandy, czy to autentycznie zaangażowanej, czy symetryczna heheszkowej jest wyłuskiwanie tych złotych ziaren z krowiego placka i pokazywanie wszem wobec jak to krowi placek złotem błyszczy.

Kolejne zawłaszczania państwa przez reżim ma jednak tę wadę, że obróci się przeciwko niemu, gdy reżim wybory przegra. Opozycja ma więc szansę na próbę odzyskiwania wyborców, bo podpowiem: właśnie od tego jest opozycja. Można to robić, apelując do wyborców, ile politycznie stracą na połączeniu, wszak teraz oddzielne samorządne miasta staną się ledwie gminami, masę ich spraw bez nich może decydować Warszafka. A to nie każdemu się tak bardzo uśmiecha. Można robić analogiczne NieDlaDużego Opola w każdej gminie, ale do tego potrzeba czegoś więcej niż rozbrajająco cynicznej wizyty Schetyny u protestujących na głodówce.

Moim skromnym zdaniem stanie się jednak inaczej, dojdzie bowiem do jednego wielkiego hejtu, mieszkańcy Warszawie słusznie oburzeni „okradaniem ich z własnego miasta” skierują całą nienawiść na „wieśniaków”, co za nich będą decydować, w odwecie owi „wieśniacy” będą z uśmiechem na ustach miastowym paniczykom „dojebywać” w wyborach. Istotą pisowskiego zamachu jest bowiem ten zgrany, acz wciąż skuteczny chwyt, gdy jednych napuszcza się celowo na drugich, tak aby na tym konflikcie robić sonie wyborcze rodeo. Polska liberalna vs Polska solidarna, elity vs kochając lud władza, 500+ vs komuniści i złodzieje, wszystko to już było grane, miasto vs wieś – to tylko kolejna odsłona tej karuzeli, na którą z ochotą wskoczą obie strony sporu, rzecz jasna, zagrzewane przez media.

%d bloggers like this: