@SchetynaDlaBiałaFlaga

12/01/2017 1 komentarz

Gdy już wydawało się, że opozycja zrozumiała, o co chodzi w te całe opozycyjne klocki, gdy już dojść miało do decydującego starcia, oto Schetyna nie tylko wywiesza białą flagę, ale robi to w sposób tak ostentacyjny, jakby prosił Jarka, żeby ten jeszcze go mocniej podeptał. Rzecz jasna, znajdą się tacy, co na jednym wydechu głosili wczoraj, że Schetyna przegrał, bo blokował i jednocześnie głoszą to dzisiaj, że przegrał, bo zdezerterował. No ale to już polski dyskurs polityczny.

Aby lepiej zrozumieć głupotę owej schetynowskiej ucieczki, warto sobie uświadomić, że oto opozycja blokowała mównicę akurat wtedy, gdy nikogo na sali nie było, przeciwnicy przy wigilijnym stole albo na sylwestrowym balu, a z kolei blokować przestała, gdy owi posłowie ze świątecznych ferii wrócili. Coś jakby bokser wygrywał walkę na sali treningowej albo żołnierze wygrażali przeciwnikowi, gdy ten jeszcze na statek nie wsiadł. A potem run w krzaki.

A przecież to PIS był w kropce. Nie Platforma, a PIS. Trzy możliwe scenariusze po stronie PiS-owskiej to przekładać posiedzenia, głosować w sali kolumnowej, siłą usuwać posłów. Każde z nich, z różnym nasileniem, byłoby PiSowską porażką. I Pis zacząłby tracić w sondażach. Nie, nie na rzecz PO i Nowoczesnej. PIS zacząłby traci na rzecz Kukiza. Radykalna część elektoratu chce bowiem zemsty, chce walca, który przejedzie III RP. Dla nich to, co robi PIS to wręcz za mało, więc gdy PIS okazałby się za miękki, gdy PiS, mając tak ogromną władzę, dałby się bandzie, którą pogardzają do kurnika wygonić, byliby wściekli. Stąd te łajdackie pohukiwania Gmyza, Ziemkiewicza czy zastraszanie przez Tyszkę. A gdyby znowuż PIS użyl siły, to niepisowskie i europejskie media grzałyby to non stop, a takie obrazki zawsze działają na ludzi. Przy czym wyprowadzić jednego posła Jankowskiego to jedno, a wyprowadzić osób dwadzieścia, w tym kobiety, to drugie.

PIS był w kropce, dlatego panikował. Błaszczak miał wzywać BOR, Brudziński zapowiadał miesięczne zawieszenie prac Sejmu. I właśnie wtedy, gdy reżimowe  mózgi nie bardzo wiedzą, co robić, wchodzi Schetyna i wywiesza białą flagę. Bo że Petru wywiesił zaplamione maderowskie prześcieradło, to już wiadomo było wcześniej. I byłby to kolejny z serii tysiąca i jednej  nocy błędów tej ekipy nieudaczników pozbawionej Tuska, gdyby nie dwie bardzo istotne kwestie. Po pierwsze, zrobił Schetyna z broni atomowej mokrego kapiszona. Blokowanie mównicy to ostateczność i jako groźba użycia owej ostateczności powinno być używane. Tymczasem zostało nie tylko użyte w obronie posła Szczerby (hudefak?) to jeszcze w momencie, gdy zaczęło zbierać swoje żniwo zostało wstydliwie schowane do kieszonki. I teraz to nie Jarek, a Schetyna będzie się bał użycia blokady. Bo Jarek to przeżył i nic mu się nie stało, a ponowna blokada Schetyna to może być już tylko historyczna farsa. Po drugie, zmarnowany został kapitał społeczny. W tym kraju to dużo. Oto ludzie, co zimą, w mróz latali pod Sejm dostali kopa w cztery litery, bo posłowie nie potrafili wytrzymać kilkunastu dni bez luksusów. Więc na drugi raz już tak ochoczo nie przyjdą, bo niby dla kogo? Dla zdradka Schetyny.

Paradoksem całej tej sytuacji jest zabawny fakt, że oto PO i Nowoczesna są w komfortowej sytuacji, bo liberalny wyborca nigdzie nie ucieknie. Albo będzie w PO albo u Petru, co przypomina wietrzenie zaduchu poprzez biegnie z jednego pokoju do drugiego w zamkniętym mieszkaniu. Za to PiSowski wyborca, gdy Pis cofnie się z „na kursu i na ścieżce”, odejść do Kukiza może. Czas pokaże czy się to zmieni, czy zyska Korwin, lewica i czy KOD spróbuje zarejestrować swoje listy. Bo mam wrażenie, że znaczna część liberałów prędzej wybaczy Kijowskiemu faktury niż Schetynie ucieczkę, wszak ten pierwszy miał chociaż odwagę wejść między faszystów, a ten drugi czmychnął, gdy tylko Jarek tupnął nogą i kilku Kondziów Piaseckich w mediach mu zagrymasiło.

Czemu pundity are wrong?

11/01/2017 1 komentarz

Na własne oczy i uszy widziało i słyszało się nieomal to jedynie, do czego już przywykliśmy przez ostatnie lata. Brunatne mundury na ulicach, pochody, okrzyki „Heil” – poza tym business as usual. W Kammerrgerich pruskim sądzie najwyższej instancji, gdzie wówczas pracowałem jako referendarz, rozporządzenia, wydawane przez pruskiego ministra spraw wewnętrznych, nic nie zmieniały w pracach wymiaru sprawiedliwość. Konstytucja, wedle wiadomości prasowych, może iść do diabła; natomiast każdy poszczególny paragraf kodeksu cywilnego był starannie analizowany, jak dawniej. (…)

Efekt wiedzy po fakcie (hindsight bias) już dawno został całkiem dobrze zanalizowany w psychologii społecznej. Kiedy wynik jakiegoś procesu społecznego jest już znany, zawsze panuje przekonanie, że od początku było wiadomo, jak to wszystko się skończy, i post factum odnajduje się mnóstwo oznak, które od dawna wskazywały na zbliżającą się katastrofę czy tragedię. Z tego powodu na przykład wszyscy świadkowie epoki opowiadają w przeprowadzanych z nimi wywiadach, że ich ociec lub dziadek natychmiast powiedzieli 30 stycznia: to oznacza wojnę! Systemowy błąd oglądu przeszłości pomaga w opowiedzeniu się po dalekowzrocznych i wiedzących, podczas gdy w rzeczywistości uczestniczy historycznego procesu transformacji nigdy nie wiedzą, dokąd on zmierza. (…) Nawet gdy zmianie ulegną jedna, dwie czy trzy płaszczyzny zróżnicowanej funkcjonalnie struktury społeczeństwa, zawsze jest jeszcze nieskończenie wiele innych, które pozostają dokładnie takie, jakie były od początku. Chleb nadal jest wypiekany przez piekarza, tramwaje jeżdżą po szynach, podczas studiów trzeba się uczyć, a chorą babcię należy otoczyć opieką.  (…)

Nawet jeśli reżim nazistowski zlikwidował wolność prasy, stosował cenzurę i w swojej nowoczesnej propagandzie massmedialnej stworzył sferę publiczną zgodną z wizją reżimu, która rzecz jasna nie pozostawała bez wpływu na poglądy jednostek, to jednak byłoby nieporozumieniem wychodzić z założenia, że tym samym całkowicie zlikwidowano pluralizm poglądów i możliwość dyskusji. „Z ponad dwóch dziesięcioleci badań nad dziejami społecznymi i mentalnością w okresie dyktatury nazistowskiej, nad „zdaniem narodu” z tamtego czasu, wiemy – jak pisze Peter Longerich – że ludność Rzeszy Niemieckiej w latach 1933-1945 nie żyła w stanie totalnej uniformizacji, lecz że istniał szeroki zakres niezadowolenia, odmiennych poglądów i zróżnicowanych sposobów postępowania. Jednakże cechą charakterystyczną społeczeństwa niemieckiego pod panowaniem reżimu nazistowskiego było to, że tego typu oznaki sprzeciwu ujawniały się przede wszystkim w sferze prywatnej albo co najwyżej na wpół publicznej…

Długo nie dostrzegano faktu – pisał Hans Dieter Schafer – że społeczny awans w Trzeciej Rzeszy dokonał się nie tylko symbolicznie. Brytyjski historyk Richard Grunberger stwierdził, że ogólny poziom migracji statusowej podczas sześciu pokojowych lat istnienia reżimy nazistowskiego był dwukrotnie wyższy niż w trakcie ostatnich sześciu lat Republiki Wiemarskiej; organizacje państwowo-biurokratyczne oraz zrzeszenia ze sfery prywatnej gospodarki wchłonęły milion przedstawicieli warstwy robotniczej. Masowe bezrobocie zostało zlikwidowane do 1938 roku, w 1939 z powodu dotkliwego braku siły roboczej zaangażowano 200 tysięcy robotników cudzoziemskich.

Sonke Neitzel, Haarald Welzer, Żołnierze. Protokoły walk, zabijania I umirania, wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2014 (i tam podane przypisy)

Z tego miejsca chciałbym pozdrowić tych wszystkich punditów, którzy wiedzą, gdzie podążamy i wiedzą, gdzie na pewno nie podążamy. Miłego dnia.

Petru marynarzem

09/01/2017 6 uwag

Trudno o bardziej znamienne podsumowanie gorączki na liberalnej opozycji niż całodniowe lżenie i szydzenie z Ryszarda Petru przez jego docelowych wyborców, i jednoczesne wychwalanie go przez propisowskich kundli. Zdrajca to jedno z łagodniejszych określeń, stał się Petru workiem treningowym, którego nagle każdy na twitterku zechciał kopnąć. Dlaczego?

Przekonywał niedawno Ludwik Dorn, że posłowie liberalnej opozycji są przez obecny rząd upokarzani. I stąd cała ta okupacja. Otóż, to nie do końca prawda, czego najlepszym dowodem choćby sielankowe selfiaczki z czasów okupacji. Upokarzani są natomiast liberalni wyborcy. Czasami celowo, czasami przypadkiem, nie mniej jednak, niemal każda pojedyncza #dobrazmiana to dla nich strzał prosto w pysk. Puszcza, Trybunał, teatry, radio, teraz reforma szkolna. Stąd właśnie, z owego nieprzerwanego ciągu upokorzeń, rodzą się te życzenia śmierci Żyrandolowemu, gdy opona mu pęka. Stąd te histeryczne wpisy na twitterach i fejsach, stąd obrona faktur Kijowskiego. Stąd wreszcie nazywanie tych liberalnych, upokorzonych wyborców psychiatrykiem2, będącym ponoć lustrzanym odbiciem psychiatryka1, czyli pisowskich pacjentów. Tymczasem Petru zrobił to, co robią setki polityków na świecie. Poszedł się dogadać, przy okazji wystawiając Schetynę.

W pewnym sensie Petru przypomina więc nieco marynarza. Nie, nie chodzi o to, że Petru stawia symetrię albo relatywizuje każde łajdactwo. Chodzi o to, że Petru traktuje PiS jak każdą normalną partię, podczas gdy wyborcy Petru traktują PiS co najmniej jako PZPR albo i NSDAP. I tak jak na twitterze liberalni wyborcy twitterowych marynarzy banują, tak na tym samym twitterze liberalni wyborcy Petru, teraz wyzywają. Bo tu nie chodzi o taktykę, strategię. Tu chodzi o emocje.

Dalej podtrzymuję, że Petru odrobi Madery, Sześciu króli, romanse i inne dowody na to, że średnio jest rozgarnięty. Nie trzeba być geniuszem, żeby zdobyć władzę, czego przykładem choćby Jarek Kaczyński i jego 8 do bólu identycznych porażek. Jest jednak coś, czego Petru nie odrobi. To jest uznania go przez dyszący z upokorzenia elektorat za miękką, polityczną kluchę. Ćwiczona od ćwierćwiecza w egoizmie Polska dusza nienawidzi słabszych, nieudaczników, tych co przegrywają. A już klasa średnia nienawidzi ich szczególnie. W czasach polaryzacji, gdy jedna trzecia wyborców PIS kocha, jedna trzecia wyborców PIS nienawidzi, a jedna trzecia szuka czegoś innego – trzeba wiedzieć, do którego koszyczka się wpadło. Pech albo też szczęście polega na tym, że liberałowie są w tym antypisie, co PISu nienawidzi. Kto pierwszy to zrozumie, ten na liberalnej opozycji wygra.

The art of self-dealing

07/01/2017 Dodaj komentarz

 

Aby zrozumieć skalę tego, co zrobił Kijowski, należy sobie wyobrazić, że bezrobotna matka Kijowskiego wpłaca na jego KOD 40 tysięcy, potem tyle samo wpłaca córka studenta, Kijowski  remontuje za to stodołę, której prawidłowej wartości zapomina wpisać do oświadczenia majątkowego, bo akurat wtedy nie wykładał w Poznaniu, a gdy zostaje ministrem to jego żona, do tej pory kioskarka, najpierw ląduje w radzie nadzorczej PGBNIGe a potem testuje leki, które Kijowski dopuszcza do obrotu. To rzecz jasna tylko czubek góry lodowej wielkiego, narodowego szabrownictwa ostatniego roku. Czubek, który pokazuje, co zrobił Kijowski, co robią jego oponenci, i jak należy postrzegać proporcje. Co ciekawe, właśnie teraz, właśnie w momencie gdy jak najbardziej należy aptekarsko zestawiać przewiny, słyszy się, że ten argument o przewinach PiSu to jest durny, bo „A u was murzynów biją”. Innymi słowy: gdy zrobi coś PIS, to symetrycznie przywołuje się, co robiła PO. Gdy zrobi coś pro-Peowski KOD to symetrycznie nie przywołuje się tego, co zrobił PIS, bo „u Was to murzynów biją”. Ot, skala propagandy. I naiwności. Naiwności, bo owego retorycznego cepu używają nie tylko marcowe Pereiry, ale też dziennikarze z większym niż średnie ogarnięcie. No może poza  kijowskofilem Żakowskim. Wygląda więc na to, że opozycji wolno mniej. Poniekąd nie jest to tylko wina marcowego gadania, ale także percepcyjnego kontrastu. Gdy tak jak PIS siedzisz po pas w szambie, kolejny metr sześcienny ścieków wiele nie zmieni. Gdy tak jak KOD chcesz paradować cały na biało, nawet małe błotko sukieneczkę ubrudzi.

No dobrze, pisowskia gangrena to jedno, ale co z samym Kijowskim? Pojawiają się głosy, że Kijowski się uwłaszczył, co jest dosyć zabawne, bo to oznacza, że każda umowa zlecenia (to jest śmieciówka) jest uwłaszczeniem się na majątku zleceniodawcy. Pojawiają się głosy o defraudacji, co znowuż jest czymś odległy, mierzonym paragrafami kodeksu karnego. Otóż to, co zrobił Kijowski, to jest klasyczna transakcja własna. Bo faktycznie Kijowski był po obu stronach transakcji? Ba, Owsiak swego czasu też robił transakcje własne. Nie, nie chodzi o Złoty Melon, wszak Złoty Melon to po prostu spółka celowa, której WOSP zleca produkcje gadżetów, a Owsiak tam za wynagrodzeniem prezesuje. Chodzi raczej o Mrówkę Całą, która swego czasu miała sporadycznie wykonywać dla WOSP określone zadania.

Ale transakcje własne, czy może dokładniej problem z umowami samego z sobą mogą być bardziej skomplikowane. Wyobraźmy sobie teraz, że Kijowski postanawia napisać biografię i załącza do nich na płytce filmiki ze swoimi przemówieniami. I prawo do puszczania tych filmików kupuje KOD od jego wydawcy za 160 000 PLN. Ten sam KOD, w którego władzach zasiada Kijowski. Kijowskiego KOD kupuje od wydawcy Kijowskiego prawa do emitowania filmików z Kijowskim. Powiecie, bez jaj, nawet on nie byłby taki bezczelny. Tymczasem dokładnie taką umowę zawarła partia Kaczyńskiego, umowę z wydawcą na prawo do 200 emisji 25-minutowego filmu „Lider” dołączonego do biografii, napisanej przez Jarosława Kaczyński dla tegoż wydawnictwa. Kaczyńskiego PIS kupuje od wydawcy Kaczyńskiego prawa do emitowania filmików z Kaczyńskim. Rzecz jasna ten sam wydawca płaci Kaczyńskiemu za biografię, przypadkowo dokładnie takie same 160 000. Ile to byłoby strzałek w Dzienniku Telewizyjnym?

Istnieje w Polsce ogrom niezrozumienia czym jest, a czym nie jest szeroko rozumiana transakcja własna, kiedy moralnie jest podejrzana, a kiedy jest dopuszczalna. I publika wije się w analogiach, oburzeniu i tupaniu nogą. A wije i tupie, bo nie rozumie, tak jak nie rozumie tego Balcerowicz powtarzając, że korupcja to tylko w przedsiębiorstwach państwowych, bo kto tu słyszał o zmowie między dwoma menadżerami zaopatrzenia prywatnych firm, dymających kasę akcjonariuszy.

Owszem, co do zasady, transakcji własnych, jako pewnej egzemplifikacji konfliktu interesów, się powinno unikać, ale jeśli już ma być zawarta to warunkiem jest ujawnienie potencjalnego konfliktu interesów, formalna zgoda wydawana nie przez zainteresowanych, no i przede wszystkim celowość/opłacalność, tudzież brak szkody dla stron umowy (US korpo mierzoną np. poprzez fair dealing i fair price). O formalną zgodę najłatwiej, jeśli faktycznie kontrolujesz daną organizację, zawsze znajdziesz w niej kogoś komu nieformalnie polecisz jej zawarcie. W sprawie Kijowskiego, jak mniemam, formalnie wszystko było ok. Nie było za to ok w sprawie ujawniania. Nie, nie chodzi o ujawnianie tym, którym Kijowski ujawnić musiał, aby podpisali umowę i wystawili fakturę. Chodzi o ujawnienie tym, co pytali, chodzi o te wzruszające świadectwa ludzi, którzy tracili pracę, bo poświęcali się KODowi. Ba, Kijowski nie tylko nie ujawniał, a wręcz świadomie przed nimi zatajał swoje zaangażowanie. I bynajmniej niczego tu nie zmienia, że formalnie to rzeczywiście nie zarabiał, bo zarabiała spółka jego żony. Spełnienie warunku celowości i opłacalności jest jeszcze bardziej podejrzane, bo oto pojawiają się świadectwa, że nie wiadomo, co dokładnie Kijowski robił, wszak z troll atakami radzić sobie mieli bez niego. Oświadczył Kijowski, że może rozliczyć się z każdej godziny pracy dla KOD. Rad bym zobaczyć te rozliczenie, i na to powinni dziennikarze naciskać.

Z powyższych powodów Kijowski na lidera się nie nadaje. Nie nadaje się, bo to nie pierwsza jego wpadka, bo wciąż ciągnie się sprawa alimentów. Nie nadaje się, bo nie jest, ani mówcą z charyzmą, ani nie potrafi w wywiady, nie potrafi w strategię, teraz okazuje się, że nie potrafi nawet być prawdomówny. Całość KODu targana rozmaitymi frakcjami przypomina trochę Solidarność i te zaciskanie zębów przez niektórych działaczy słuchających mundrowania Wałęsy. Wtedy wytrzymali, ale dziś właściwie to czemu mają wytrzymać? Nie dla Kijowskiego przychodzili, nie dla Kijowskiego przychodzą. Może KOD kojarzyć się z ludźmi niezłomnej woli, co od początku w Ujazdowskich w namiocie czuwają, krzyczą o publikacji wyroku. A może z alimenciarzem co cichcem na boku na KODzie dorabia. Kijowski powinien sam sobie odpowiedzieć co lepsze. W końcu skoro sam ze sobą robi transakcje, to same ze sobą może porozmawiać.

Od przedszkola do Opola

05/01/2017 4 uwag

Zabawna wpadka z podobizną Jarosława Kaczyńskiego na toporowym penisie jest nie tylko prztyczkiem w nos towarzysza Wolskiego, ale też pięknym podsumowaniem, jak dramatycznie słabe „kulturalne” kadry ma panujący reżim. Wszak całość to głównie dwa głośne, z których – mówiąc pisowskim językiem – jeden to były stalinowiec, a drugi aborter i SBecki kapuś. Rzecz jasna, reżim ze swej niemocy doskonale zdaje sobie sprawę, stąd rzuca się na każdego ormowca dobrej zmiany, i jest gotów go ozłocić niczym PRL złocił swoich oficjalnych Brychtow i Putramentów. Czasami przybiera to postać groteskową – ot order dla aktora grającego Lecha Kaczyńskiego albo Hanki Mostowiak, czasami żenującą (sędzia Muszyński), a czasami wprost z lekka hańbiącą. Bo czymże, jak nie listą hańby jest oficjalna lista osób, które powinny opowiadać o Polsce za naszą granicą. Rzadko się zdarza, by reżim wyręczał rozmaitych Kisielewskich i na tacy pokazywał swoje typy. O rzucanie się na okruchy ze stołu wie teraz każdy, kto grant próbował pisać. Ba, wie to nawet Magda Ogórek. Ogórek, której po intelektualnej kompromitacji podczas kampanii, de facto nie zostało nic, poza wklejkami z wikipedii. Więc się daje złocić.

Tyle tylko, iż niechęć ludzi kultury, delikatnie mówiąc, w zmianie sytuacji politycznej niewiele daje. Ba, angażowanie się polityczne ludzie kultury może jedynie zaszkodzić, czego niedawna metafora Magdaleny Cieleckiej. Bo w propagandę też trzeba umić, a dla ludzi kultury to raczej światy dość odległe. Więc raczej wyjdzie żenująco niż celnie. I tu trafiamy do opozycji.

Tak, tej opozycji, która ponoć tak bardzo sobie nie radzi, tak bardzo słabuje. Tyle, że ja uważam odwrotnie. Ja pamiętam twittera PO sprzed roku, dwóch i trzech lat. Ja pamiętam jak jedyny, który robił buzz to był Siemoniak i Sikorski. A reszta wklejała tekst wysłany od jakiegoś Kamińskiego Michała. Teraz taki buzz na kilkaset lajków robi każdy, teraz żrą Misiewicze, Piotrowicze, teraz reżim zapędzony w narożnik musi stawiać płot i łżeć, co do głosowania w budżecie. Ktoś powie, że to tylko kilkaset lajków, ale w erze click-media, te łże lajki przekładają się na artykuły na portalach i w prasie. Bo łatwiej wysłać stażystę na twittera niż dziennikarza na drugi koniec Polski. Ba, gdyby tylko buzz. Pojawiło się kilku-kilkunastu polityków drugiego szeregu, którzy nie kojarzą się z Komorowskim i Niesiołowskim, przez co trudno o grę negatywnych skojarzeń. Weźcie takiego Brejzę i porównajcie go z Suskim albo Wassermanową. No właśnie.

Ale wielu to mało, wielu uważa, że opozycja się w ogóle nie sprawdza. Mam dziwne wrażenie, że są dwa typy krytyków. Pierwsi uważają, że opozycja jest skuteczna, jeśli PiS natychmiast odda władzę. Drudzy uważają, że cokolwiek opozycja nie zrobi, to i tak nie zażre. Pierwsi to fantaści, drudzy zakamuflowani skwaszeńcy. No dobrze, to jak sprawdzić jakość opozycji? Proste – po zbieraniu przez nią poparcia. Otóż PO+Nowoczesna mają w tym momencie więcej od PiSu. Tyle co miała Platforma w swoich, może nie złotych, ale srebrnych czasach. Przyznam szczerze, że cały czas nie rozumiem czemu te dwa byty są szacowane oddzielnie. Ten sam program, ten sam program. Wyobraźmy sobie, że PO nagle przechodzi do Nowoczesnej. Okazuje się, że taki twór jest liderem sondaży. Okazuje się, że bez Tuska, ta słabiutka opozycja może będzie tworzyła rząd.

Ktoś powie: a urlop Petru? No właśnie urlop! Urlop! Ci sami, co wyśmiewają wyborców Petru, że robią durnowate wklejki Maggie Thatcher, uważają, że wyborcy Petru nagle będą na tyle inteligentni, że zauważą Petru- wpadki. Pomijając już kwestię głosowania na Petru jak na mniejsze zło. Ba, posunę się dalej – ja nawet uważam, że na tej wycieczce Petru tylko zyska. Wszak wczoraj wszyscy śmieszkowali, jak to Petru przebiera nóżkami, by zostać liderem, a gdy na Maderę wyleciał, cała polityczna Polska krzyczy: czemu lider wyjeżdża, czemu lidera nie ma? No to jak: jest tym liderem czy nie jest? I kto go nim w ten weekend zrobił? Bo że pojutrze każdy o tym urlopie zapomni, to chyba wiecie?

Nie trzeba być geniuszem, żeby przewidzieć, iż do końca tej kadencji będzie pół na pół, obóz liberalnej opozycji naprzeciw PISu, i siły  ciągle będą wyrównane. Pojawia się więc pytanie o wynik lewicy, która powinna skonsumować przewagę u Kukizowców i reszty. Ale jakoś dziwnym trafem, ci, co tak o Petru krzyczą, tak Petru pouczają, jakoś o wynikach antypisowskiej lewicy milczą. Jakoś nie słychać o tym jak skuteczne jest SLD, Zieloni, Razem. Gdy ten żenujący Petru i Schetyna wykręcają nomen omen razem ponad 30%, to wszystkie partie lewicowe nie potrafią zyskać 8%. Ale o szorowaniu po dnie lewicy nie słyszę. Nie słyszę o szorowaniu lewicy po dnie, mimo iż w otwarty konflikt z antypisowską lewicą wchodzi jej naturalne zaplecze czyli związki zawodowe. Ba w konflikt wchodzi nawet sam Ikonowicz.

Dlatego apeluję, nie o Petru się martwcie, nie o liberałów. Oni swój wynik wykręcą, bycie liberalną opozycja jest jak łapanie cukierków na święta. Zawsze cos wpadnie. Ale bycie opozycja lewicową, gdy reżim lewicowy program realizuje to jest dramat. I tu trzeba skupienia, uwagi, taktyki. Trzeba wyłuskiwać pojedyncze, krzywdzone grupki i grzać te tematy.

Najlepszym podsumowaniem paranoicznej sytuacji jest fakt, że od dłuższego czasu w Opolu trwa głodówka, w której jest i działać partii Razem. I co? I nic. Pies z kulawą nogą o tym nie usłyszał, bo lewicowe zaplecze było w tym czasie zajęte grzaniem Madery Petru i faktur Kijowskiego.

Zaprawdę powiadam Wam, nie podgrzewajcie czyiś komitetów, grzejcie swoje własne!

Czy teiści się wreszcie zasymilują?

01/01/2017 11 uwag

Upływający rok minął pod znakiem prawicowej i religijnej przemocy. W Orlando prawicowy ekstremista zastrzelił 40 osób w barze LGBT, co było najbardziej krwawym zamachem w USA od czasów World Trade Center.  W Colorado Springs zwolennik „życia” wtargnął do kliniki aborcyjnej i zastrzelił dwie osoby. Dziś okazuje się, że pijani Polacy zaatakowali racami i petardami właścicieli Kebabowni. Ci ruszyli w pogoń, i w imię biblijnego oko za oko, wymierzyli karę, jaką prawica zaleca przy ataku na święte prawo własności.

Wygląda na to, że ludzie wierzący w Boga po prostu nie potrafią być tacy jak my. Ludzie wierzący w Boga nie wyznają naszych wartości. Ludzie wierzący w Boga wierzą we własne święte księgi, gdzie się morduje kobiety i dzieci i non stop podrzyna gardła.  Ludzie wierzący w Boga, mają własne prawa, własną moralność i własne krwiożercze instynkty.

Tedy, my, ateiści, agnostycy, ludzie lewicy, pytamy przy Nowym Roku czy, i kiedy, teiści się wreszcie zasymilują?

Jak zaoszczędzić 500 mln – porada gratis

31/12/2016 3 uwag

Dla lewicowego serduszka sprawa kolekcji Czartoryskich kupiona za 500 ml powinna być miodkiem na jego pulsujące komory. Okazuje się, że Państwo nie jest już tylko nocnym stróżem. Okazuje się, że może nawet inwestować miliony w kulturę. Okazuje się wreszcie, że nasze podatki, ludzie, nasze podatki, mogą być wydawane na coś, czego większość i tak na oczy nie ujrzy.

Tylko jest małe „pale ale”. Kwota. Ogromna kwota.

Zwolennicy kupna kolekcji za 500 milionów powiadają: kupiono okazyjnie, uratowano przed wywozem, uratowano przed sprzedażą.

Co do argumentu z wartości samej kolekcji problem w tym, że nie wiemy, ile jest ona realnie warta. Nie wiemy, bo nikt nam nie przedstawił metody wyceny. Nie wiemy, czy wyceniano jako całość, czy jako zbiór pojedynczo sprzedawanych elementów. Nie wiemy, czy oszacowano i potrącono wszelkie roszczenia do przedmiotów kolekcji. Wreszcie nie wiemy, czy wyceniono hipotetycznie, gdyby kolekcja mogła wyjechać z kraju, czy z uwzględnieniem obostrzeń takich jak te opisane poniżej. Ilu szejków gotowych byłoby na kupno obrazów, których nie mogą zawiesić sobie na łóżkiem? Inna jest cena domu z czystą księga wieczystą, a inna z powpisywanymi obciążeniami. Bo to właśnie obciążenia owej własności są tu kluczowe.

Co do argumentu z wywozu, to minister ma prawo zakazać wywozu kolekcji z kraju. Owszem, pozostaje kwestia skuteczności owego zakazu. Ale ta generalnie kwestia skuteczności państwa. Skoro zakładamy, że zakaz się nie sprawdzi, to de facto Państwo powinno wszystko wykupywać na gwałt, bo a nuż wywiozą. No i skoro zakaz wywozu ma się nie sprawdzić, to niby czemu ma się sprawdzić zakaz kradzieży. Przecież państwo nie działa.

Co do argumentu ze zmianą właściciela i utrudnień w korzystaniu, to aktualna jest kwestia obostrzeń statutowych. Powie ktoś, statut fundacji można zmienić, de facto go przecież zmieniono, i to pod nadzorem ministra. Oczywiście zmiany statutu musi klepnąć sąd rejestrowy, ale i tutaj Państwo, jak chce, może interweniować. Wszak prokuratura Ziobry non stop torpeduje rejestrację towarzyszenia poszkodowanych prokuratorów. Ale niech będzie, że nikt nie ma oczu dookoła głowy. Zabezpieczyć kolekcję przed ryzykiem zmiany właściciela można w banalny sposób. Skoro bowiem minister może zakazać wywozu kolekcji z kraju, to szybką nowelizacją ustawy można nakazać każdorazowemu właścicielowi korzystnie z kolekcji w określony sposób. Potrafił PIS w kilka dni rozmontować Trybunał, to potrafiłby w kilka dni napisać taką ustawę. I kasa zostałaby w kieszeni, nawet jeśli galopujące majory oburzkwiczałyby na twitterze, że hańba, prawo własności, hańba!

Nie pojawia się, chociaż powinien, argument z roszczeń wierzycieli wobec przedmiotów kolekcji. Tyle że zmiana właściciela wiele w tej sprawie naprzód nie posuwa, roszczenia pewnie jak są tak pewnie będą. Owszem, być może łatwiej będzie się procesować, ale przecież wystarczyłoby dać poręcznie Skarbu Państwa do wybranych przedmiotów, zamiast kupować całości. Albo załatwić sprawę tak jak się to ma w przyszłości robić w przypadku kamienic.

I na tym polegają trzy główne problemy PiSu. I z PISem.

Po pierwsze, PIS nawet jak lewicowo chce dobrze (a często chce) i tak da ciała. Gdy PiS chce ograniczać lichwę, to zamiast tworzyć alternatywny (zły bank, poręczenia Skarbu Państwa, luzowanie wymogów kapitałowych jakiegoś % portfela, whatever) postraszy więzieniem. Gdy PIS chce gonić alimenciarzy, to zamiast tworzyć Fundusz, który po wypłacie ścigałby alimenciarzy, straszy ich więzieniem. Niby chcą mieć wyrfinowane instrumentarium, a posługują się nim jak cepem. Po drugie, zawsze ktoś bliski musi na tym skorzystać. A to kierowca Marii Kaczyńskiej, a to żona wiceministra lek klinicznie badała, a to się okazuje, że o, brat ministra zasiada w Fundacji. Po trzecie, PiS jest surowy, gdy idzie o opozycję, ale mięknie, gdy idzie o kontakt z poważniejszymi graczami. Oddawała biurokracja Lecha Kaczyńskiego kamienice w Warszawie, kupuje od fundacji kolekcję za 500 milionów.

Powtarzam od roku: największą tragedią lewicy jest nie tylko fakt zawłaszczenia przez PiS lewicowego elektoratu, ale też lansowanie wizji lewicy z bantustanu, co się skończy albo budżetową katastrofą albo dramatyczną neoliberalną korektą.

%d bloggers like this: