Mundialowo: zwyrodniała taśma produkcyjna w Madrycie

01/07/2018 Dodaj komentarz

Byliśmy żałośni, zasłużyliśmy na to, by odpaść. Nie zagraliśmy przekonująco w żadnym spotkaniu. To nie były te Niemcy, które znamy.

To cytat z Neuera, ale nawet bardziej pasuje do Hiszpanii. Nie zgrali przekonująco w żadnym spotkaniu, a oprócz Portugalii mieli przecież Iran, Maroko i Rosję. Tak, Iran, Maroko i Rosję. Wygrali jeden mecz na cztery jedną bramką.

Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale słynna nazwa „La Furia Roja” miała się brać od brutalnego stylu gry Hiszpanii. Tej Hiszpanii z powieści Hemingwaya, machismo, walk byków, tej Hiszpanii spływającej krwią w Barcelonie, gdy anarchiści, socjaliści, faszyści i zagrzewani przez kościół monarchiści, rzucili się sobie do gardeł. Bo nie potrafili znieść tej gwałtownej transformacji z wieku XIX do wieku XX.

Tak, wydaje się, że Hiszpania wolno się zmienia. I wolno uczy. Wolno przechodziła przecież na system Cruyffa, tracąc przy tym pokolenie Raula, Kiko, Gutiego, Enrique i Pepa Guardioli.

A gdy już się nauczyła, gdy już puściła w ruch taśmę produkcyjną, dostarczającą coraz to lepsze modele filigranowych, technicznych pomocników, znów się nie potrafi zatrzymać. I znów nie potrafi zmienić.

Symbolem tego zwyrodnienia jest Isco. Gracz magiczny, gracz z klejem przy nodze, gracz, którego chciałoby się oglądać ciągle i ciągle i który być może najlepiej zaspokaja potrzebę piękna po emeryturze Iniesty. Ale gracz w pięknie tym zwyrodniały, gracz tak zakochany w piłce, że na te kilka milisekund wcześniej nie potrafi jej oddać. A tiki-taka bez błyskawicznego oddawania piłki na wolne pole jest tylko głupią grą w dziadka dla starszych chłopców.

Jak powiedział apostoł Cruyff sztuczki są dobre do cyrku, najtrudniejsza jest prosta gra. A Xavi powtarzał za Aragonesem: jaką piłkę chcesz grać, piękną czy dobrą? Bo to nie to samo.

Wiele się teraz usłyszy o wyrzuceniu trenera, co miało zdestabilizować zespół, ale spójrzmy prawdzie w oczy: czy rzeczywiście Hiszpanie graliby inaczej? Czy Isco mniej holowałby piłkę biegając nie w swoich strefach, trójkąt Pique-Ramos-DeGea mniej popełniałby błędów, David Silva miał choć jeden celny strzał, a gra jednym napastnikiem skutkowałaby gradem goli?

Chciałoby się powiedzieć, że coś się w tej hiszpańskiej maszynie zacięło, ale paradoksalnie problemem jest przecież to, że ona chodzi wręcz idealnie. Co roku dostarcza piłkarza z metką made in Spain. Co roku ten sam, coraz bardziej błyszczący, produkt. Tymczasem ktoś musi przestawić wajchę i wrzucić na taśmę coś zupełnie innego. Na przykład napastników, których od lat brakuje wręcz dramatycznie.

Piszę o zwyrodniałej taśmie produkcyjnej w Madrycie nie dlatego, żeby kpić z Realu i Atletico, nawet jeśli trudno się nie uśmiechnąć, pamiętając te madryckie prężenie muskułów po pierwszych spotkaniach. Piszę o Madrycie, bo właśnie madryckie kluby w tej najlepszej piłkarsko La Lidze, ale i europejskich pucharach, pokazały, że możliwy jest futbol inny niż ten oparty tylko na posiadaniu i wiecznym klepaniu. Potrafią Hiszpanie grać u siebie inaczej, potrafią grać w klubach bez „futbolu Xaviego”, ale w kadrze wciąż ufają, że ten mały geniusz z Terrasy jest z nimi.

Otóż, nie jest. Pora na otrzeźwienie. Pora na zmianę, nawet jeśli będzie trochę bolała. W końcu to tylko futbol.

Reklamy

Mundialowo: zwycięstwo komunizmu

01/07/2018 2 Komentarze

 

Musisz stawać się coraz twardszym, nie tracąc czułości – cytat samego Che Guevary wiszący ponoć na ścianie w domu w Montevideo i córka Tania, której imię nadano  na cześć ostatniej partnerki Guevary.  Oscar Tabarez – trener Urugwaju rozgrywa być może swój ostatni mundial w życiu. Komunizm rozgrywa go cały czas.

My, pod tą naszą „szarością geograficzną” wieku XXI, nie rozumiemy, czym dla Ameryki Południowej jest bieda, czym są nierówność. I czym jest obietnica komunistyczna, dla kogoś, kto mieszka w lepiance. Nie rozumiemy kultu Che Guevary, nie rozumieliśmy nawet poparcia dla Lenina, nie rozumiemy dlaczego „trzeba się stawać coraz twardszym, nie tracąc czułości”.

Wreszcie nie rozumiemy też, dlaczego komunizm jest piękny. Piękny ale i niemożliwy. Że jest ideą skrojoną pod ludzi bez wad, którzy potrafią poświęcić siebie, swoje rodziny, cały zapisany w genach egoizm na rzecz wspólnoty. Że przez swoją ułomność na komunizm nie zasługujemy, a gdy go próbujemy wprowadzić, to, przy naszych ludzkich charakterach, kończy się brutalnością i zbrodnią.

Chociaż nie zawsze. Powtarzał Leszek Kołakowski, że demokracja to taki ustrój, który sprawdza się najwyżej na poziomie szwajcarskiej gminy. Z komunizmem jest podobnie. Owszem, sprawdza się na poziomie chrześcijańskiego zakonu, będącego najwyższym aktem zespolenia a Bogiem. Sprawdza się na poziomie kibicu, gdy wytracamy resztki naszego indywidualizmu. I sprawdza się na poziomie drużyny piłkarskiej.

Tabarez to wie. Jego Urugwaj nie jest więc tylko zespołem, ale komunistyczną wspólnotą, w której każdy, powtórzmy, każdy poświęca dla niej wszystko, co tylko potrafi. Urugwaj jest komunią, a więc wspólnością, która, dzięki towarzyszowi Tabarezowi, otwiera się przed ideą i realizuje ów piękny cytat Guevary. Kto widział, jak Cavani czule posyła piłkę do prawego rogu ten wie, że Urugwaj to nie tylko coraz twardszy Godin z Gimenezem, ale i coraz czulszy Suarez z Cavaniam.

Komunizm się sprawdza, ale w ostatecznym rachunku zawsze przegrywa, bo zbudowany jest na ułomności. Tak jak przegra Urugwaj, chociaż jego porażka, niczym komuna paryska, będzie napędzała kolejne pokolenia komunardów piłkarskich, przekonanych, że nie tyle w Lewandowskim indywidualizmie czy bakuninowskim chaosie Argentyny, co właśnie twardoczułej komunistycznej wspólnocie piłkarskiej, możliwy jest podbój świata.

Mundialowo: przedwczesna koronacja

30/06/2018 6 Komentarzy

Miało być tak pięknie po meczu z Hiszpanią: trzy gole, złota piłka, król strzelców. Dwa tygodnie później, mając lepszą drużynę i lepszego trenera, odpada Cristiano Ronaldo kilka godzin po Leo Messim. Ten drugi ma w ostatnim meczu chociaż dwie asysty, ten pierwszy asystuje jedynie przy zejściu Cavaniego. Owszem, Ronaldo ma cztery gole, Messi tylko jednego. Ale też Messi przy 0 golach ma 4 asysty w fazie pucharowej mundiali, Ronaldo ma 0 goli 0 asyst. Tak, razem grali blisko 1300 minut w fazie pucharowej i ani razu nie trafili do siatki.

Przez dwa tygodnie słuchaliśmy o tym, jaki niesłychany mental ma Cristinao Ronaldo, jak to siła woli nasz Xmen pokonuje mury i zabija złych Lookich, czy kto tam mu na drodze stanął. Żeby było jasna, ma Ronaldo mental jak jasna cholera, ma większy niż Messi, ale piłka nożna, jak sama  nazwa wskazuje, nie polega na rozwiązywaniu testów psychologicznych. Ale na skierowaniu piłki do siatki przez 11 piłkarzy.

Mają ludzie dziwnego hajpa na temat mundialu, gdzieś wyczytali, że to właśnie te kilka tygodni w sezonie ma decydować, jakim jesteś piłkarzem. Teraz krzyczą o Mbappe i złotej piłce, zapominając jak (nie) radził sobie chłopak nie tylko w lidze mistrzów, ale w  poprzednich meczach grupowych, gdy nikt mu nie dawał autostrady takiej jak Argentyna. Aż chciałoby się zapytać, czemu nie złota piłka dla Cavaniego, który goli do swego klubowego kolegi strzela więcej?

Modern football has a desperate need to draw permanent conclusions from temporary situations. Which leads to extremism – brzmi najmądrzejsze zdanie jednej z bardziej ogarniętych fanek blaugrany, niejakiej Diany Kristinne.

I tę desperację widać dziś w grzebaniu dwóch gości, co uzbierali razem po 10 złotych piłek. Tymczasem, zanim kogoś się ukoronuje, niech te ktoś trochę podźwiga ciężary cotygodniowego dostarczania  pakunku z golami do fabryki. Bo na ten moment jest takich trzech: Portugalczyk, Argentyńczyk i Polak. Reszta nawet nie wie, co to prawdziwa presja.

Modern football polega na czymś jeszcze. Nie, nie tylko na grze zespołowej, szybkości i sprycie. Polega przede wszystkim na zamykaniu i otwieraniu przestrzeni.

Kto ma drużynę, która potrafi jedno bądź drugie ten wygrywa, kto nie ma jedzie do domu, bez względu na to, jaki ma mental, jakie statsy i czy się nazywa Ronaldo, Messi, Kroos czy Lewandowski.

Mundialowo: nagła użyteczność bottlera

30/06/2018 2 Komentarze

 

Trudno zliczyć, ile razy zawiódł. Ile razy dostał patelnię, sam na sam, ile razy miał dobić, a trafił w słupek. Ile razy kibice łapali się za głowę, a bukmacherzy za portfel. Ile razy powtarzano sobie, że  to już koniec, niech już idzie w cholerę. Gonzalo Higuain – bottler nad bottlerami.

Jego transfer do Realu Madryt był najlepszym, co zdarzyło się Barcelonie. Jego sukcesy w Seria A więcej mówią o bundesligowatości tej ligi, niż wszystkie transfery Polaków razem wzięte. Jego postura, waga i sposób poruszania wskazuje, że fotel i chipsy też przydają się na treningu.

Człowiek klątwa, człowiek katastrofa. Igła, ale nie z tych co kłują, ale tych, co zostają w ciele po operacji.

A jednak to właśnie on jest dziś potrzebny. To właśnie on, chociaż tradycyjnie  w meczu z Nigerią partaczył strzał za strzałem, harował najwięcej w pressingu. To on robił miejsce. Bardziej ogarnięci kibice piłkarscy znają magiczne zaklęcie „dragging defenders”. Napastników nie rozlicza się tylko z goli, ale również z tego, jak pracują na przestrzeń dla innych.

Higuain pracować potrafi. W tym mundialu pracuje jakby więcej. W tym mundialu, być może zrozumiał swoją klątwę i postanowił użyć jej jak łopaty nie do wbijania gwoździ, ale odgarniania korytarzy.  W tym mundialu bardziej jest dróżnikiem, niż napastnikiem.

I w momencie, w którym się z tym jak najbardziej pogodził, jest nagle odsuwany od składu. Tylko po to, żeby po meczu znów się dziwić, czemu 5 Francuzów otacza jednego Argentyńczyka i czemu nie ma on miejsca na oddanie strzału.

I drużyna Argentyny znowu przyjmuje trzy bramki w plecy.

 

Beka z Kiedrowskiego

29/06/2018 5 Komentarzy

Wywołany do tablicy przez Michała Kiedrowskiego, który, jak napisał na twitterze, ma bekę  z mojej tekstu o zarobkach piłkarzy, przyznać muszę, że sam, może nie aż tak bardzo, ale jednak trochę się uśmiechnąłem. Pal licho, że pan Kiedrowski serio porównuje przychody Dallas Cowboys działającego na rynku futbolu amerykańskiego z Manchesterem United działającym na angielskim rynku piłkarskim, co trochę przypomina mierzenie lotu piłki okrągłej i jajowatej albo prawodawstwa USA i UE. Śmieszniejsze, że w swym uroczym rozochoceniu zastosował pan redaktor stary i dość oklepany chwyt retoryczny, jakim od lat próbuje zbić się lewicowe argumenty o zbyt wysokich zarobkach sportowców. A mianowicie traktuje się ludzi na gigantycznych kontraktach jako zwykłych pracowników na etacie i używa tej samej retoryki, co do obrony górników, nauczycieli czy pielęgniarek. Mamy więc złego kapitalistycznego właściciela i wyzyskiwanego pracownika, który kiedyś był nawet pół-niewolnikiem, a teraz dławiony jest limitem zarobków przez salary cap i nie może, biedaczyna, zarabiać tych 100 milionów dolarów, które zdaniem, ponoć lewicowych publicystów z USA (hehe), mu się należą. Ta pozorowana, rzekoma lewicowa retoryka pomija dość prosty fakt, że mamy tutaj do czynienia z więcej niż dwoma podmiotami. Oprócz właścicieli korporacji, w tym również członków spółdzielni, jaką jest np. Real Madryt i FC Barcelona, mamy pracowników tej korporacji o bardzo zróżnicowanych zarobkach (od stewarda po kapitana drużyny) i wreszcie mamy społeczeństwo, w środowisku którego owa korporacja działa. Ograniczanie sporu tylko do linii spółka vs jej najlepiej opłacany pracownik jest nie tylko niezrozumieniem, czym jest corporate governance w XXI wieku, ale daje tak komiczne efekty, jak obrona prezesa banku (tudzież jego najlepszego dyrektora) marksistowską retoryką o wyzysku przez… bank, który go zatrudnia. Bo przecież prezes jest tym słabszym ogniwem w stosunku do rady nadzorczej i właściciela, prawda, panie redaktorze?

To, czego się zdaje nie zauważać pan redaktor, to prosty fakt, że lewicy jest wszystko jedno kto w sporze miliardowa korporacja vs. sportowiec milioner wyjdzie z tarczą. Lewicy zależy, żeby KAŻDA z tych stron płaciła wysoki, progresywny podatek, więc to, czy klub obłowi się kosztem piłkarza, czy piłkarz kosztem klubu, jest dla lewicy sprawą drugorzędną. Ważne, że oboje płacą podatek, który, co ważniejsze, nie jest bezsensownie trwoniony, ale idzie na społecznie użyteczne cele, jak pensje dla ratowników.

Ważne jest również, aby, po tym, jak już ów zły klubowy właściciel jako spółka zapłacił CIT, a potem ewentualnie PIT jako osoba fizyczna, różnice w płacach pracowniczych u owego właściciela nie były aż tak zróżnicowane. I pracownicy klubów, niebędący piłkarzami też zarabiali godnie, co nie znaczy, oczywiście, że tyle sam. Stąd wzorowany na CEO pay ratio pomysł, aby pensja piłkarzy była limitowana odgórnie wielokrotnością pensji pracowników danego klubu. Chcesz dać Messiemu  podwyżkę – musisz dać podwyżkę stewardom.

Na koniec ważne, żeby klub, będący częścią lokalnego środowiska, była zarządzany stabilnie i owszem, był jak najbardziej rentowny. Albowiem dzięki temu bezpieczniejsi będą wszyscy interesariusze owego klubu. Od jego wierzycieli przez ewentualnych, drobnych akcjonariuszy, po jego pracowników i wszystkie inne podmioty, które z tym kubem weszły w odpłatne relacje biznesowe. Na tym właśnie polega długofalowy rozwój, rynek regulowany (np. przez Financial Fair Play) i przeciwdziałanie kolejnej fali bankructw, która, jak widać, nic nie nauczyła kolejnych komentatorów odwiecznie toczących bekę z innego niż mainsztrimowy kierunek myślenia.

Niech Lewandowski zarabia jeszcze więcej

29/06/2018 Dodaj komentarz

W słuszny skądinąd tekst Kamila Fejfera o szokująco wysokich zarobkach piłkarzy wkradło się, jak zwykle przy takich publikacjach, pewne niezrozumienie współczesnego rynku piłkarskiego i dość złożonej roli, jaką odgrywają na nim piłkarze tacy jak Lewandowski. Zanim przejdę do meritum, warto zapytać, czemu takie teksty lewica pisze nad wyraz często o piłkarzach, ale rzadziej już o ulubionych aktorach-milionerach, producentach gier komputerowych czy zespołach muzycznych, ale tak to już chyba musi być, że to ten piłkarz-milioner jest chłopcem do bicia. Nie zmienia to jednak faktu, że, owszem, piłkarze tacy jak Lewandowski zarabiają niewspółmiernie dużo, zwłaszcza w stosunku do ratowników medycznych. I coś z tym należałoby zrobić. Pytanie tylko co?

Czytaj dalej na gazeta.pl

Silni wobec słabych, słabi wobec silnych

28/06/2018 7 Komentarzy

 

Pół roku po buńczucznej obronie ustawy o IPN i jej zapisów o karaniu za przypisywanie Polakom udziału w zbrodniach nazistowskich, pół rok po zapewnieniach, jak to jest konieczne, jak nas to przed światem obroni, wreszcie się doczekaliśmy wycofania tego najbardziej kuriozalnego pomysłu Patryka Jakiego, którym był art. 55a ustawy.

Nie, nie stało się tak, bo PiS wysłuchał sprzeciwów polskich obywateli, których owa władza ma ponoć reprezentować. Nie stało się tak, bo wysłuchano protestów polskich naukowców całe zawodowe życie poświęcających badaniu przeszłości. I nie stało się tak, bo wysłuchano głosów ludzi, którzy z Niemcami autentycznie walczyli z bronią (a nie z memami) w ręku i przez tych Niemców byli bici, więzieni i torturowani.

Stało się tak, bo tupnęli nogą amerykański brat i jego izraelski brat mniejszy. Wreszcie na własne oczy, między jednym meczem a drugim, mieliśmy okazję oglądać pokaz pełzającej wręcz słabości obozu władzy, by nie powiedzieć: legislacyjnego skomlenia.

Nie, to nie jest tak, że ta władza w ogóle jest słaba. Ona jest silna, nawet bardzo silna.

Czytaj dalej na gazeta.pl

%d blogerów lubi to: