Wilcze oczy, wilcze doły

01/06/2017 6 komentarzy

Pomiędzy odmową przyjęcia przez Błaszczaka strażackiego orderu, który sam sobie przyznał, a publicznym przerzucaniem się kośćmi z Łączki, tudzież Smoleńska – zawiało normalnością. Oto Sąd Najwyższy odpowiedział na pytanie o dopuszczalność prezydenckiego prawa łaski przed uprawomocnieniem się orzeczenia. Na moment do głosu doszli fachowcy, nawet wpotylice zaczęło cytować profesorskie głosy, słowem polska dyskurs publiczny przez moment wyglądał, tak jak to ma miejsce w tych „muzułmańskich” krajach zza Odrą, do których tak emigrują ekonomiczni najeźdźcy z katolickiej Polski.

Moment ten trwał jednak krótko, głos już zabrała pani Mazurek, zaraz zabierze Patryk Dżaki, a potem reszta różnych Tarczyńskich. W tzw. normalnym kraju spór dalej toczyłby się na ramach prasy i naukowych periodyków, Polska jest jednak krajem wyjątkowym, więc możliwe jest znacznie więcej. Z dostępnych scenariuszy możliwe wydają się trzy. Po pierwsze PIS uznaje orzeczenie Sądu Najwyższego i czeka stosowanego momentu, by partyjnych kumpli ułaskawić. Po drugie, PIS, owszem orzeczenie uznaje, ale za moment przy pomocy TK i KRS odzyskuje SN wsadzając tam swoich PRLowskich dygnitarzy. Po trzecie – i za to trzymajmy kciuki – PIS idzie na zwarcie i za pomocą TK oznajmia, że pan prezydent ma pełne prawo korzystać z prawa łaski na każdym etapie postępowania.  Ten ostatni scenariusz teoretycznie Dudę umacnia, ale faktycznie prawo łaski potrzebne mu jest dziś jak narty w basenie. Prokuratura dawno już przecież, czy to  wszelkie akty oskarżenia przeciwko kumplom wycofała, czy to wręcz dowody torturowania różnych Stachowiaków do szafy schowała.

To, co jednak jest ciekawego w tym scenariuszu, to przypadek, gdy przy rządzie PIS-Kukiz to ktoś z opozycji zostaje kolejnym prezydentem. Dostaje bowiem wówczas prezydent do rąk średniowieczny wręcz oręż monarszy, którym może dowolnie kształtować politykę karną Ziobrystów. Powie ktoś, że i bez tego wszystkiego owemu prezydentowi przysługiwałoby prawo łaski. Owszem, ale to dopiero po prawomocnym wyroku, a więc dopiero po tymczasowym aresztowaniu wydobywczym klepniętym przez „odzyskanego” sędziego wskazanego przez prezesa sądu wprost z prokuratury. Tymczasem prawo łaski, rozumiane jako możliwość abolicji indywidualnej na każdym etapie postępowania, powoduje, że, dajmy na to, taki Tusk mógłby zwalniać każdego, gdziekolwiek i kiedykolwiek. I na nic cały ten wysiłek z odzyskiwaniem KRS i prezesów sądów, skoro jednym pstryknięciem mógłby nie-pisowski prezydent w każdym wybranym momencie polski wymiar sprawiedliwości od sprawy Kopacz, Kijowskiego czy Piniora uwolnić.

Woś na K2 zimą w klapkach

29/05/2017 10 komentarzy

 

Z felietonami Rafała Wosia mam ten problem, że przy trafnych diagnozach rzadko kiedy zgadzam się co do rozwiązań. Jakbym z Wosiem żył w innym kraju, patrzył na inne liczby, czytał o innych skandalach.

Pisze Woś w ostatnim felietonie na forsal.pl, że istnieje ryzyko ponownego spałaszowania lewicy przez centrum. Że ją połknie syty obóz lewicowego mieszczaństwa. Otóż ja nie do końca rozumiem ten tok myślenia. Jeśli bowiem partia, której mam oddać swoje poparcie, nie potrafi w prostej umowie koalicyjnej zapewnić sobie realizacji kilku żelaznych punktów programu, to co ona w ogóle potrafi? Walczyć z militaryzmem Putina? Walczyć propagandą deregulacyjnego kapitalizmu? Niszczyć rozmaite biznesowe układy. Ostro podnosić podatki? Jeśli nie potrafi sobie dać rady ze Schetyną (i to Schetyną we wspólnym sojuszu), to po co te lamusy w ogóle mają o mój głos zabiegać? Oczywiście fakt pałaszowania SLD nie oznaczał, że to nagle liberałowie połknęli lewicę.  Oznaczał, że Leszek Miller był po prostu takim samym liberałem, nie chciał kopać się z koniem, a wolał lizać z liberalnym salonem, że sobie tak zarymuje.

Sugeruje więc Woś, żeby uciekać przed wielkim potworem z centrum i otwierać się na nowe pole. Pole te są jednak komiczne. Proponuje bowiem Woś spojrzeć łaskawszym okiem na przykład na kulturę kibicowską (już widzę, jak wielu lewaków łapie się za głowę w geście przerażenia) ometkowaną przez statecznych mieszczan jako siedlisko faszyzmu i ksenofobii. Znaczy ta sama lewica, co nie potrafi sobie dać rady z dziadkami i babciami z KODu albo posłem Grabcem ma sobie dać radę z kibolami, z których 80% nosi koszulki wyklętych i wywiesza transparenty o wieszaniu i mordowaniu? Oczywiście, że sama kultura kibicowska jest w swej istocie lewicowa, i oczywiście że warto próbować budować od postaw, czego dowodem Aks Zły na Skaryszku. Ale to perspektywa czasowa dekady być może kilku dekad. A wybory trzeba wygrywać na już. Ruch faszystowski jest zrośnięty z kibolami od wielu, wielu lat, zainwestowali w to masę czasu, pieniędzy, a teraz Woś proponuje lewakom: idźcie i zdobywajcie! Zresztą jak to sobie w ogóle Woś wyobraża? Przyjdzie Zandberg z transparentem Refugees welcome, Tęczowa trybuna start? Wyższy VAT na szaliki? Tak, to się musi udać.

Dalej czytam: Nie krzywić się na przasność disco-polo i rzekomą prawicowość rapu. Rap jest przede wszystkim wolnorynkowy, dopiero ostatnia by prawicowy, ale to nie działa tak, że ot pstrykasz i nagle ktoś ci rapuje o komunardach. Disco polo z kolei, na pierwszy rzut oka to może być oczywisty target lewicy, ale to znowuż nie jest tak, że na te koncerty nie przychodzą miejscowi biznesmeni z wąsem, którzy na co dzień uskuteczniają radykalne wersje wyzysku, a na płacę minimalną reagują śmiechem z czkawką. Być może Rafał powinien kiedyś na takim koncercie porozmawiać z bywalcami o dochodzie gwarantowanym, chciałbym zobaczyć reakcje.

Pojawia się pomysł, aby Sprawdzić, czy powtarzając tezy o wstecznym obliczu polskiego katolicyzmu ludowego, nie pomijamy jego socjalnego dorobku (zwłaszcza na polskiej prowincji w czasie bezwzględnej transformacji). Ależ pewnie pomijamy, tylko co z tego? Rolą lewicowych partii jest realizowanie tu i teraz lewicowych postulatów, a nie pisanie historycznych analiz. Tym zajmują się – nieco chyba przez Wosia pogardzani – lewicowi doktoranci. A przecież obecny Kościół jak nigdy w swej historii  ostatniego ćwierćwiecza jest Kościołem jednego, prawicowego głosu. Głosy jakiejkolwiek empatii są rugowane, a nawet karane, podczas gdy faszyzujący kapłani otrzymują brawa i wsparcie nie tylko na twitterze. Zresztą nawet, gdyby jakaś lewicowa, katolicka alternatywa się pojawiła, to przecież nie pozwoli na to historyczne apogeum tego ogromnego szabrowania i wyprowadzania majątku publicznego na prywatne konta korporacji kościelnej. To są ich złote czasy, co da im się wyrwać to ich, za kilka lat POPIS przeminie, a ryzydzkowe działki ostaną się w księgach wieczystych. Powiem to nieco cynicznie, ale tylko głupiec w Episkopacie ryzykowałby przerwanie tego wartkiego strumienia złota i kosztowności w imię współpracy z patiami co mają 2-3%. A przecież mówimy o najbardziej pazernej firmie ever, przy której Enrony to małe miki. Polska – jak słusznie zauważa Miłosz – nigdy nie miała poważnych ruchów heretyckich. Wszystko kończyło się na furcie proboszcza. Czemu teraz ma być inaczej? Skoro nawet głos papieski lud polski ma w głębokim poważaniu.

Pojawia się głos, aby Dostrzec godność w pogardzanych urzędnikach. Tyle że to się już dzieje. Partia Razem nie raz, nie dwa, o nich się upominała. Tyle tylko, że gdy PIS tych urzędników traktuje jak śmiecie, ze strony co światlejszych symetrycznych umysłów słyszę, że przecież PO też tak robiło. Polski urzędnik jest łupem, a głośne: tak się nie godzi kwitowane jest głośnym rechotem również lewicowych realistów. Do dymisji – krzyczy moralnie wzburzona lewica, do dymisji – polskiego urzędnika zwalniać można za byle co i pod byle jakim pretekstem. Przy każdym medialnym skandalu traci on bowiem przymiot pracownika szybciej niż pracownik u prywaciarza, tego ostatniego trzeba bowiem chronić przed złym (kapitalistycznym) panem, tego pierwszego zaś możemy zwalniać, bo to my jesteśmy tym panem, my mu płacimy pensje z naszych podatków. Więc możemy być równie, a nawet bardziej bezwzględni.

Pisze wreszcie Woś, że lewica powinna przeprosić się z populizmem i zaakceptować fakt, że lewica musi być populistyczna. Tutaj się zgadzam. Ba, uważam, że Rafał akurat ma tu pewne zasługi (to komplement). Nie mniej jednak populizmu nie można mylić z naiwnością.

To, co proponuje Woś, to zamiast włażenia na K2 w grupie (może i nie do końca lubianych kolegów i koleżanek) wbiegnie tam zimą w klapkach na linie podwieszonej między kibicami wyklętymi, disco polo i miejscowym proboszczem. Moim zdaniem ta linia pierd… i zawodnik spadnie w przepaść, no ale zawsze się wtedy doda, że przynajmniej szerpowie go w obozie nie zjedli.

 

Pakt o nieagresji

27/05/2017 6 komentarzy

 

Działo się to w 1934 roku, w Hiszpanii. Tuż po asturyjskim powstaniu, tak źle przeprowadzanym, tak łatwo przez CEDA sprowokowanym (represje po wcześniejszych strajkach wiejskich). W więzieniu siedziała część wierchuszki ówczesnej lewicy, w tym on: Largo Caballero – szef związkowców UGT, hiszpański Lenin jak o nim mówili, chociaż ponoć to właśnie dopiero wtedy, w więzieniu, raczył przeczytać Kapitał Marksa. I oto w czasie jednej z wizyt w trakcie rozliczeniowego szału, jaki nabrzmiewał w lewicowej prasie, odwiedza go niejaki Andres Saborit. Naczelny jednej z socjalistycznych gazet, tzw. besteirrista od nazwiska Juliana Besteirro – marksisty teoretyzującego w duchu Bernsteina i Kautskiego. Andres Saborit wchodzi, ze wszystkimi się wita – tak to sobie wyobrażam, ale – to już fakty – Largo Caballero ostentacyjnie odmawia podania mu ręki.

Ta scena przypomniała mi się, gdy Marcelina Zawisza w święto 1 maja odmówiła podania ręki Waldemarowi Czarzastemu. Nie żeby wówczas ta medialna odmowa nie była trafna. Chciał Czarzasty wykazać się lisim sprytem, dostał w świetle kamer po łapkach. Ale pytanie, co dalej? Obie partie, na dzień dzisiejszy, ryzykują nieprzekroczenie progu do parlamentu. Obie partie razem miałyby tyle co Kukizowcy. Być może nawet więcej. Obie partie razem mogłyby decydować o koalicji. Czy taki Paryż nie jest wart (czerwonej) mszy?

Owszem, rozumiem, że jakikolwiek związek z SLD może być odczytany jako zaprzepaszczenie tego, czym od początku miała być partia Razem. Ba, zdaję sobie też sprawę z ogromnych pokładów januszostwa po stronie Sojuszu i to nawet teraz, gdy prawaccy talibowie jak Miller, Ogórek czy Jakubowska opuścili już statek i jędzą po stronie Irenek Szafrańskich.  Zabrzmię trochę jak przewielebny Geremek, za co z góry przepraszam, ale mam wrażenie, że polski elektorat nie dojrzał jeszcze do partii na miarę Razem. Że partia ta, ze swym programem, priorytetami, czy wręcz stylem zarządzania jest twórczą kopią (to nie zarzut) progresistów zachodnich. Że tutaj nad Wisłą, poza garstką mieszczuchów, partia ta będzie jakimś dziwnym, niezrozumiałym tworem. Więc może to akurat koalicja z wujami z SLD będzie politycznie przydatna, a nie z Zielonymi, którzy, przy całej mojej sympatii, przy sarmackim podejściu do ekologii, wydają się być kosmitami z planety Melmak.

A przecież, wracają do moich ukochanych analogii hiszpańskich, wtedy, w 1934 czy 1936, gdy udało się odzyskać władzę w hiszpańskiej Republice, większe lewicę dzieliły spory. Szło przecież w ogóle o to, czy lewica ma iść drogą demokratyczną, czy może drogą rewolucji. I Largo Caballero dał się wreszcie przekonać. Fakt że za późno, ale jego Ego potrafiło nie raz, nie dwa, podminować Republikę.

Czytam, że Razem idzie w koalicję z ruchami miejskimi i cieszę się. Ale w świetle wyborów ogólnopolskich żadne to wsparcie. A skoro SLD ma rzeczywiście owe 5% to może się zdarzyć, że jeden społecznie wrażliwy działacz miejski będzie rozrywany przez dwa plujące na siebie lewicowe obozy.

Ok, nie twierdzę, że od razu należy rzucać się sobie w ramiona, ale może warto chociaż spróbować? Na przykład od paktu o nieagresji? Na przykład od współpracy na kilku wybranych polach? Może warto szukać tych młodszych SLDowcow, którzy de facto myślą przecież dokładnie tak jak Razem. Przecież właśnie co Razemki w sprawie „godzina dla rodziny” weszły w porozumienie z PSL. Czyli partią, która mimo peeselowskiego Dżastina Trudeł, nie bez powodu uważana jest za kwintesencję patologicznego klientelizmu. Skoro z nimi można, to czemu nie z Pauliną Piechną?

Ba, zawierając określone sojusze, z mocy koniecznych interakcji można mieć wpływ na drugą stronę. Na przykład namówić, żeby starsi panowie na moment schowali się w szafie, jak to się schował Antek z Jarkiem. Jest przecież taki związek, do którego, jak to powtarza lewica, warto należeć, bo dzięki uczestnictwu daje prawo do współpodejmowania decyzji. Może niektórzy z Was o nim słyszeli: nazywa się Unia Europejska.

 

 

 

 

 

 

Nawet kredek zabrakło

25/05/2017 10 komentarzy

 

To już szósta polska ofiara ostatnich zamachów terrorystycznych. Tym razem trafiło na dwójkę rodziców odbierających swe dzieci z koncertu. Tym razem było jednak inaczej.

Tym razem Adrian nie uronił bowiem łezki jak po zamachu w Nicei, tym razem Adrian dzielnie ogłosił orędzie, w którym nawet słowem nie zająknął się o ofiarach. Tym razem Adrian dostał bowiem nowe referendalne playmobilki od wujka Jarka i będzie je składał, bodajże do jesieni 2018.

Tym razem Frank Drebin Waszczykowski nie wysłał aż całych dwóch policjantów na Wyspy Brytyjskie, tym razem spuścił tylko głowę, informując, ile Polaków na koncie ma zamachowiec. Tym razem Beata Szydło nie telefonowała z wyłączonego aparatu do May Theresy, tym razem Beata krzyknęła tylko: Europo, Powstań z kolan i obudź się z letargu, bo w przeciwnym razie codziennie będziesz opłakiwała swoje dzieci! Swoje dzieci, Europo! Nie nasze, a swoje. Widać, te zamordowane małżeństwo nie należy już do Polski. Należy do niej, do Europy.

A przecież nawet Leszek Miller – postać Ogórkowo wręcz śliska i obrzydliwa – potrafił przyjąć do wiadomości, że jako premier powinien choć trochę poczuwać się za los swoich rodaków poza granicami kraju. To, co z tym zrobił, to inna sprawa, ale nie wymazywał ich szydząc o kredkach.

Bo to właśnie o kredkach słyszę non stop przy każdym zamachu, jakby tylko tymi kredkami w terrorystów uderzali. Tymczasem Francja do walki z ISIS używa swojej armii, tymczasem pomaga jej w tym Wielka Brytania.  A co robi w tym czasie Polska? Poza tym, że prześladuje bezbronnych Czeczenów, rzecz jasna?

Bo przecież Polaków można zabijać za granicą bezkarnie. Co zrobią Polacy ISIS? Jak odpowiedzą? Wyślą te helikoptery, co to od stycznia miały już stać w hangarach? Przerzucą wojska obrony terytorialnej złożone z biurowych spaślaczków strzelających paintballem? A może brygadę narodowców pod sztandarem depilacji brwi Krzysztofa Bosaka? Bo przecież najlepszą ponoć dywizję pancerną nad Wisłą jakiś, ruski chyba, kret szybko rozwiązał, a żołnierzom tworzącym siły specjalne zabiera się emerytury.

Grzmi Szydło Beata o bezpieczeństwie, cieszy się Adrian, że na Światowych Dniach Dojenia Młodzieży nic nie wybuchło. A przecież to, że w Polsce nie ma zamachu, nie wynika z tego, że bezpieczeństwo zapewnia ekipa, co z jednej strony potrafi zepsuć ostatnią średniowieczną puszczę, konie z Janowa, czy nawet Opole, a z drugiej nie potrafi opon zimowych w aucie wymienić, wsiąść w komplecie do Boeninga, czy najzwyczajniej w świecie dowieźć (bez karambolu) swych oficjeli na miejsce. Brak zamachów wynika tylko i wyłącznie z tego, że ISIS ma Polskę w głębokiej rzyci. Że jako kraj jesteśmy takim europejskim zadupiem, że szkoda na nas zasobów. Bo co za problem wysłać z Berlina furgonetkę, skoro przejścia na granicy otwarte bardziej niż usta braci Karnowskich.

Ba, aby na Zachodzie Europy wywołać nazistowskie uczucia do obcych, muszą terroryści ją ciągle bombami obrzucać. A u nas, jeden z drugim komendant ISIS ma ten efekt za free, wystarczy że sobie posłucha Błaszczaka. Jakby był sterowany pilotem.

Tylko że Brytyjczycy przeżyli ataki IRA, Francuzi ataki algierskiego ruchu oporu, Niemcy Baader Meinhof, a Włosi Czerwone Brygady. A co Polacy przeżyli? Spalenie (i tak zresztą nie tego, co trzeba) domku letniskowego przez Morawieckiego seniora?

Dlatego za granicą możne ISIS do Polaków strzelać, bo rząd i tak nic nie zrobi, a w Polsce ISIS do Polaków nie strzelać, bo i tak się osiąga to, co się chciało. W końcu po co mają terroryści marnować czas na ekspertów od kredek, jak tymi kredkami rozpisują im dialogi od ponad dekady.

Kraj z mgły, mułu i paproci

24/05/2017 6 komentarzy

 

Claudiu Crulica miał 33 lata. To ponoć dobry wiek. Wiek Chrystusowy (w tym kraju to chyba ważne). Claudiu Crulica był Rumunem (to jeszcze ważniejsze). W 2008 r. został oskarżony o kradzież portfela pewnej ważnej osoby. Oskarżony i aresztowany. Crulica twierdził, że w momencie kradzieży był w Mediolanie. Nikt tego nie sprawdził. Nikt nie porozmawiał z pilotką autokaru, która doskonale go pamiętała. Nikt nie weryfikował jego alibi nawet wtedy, gdy 33 letni Claudiu Crulica podjął głodówkę. Claudiu Curlica zmarł w szpitalnym więzieniu. Na ostatnich zdjęciach wyglądał jakby właśnie opuścił Treblinkę.

O sprawie pisał Tygodnik Powszechny. W wielu numerach pisał. Ale prawdę mówiąc, wszyscy mieli to w dupie. Tak jak w dupie mieli 1000 stronnicowy raport dyrektora okręgowego Służby Więziennej. Ciągano po sądach kilku lekarzy, reszcie dano spokój. Reszta ma czyste sumienie.

Maxwell Itoyia w momencie śmierci był 3 lata starszy. Maxwell Itoyia był Polakiem nigeryjskiego pochodzenia (tak, to kluczowe). W 2010 r. na stadionie-bazarze warszawskim wdał się szarpaninę z policją. Zastrzelono go na miejscu. Protestowała garstka lewaków, głównie anarchistów. Reszta, rzecz jasna, też miała to w dupie.

Wydawałoby się, że po ujawnieniu nagrania z katowaniem Igora Stachowiaka, jego bliscy będą mieli ciut więcej szczęścia. W końcu to biały Polak. Że dowiedzą się czemu przez rok nagrań torturowania nie raczyła obejrzeć policja, prokuratura, a jak obejrzeć raczyła, to czemu ci zwyrodnialcy nie mają jeszcze zarzutów? Czemu byli odwieszani, a ich przełożeni dostawali awanse? I to nawet nie chodzi o to, czemu Błaszczak z Zielińskim przez rok nie potrafili przeprowadzić rzetelnej kontroli, by za chwilę się okazało jednak, że przez 3 dni można wszystko wyjaśnić. Nie, nie chodzi o to, żeby tak jak prawicowi intelektualiści chcą ścigać Tuska za Smoleńsk, tak teraz ścigać Błaszczaka za śmierć i tortury.

Chodzi tylko o to, żeby Polacy się tym k… ciut bardziej zainteresowali. Tym zgonem w 2008, tym w 2010, czy tym w 2016. W innych krajach po takich nagraniach jak w przypadku Stachowiaka na ulicach płoną samochody, w parlamentach prowadzone są niezależne (od rządzących!) komisje śledcze, powstają grube, analizowane przez media raporty.

Tymczasem w Polsce od tygodnia cały naród przeżywa medialnie, czy Zenek Martyniuk zagra w Opolu, czy jednaka Rosiewicz z innym paździerzem w Kielcach. Koniec festiwalu w Opolu jako Armagedon, który ten naród z mgły i paproci doprowadza na skraj rozpaczy.  Jak w takich discopolowych warunkach można w ogóle prowadzi debatę? Czy to uchodźcach, czy o socjalu, czy o czymkolwiek innym niż tylko jadą chłopcy radarowcy?

Polski dyskurs polityczny jest jednym wielki nowotworem karmionym przez te wszystkie gazety.pl, natematy i inne rzekome strony z contentem, które najpierw polską politykę sprowadzają na dno,  a potem się dziwią, że w tym błotku wygrywa populizm.

Po reformie reforma

22/05/2017 8 komentarzy

Ostentacyjne opuszczanie sali przez prawników na ich ostatnim katowickim kongresie najlepiej zestawić z ucieczką Morawskiego. Oba zdarzenia są dość symboliczne i dość podobne, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie bardzo.

Oczywiście jest dużą naiwnością sądzić, że gdyby prawnicy na kongresie zostali, to Kaczyński reformę by cofnął albo chociaż zaczął rozmawiać. Decyzja zapadła już dawno. Jeszcze większą naiwnością jest twierdzenie, że polscy prawnicy są w stanie zatrzymać falę populizmu, który podmywa ich nienaruszalny dotychczas status. Wystarczy przecież poczytać Stanisława Żerko na twitterze, czy Witolda Jurasza, aby zrozumieć z jak silnym kołtunem idzie się mierzyć. A to przecież ta prawica bardziej cywilizowana. Ta cywilizowana mniej ma (25 lat po okrągłym stole!) opowieści o sędziach z czasów stalinizmu albo o sędziach kradnących batoniki.

Ale naiwnością największą jest (nomen omen) sądzenie, że jakoś polskich sądów się za PIS-u poprawi. Nie, nie poprawi się, ale pogorszy. Nie poprawi dlatego, że sąd nigdy nie będzie miejscem, które się dobrze kojarzy. Tak jak takim miejscem nie jest gabinet dentystyczny czy kancelaria komornicza. Bez względu na, niechby i drastyczny, skok jakościowy polskiego sądownictwa (a z pewnością jest co poprawiać) zawsze będzie się kojarzył z „borowaniem zęba”. Pogorszy zaś dlatego, że do zwyczajowych bolączek dojdzie ogromne upolitycznienie. Ogromne nawet nie w sensie, że oto z dnia na dzień wyrzucą wszystkich prezesów i mianują Kaletę albo innego Świeczkowskiego. Do tego, jak już kiedyś pisałem, wystarczy punktowa zmiana w kilku newralgicznych miejscach. Aczkolwiek znając pisowski model, który polega na (trafnej) identyfikacji patologii, potem jej (błyskawicznej) absorbcji i wreszcie finalnym spotęgowaniu, nie zdziwiłby mnie większe czystki. Ale nawet jeśli PIS się powstrzyma, to od upolitycznienia i tak już nie ma odwrotu. Albowiem tuż po „odzyskaniu sądów” każda kontrowersyjna decyzja sędziowska, ba każda decyzja KRS, będzie szła już na konto PISu. Tak jak na konto PISu idą wszystkie stłuczki BOR, chociaż to przecie nie Jarek jest kierowcą auta. Tak jak na konto PISu idą wypowiedzi Morawskiego, który ucieka potem przed kamerą, czy Berczyńskiego, który ucieka wręcz za granicę.  Tak jak na konto PISu idzie ta wizerunkowa klęska w Opolu, chociaż kto kilka lat temu (poza pacjentami) oskarżałby Tuskizm o bojkoty celebrytozy. No ale skoro na szefa TVP daje się kogoś takiego jak Kurski.

W tym sensie, mówiąc po marksistowsku, PIS jest trochę etapem przejściowym, który nie jest w stanie zaoferować niczego poza pustą obietnicą i faktycznym pogorszeniem i tak już nie najlepszych standardów. Bo widoczna zmiana całego systemu prawnego to zmiany zachodzące na poziomie makro, a nie kilku ustaw doktora Warchoła.

Ażeby etap PIS był jednak etapem przejściowym, trzeba wiedzieć jak się go po wygranych wyborach pozbyć. Samą reformę KRS uciąć dość łatwo – wszak to tylko ustawa. Trybunał może, rzecz jasna, jątrzyć, ale i tu PIS pokazał jak sobie radzić. Wszak wystarczy nowelą ustawy o Trybunale (bez vacatio legis) ustanowić, kto może pełnić rolę prezesa (najmłodszy po prawej z blond grzywką). A wtedy już z górki. To co jest prawdziwym wyzwaniem, to determinacja i granie w szulerskie karty. Dlatego również i w tym kontekście nie żal mi Filipa Memchesa, gdy patrzę, jak rewolucja pożera własne dzieci. Sprzątanie po PISie będzie polegało również, a może przede wszystkim, na tym, że będzie trzeba odrzucić empatię do funkcjonariuszy dobrej zmiany.

Nie żal mi również dlatego, że to nie Memches jest tutaj ofiarą. I że sam Memches potrafił obrzydliwe usprawiedliwiać putinowską politykę wobec LGBT. Żal mi za to aktorek z Wrocławia (dosłownie) z dziećmi na ręku, które dostawały wypowiedzenia tuż przed wigilią. Żal mi tego faceta, którego według biegłych miał potrącić Morawski, i który to facet najpierw leżał tygodnie w szpitalu, a potem z własnej kieszeni musiał zaczynać od nowa, bo ubezpieczyciel czeka na wynik pisowskiej prokuratury.  Żal mi tej bibliotekarki, której, według prof. Matczaka, niejaki Muszyński z Trybunału miał kazać odkupywać za swoje nieprawomyślne książki z trybunalskiej biblioteki. Żal mi wreszcie, tego doktoranta, któremu zbojkotowali obronę, bo nie potrafili podgryźć się na Morawskim. Takich ludzi mi żal, dla takich ludzi się zmienia system, dla takich naprawia sądy. A nie dla takich, którzy od lat dokładają cegiełkę, żeby reżim te sądy niszczył.

 

 

 

 

Mijanka

18/05/2017 5 komentarzy

 

Długo to trwało, niemal dekadę, ale niektórzy wreszcie się doczekali: oto Real Madryt przejmuje hegemonię w Hiszpanii. I to przejmuje na dłużej. Nie, nie chodzi o zwykłe wygranie mistrzostwa – to zdarzyło się już w pamiętnym sezonie Mourihno – chodzi o początek dominacji. Dłuższej dominacji.

Joanthan Wilson napisał po odejściu Guardioli, że Barcelona stała się jedną drużyną z wielu. Owszem, wciąż zdolną wygrać Ligę Mistrzów, ba, jak się okazało, wciąż zdolną nawet do trypletu – czego notabene Real nie dokonał nigdy w swojej historii – ale już nie tak niezwykłą. Barcelona przestała przerastać innych o głowę. Teraz przestała przerastać również swojego rywala z Madrytu. A nawet dwóch swoich rywali.

Najlepiej proces powolnego upadku ilustruje, rzecz jasna, powolne wzrastania rywala z Kastylii. Tłumaczenie, że ryba psuje się od głowy jest zawsze durne, ale w przypadku korporacji, a taką jest przecież Barcelona, strategiczne decyzje, organizacja zasobów, nominowanie menadżerów – wszystko to musie mieć przełożenie na wyniki. Kto tego nie rozumie, powinien prześledzić karierę Monchiego w Sevilli. Tymczasem Ozil, Modric, Kroos, Isco, nawet Asensio – wszyscy oni byli łączeni z Barceloną, wszyscy oni swego czasu byli do kupienia. Barcelona trwała zaś przy duecie Xavi-Iniesta, jakby czas się zatrzymał i żadnemu z nich nie stuknęła trzydziestka. Efekt?  Wszyscy wymienieni są lub byli w Realu, Xavi gra w Emiratach, Iniesta od roku nie strzelił gola, a środek pola okupuje (to dobre słowo) Rakitic, Denis Suarez czy Andre Wtf Gomes. Po raz pierwszy od dekady nie tylko Real ma lepszą pomoc, ale także PSG, Juve, Bayern czy Manchester City.

Po drugie trener. Jest jakimś złośliwym zrzędzeniem losu, że najlepszy piłkarz w historii tej dyscypliny musi od 6 lat użerać się z trenerami, którzy nigdy wcześniej nie trenowali drużyn z top3 najlepszych lig Europy. W czasie, gdy Argentyna produkuje prawdopodobnie najlepszych trenerów na świecie (Simeone, Pochettino, Sampaoli) dostaje Messi wynalazki w postaci Taty Martino czy Ernesto Valverde. Zadziwiająca to sytuacja, gdy to klub podbija CV przeciętnemu trenerowi, a nie trener dodaje blasku klubowi. W tym czasie Real, albo testuje najlepszych możliwych na rynku (Mourihno, Ancellotii), albo znajduje trenera, który owszem, może nie jest gigantem taktyki, ale swym autorytetem wprowadza spokój, rotacje i walkę do końca. Lucho Enrique wprowadza zaś Denisa Suareza i Andre Gomesa ustawionych w jednej linii pomocy. Jest kwestią czasu, kiedy w Madrycie pojawi się Conte, a w Barcelonie Eusebio czy inny Jose Maria Bakero. Przecież nawet teraz, mając na wyciągniecie ręki kogoś takiego jak Sampaoli, biorą na trenera faceta, którego największym sukcesem jest mistrzostwo z … Olympiakosem Pireus. No ale on zna klub, jakby to było, kurwa, jakieś magiczne stąpanie po księżycu.

Po trzecie transfery. Real jest drużyną skończoną, w której trzeba tylko wymienić kilka klocków, przy czym są na to środki nawet bez sięgania po oszczędności. Wystarczy opchnąć James’a i Bale’a. Opchnąć za grubą kasę, bo przecież tylko Barcelona jest klubem, który Alvesowi pozwala odejść za darmo! Tymczasem w Barcelonie trzeba wymienić 3-4 piłkarzy, gdzie wszyscy najlepsi praktycznie są albo nie do wyjęcia (Verratti), albo niebotycznie drodzy i niekoniecznie chętni (Thiago). Przy „umiejętnościach sprzedaży”, budżetem rzędu 80 mln i kilkoma przegrywamy wypychanymi z klubu, uda się może przepłacić za jednego Coutihno. Czyli gracza kontuzjogennego, który dublował się będzie z Messim na mediapuncie.

A mierzyć się będzie Barca musiała już nie z linią ataku Benzema-Ronaldo-Bale, co Mpabbe-Isco, a od kwietnia z wypoczętym Ronaldo. Ronaldo, który wreszcie zrozumiał, że do wygrania Złotej Piłki wystarczy dobrze zagrać 5 meczy przez miesiąc (spytajcie polskich dziennikarzy jak zagłosują). Resztę zrobią Ramosy/Modrice i sędziowie, którzy nie tyle spiskują, co po prostu, jak cała reszta Hiszpanii, nie znoszą zarozumiałej, polaczkowatej Katalonii.

Oczywiście mogę się mylić. Jeszcze raz może się okazać, że Realowi posypie się ławka albo faks zatnie, Messi znowu weźmie klub na swoje barki do pomocy z Suarezem, Valverde się sprawdzi, kierownictwo trafi z transferami jak, o dziwo, trafiło z Umtitim, a piłkarze zepną się na mecze nie tylko na Santiago Bernabeu (kiedyś to Real jarał się ElClassico, bo nic innego w lidzie nie miał). Ale moim zdaniem proces odbudowy potrwa minimum dwa, trzy sezony. Akurat na koniec, mimo wszystko zepsutej, kariery Messiego, po której będzie już tylko fapfap, otchłań, zielona trawa trenera Xaviego i błyskawiczna ucieczka Neymara.

%d blogerów lubi to: