Dziecięca choroba szczęścia

01/12/2017 13 Komentarzy

 

Drogi Rafale, Wosiu Rafale, na wstępie mojego listu ten, teges hmmm, chciałem ci pogratulować poruszania wątku, nad którym lewica dyskutuje, bagatela, lat około dwustu. Mówią, że ważne, aby być oryginalnym, a tu, proszę, ważniejsze chyba jednak, aby być odważnym!

Przyznać też muszę, że nawet ja, było nie było, ale jednak papierowy antyklerykał, nie śmiałbym aż tak utowarowić religii, jak Tobie się udało. Pisząc bowiem, że „religia daje milionom szczęście podobnie jak seks, muzyka czy używki”, nie tylko sięgasz do słynnego opiumowego cytatu Marksa, który, zdaniem Wata, ukradł to od Novalisa (nb. polecam obu!), ale prezentujesz radykalny wręcz fetyszyzm towarowy.  Co prawda, drogi Rafale, byłbym ostrożny przed ogłaszaniem, że „rolą państwa dobrobytu jest maksymalizacja szczęścia obywateli”, albowiem niebezpiecznie się staczasz w benthamowski utylitaryzm i wszystkie oczywiste wady rachunku szczęścia, nie mniej jednak cieszy mnie niezmiernie twoja szkoła myślenia. A już najbardziej cieszą mnie Twoje analogie.

Zakładając bowiem, że rzeczywiście religia, niczym seks albo używki, szczęście daje, nie uważasz może, że jednak właśnie z racji tego podobieństwa nie powinna być w szkołach serwowana dzieciom? Nie uważasz, że skoro w szkołach seksu i dobrych dragów, poza żuciem kitu przez różnych Nemeczków, nie dają, to może właśnie z tej racji nie powinni też serwować ekstaz religijnych? I gdy dzieci dorosną, to sobie, crafta, jointa albo opłatek w kofi-alko-kościelo szopie znajdą?

Dobrze, powiesz, że ci ta analogia nie wyszła i czepianie się analogii jest dosyć słabe. Wróćmy więc do utowarowienia. Powiadasz, Rafale, że religia daje szczęście, a fakt, że coś daje szczęście popierane powinno być przez państwo dobrobytu, bo od tego państwo dobrobytu jest. Przyznasz pewnie, Rafale, że dzieci kochają słodycze. Że słodycze dają im szczęście. Jak myślisz, Rafale, czy oznacza to, że ze sklepików szkolnych nie powinno się wycofywać słodyczy, fast foodu i wszystkiego tego, co, mimo wszystko, jest kochane przez naszych milusińskich, tak bardzo szczęścio-dajne? Nie, nie mówię, że należy zamknąć wszystkie spożywczaki w Polsce, pytam tylko, czy w szkołach powinny takie sklepy być dla dzieci otwarte? Ba, powiem więcej, czy Twoim zdaniem, Rafale, sklepikarz powinien mieć prawo, dajmy na to, dwa razy w tygodniu wtarabaniać się ze swoim stoiskiem na lekcje, innych nauczycieli wypraszać i przez bite 45 minut opowiadać, jak to jego towary do ciumkania dają szczęście? I czy mój syn, na przykład, któremu ze względów zdrowotnych, nie polecam czekolady i batoników, dalej powinien w tym czasie siedzieć na świetlicy, bo pan sklepikarz w koloratce właśnie opowiada dzieciom o dobrych skutkach białej czekolady? Jak myślisz Rafale?

Dobrze, powiesz, od tego są rodzicie. A rodzice przecież wiedzą, co da szczęście ich dzieciom. Przyznasz jednak Rafale, że większości, jeśli nie wszystkim, z tych rodzicom szczęście daje niepłacanie podatków. Nie, ja nie mówię, czy to w rzeczywistości daje im szczęście, ja mówię, że większość, jeśli nie wszyscy, czują się szczęśliwi, gdy podatków nie płacą. Wobec tego, skoro rolą państwa dobrobytu, jest zapewnianie szczęścia, a niepłacący podatków szczęście czują, to nie uważasz, Rafale, że nie tylko dzieci powinny się w szkołach uczyć, jak unikać podatków, bo to ich uszczęśliwi, ale samo państwo dobrobytu powinno w ogóle naprzeciw tym szczęściowym potrzebom wyjść i podatków pobierać zaprzestać.

Parafrazując bowiem Korwino-Wosia: W imię jakich racji chcecie więc ludziom odbierać zarobione pieniądze. Bo wiecie lepiej? A niby skąd?

Reklamy

Czy lewica zda test na przyzwoitość?

28/11/2017 50 Komentarzy

Sprawa wybuchła wczoraj przed południem. Na Codzienniku feministycznym kilka kobiet z imienia i nazwiska oskarżyły Michała o napastowanie i pobicie, a Jakuba Dymka o napastowanie i gwałt. To najprawdopodobniej najgłośniejsza tego typu sprawa na lewicy od lat. Pytanie, czy lewica sobie z tą sprawą poradzi albo inaczej: czy lewica zda test na przyzwoitość?

Test, w którym nie chodzi o to, że w danej grupie zdarzyły się jakieś skandale, bo im większa grupa tym ryzyko skandalu wyższe. Test na to, jak na taki skandal ta grupa zareagowała. To jest właśnie test na przyzwoitość.

Wiemy, że takiego testu nie zdała prawica. Oskarżany przez żonę o pobicie poseł Łukasz Zbonikowski, mimo początkowego wykluczenia, dziś nadal zasiada w klubie poselskim PIS. Nie został zawieszony do wyjaśnienia sprawy. Oskarżony przez żonę o znęcanie się nad rodziną, przykładanie lufy do skroni bratanka – senator Bonkowski z PiS też nie został zawieszony do wyjaśnienia sprawy. I, co najgorsze, nikt na prawicy nie ma o to do PIS pretensji. Nikt nie domaga się zawieszeń, tak jak nikt nie domaga się ostracyzmu wobec Sklepowicza, Ziemkiewicza, Piekary czy ostatniej wypowiedzi, bodajże do cna już zdegenerowanego, Bronisława Wildsteina o Anji Rubik.

Wiemy też, że takiego testu nie zdali liberałowie. Kto pamięta obronę gwałtu przez Romana Polańskiego, któremu „można więcej, bo jest artystą”? Kto pamięta Kubę Wojewódzkiego, który nie poniósł żadnych konsekwencji za żarty o gwałceniu Ukrainek? Kto pamięta szalona obronę Janusza Rudnickiego przez kilka  zafascynowanych nim liberałek? Tak, liberałowie i liberałki też tego testu nie zdali.

Pytanie, czy zda go lewica?

Na ten moment reakcja wydaje się wręcz wzorcowa. Oświadczenie jednej z partii lewicowych, oświadczenie jednej i drugiej redakcji, gdzie obaj panowie pracują. Tak powinno się te sprawy załatwiać. Gdyby owe redakcje kilka lat temu były parafiami katolickimi, pewnie zamiast zawiesić obu panów, wysłałyby ich na placówki, do nowych kobiet.

Ale schody dopiero się zaczynają. Zawieszenie to dopiero początek, prawdziwy test dopiero się zacznie. Pytanie, czy ów test jest w ogóle na lewicy do zdania? W przypadku Michała Wybieralskiego sprawa wydaje się być prostsza – autor przeprosił, więc poniekąd cześć zarzutów potwierdził. W przypadku Jakuba Dymka sprawa jest bardziej zawiła – autor w swoim oświadczeniu oskarżeniom o gwałt (ale już nie o napastowanie) stanowczo zaprzeczył.

Po pierwsze, sprawa może być nie do wyjaśnienia, ponieważ mamy do czynienia z konfliktem dwóch lojalności. Lojalności wobec najbliższych vs lojalności wobec poglądów. Od dziecka wmawiano nam, żeby nie donosić na kolegów, żeby sprawy rozstrzygać we własnym gronie, żeby nic a nic nie wychodziło za naszą ciasną wspólnotę. Z drugiej strony, od dziecka najcięższym zarzutem etycznym jest zarzut hipokryzji, podwójnej moralności, belki we własnym oku. Radykalną wersją jest kazus Pawki Mrozowa, wersją całkiem współczesną jest kazus dyskusji wobec whistleblowerów. Dlatego na rozwiązanie tej sprawy będzie się nakładało tak wiele z konfliktu owych dwóch lojalności. Naprzeciw siebie staną świadkowie jednych, świadkowie drugich, a stempel wiarygodność będzie rozdawany niekoniecznie wedle prawdopodobieństwa prawdy.

Po drugie, sprawa może być nie do wyjaśnienia, ponieważ mamy do czynienia z konfliktem stygmatyzacji ofiar. Zdaniem jednych, ofiarą będzie oskarżająca opisywana wedle standardów „blame victim”. Zdaniem drugich, ofiarą będzie oskarżony opisywany wedle standardów z „Polowania” z Madsem Mikkelsenem. Obie strony, czy może ich samozwańczy obrońcy, użyją podobnych argumentów, podobnie w sposób obrazowo będą odwoływać się do empatii wobec tej prawdziwej ofiary. Jedni difoltowo będą wierzyć ofierze gwałtu, drudzy difoltowo wierzyć będą oskarżonemu, wszak ma to nawet fachową nazwę: „domniemanie niewinności”.  Podnoszone przez Dymka zapisy rozmów na czacie po rozstaniu już teraz przez jednych kwestionowane są jako swoista próba wyłudzenia alibi, przez drugich jako jedyny namacalny dowód w sprawie.

Po trzecie, wreszcie, sprawa może nie być do wyjaśnienia, ponieważ mamy do czynienia ze sprawą o gwałt w byłym związku, jak rozumiem bez świadków i zgłoszenia na policję. Dowodowo takie sprawy są trudne, by rzec, często niemożliwie do wyjaśnienia. I nie pomoże proces, albowiem prawo to tylko i aż zbiór określonych reguł ułatwiających dojście do prawdy w możliwie jak najmniej bolesny sposób. Ale nigdy tej prawdy nie zastępujący. Przegrana Dymińskiej w ewentualnym procesie o ochronne dóbr osobistych, nie będzie oznaczała z automatu, że gwałtu nie było, tylko że Dymińska nie potrafiła wzruszyć domniemania wykazać konkretnych dowodów. Wygrana Dymka w ewentualnym procesie karnym też nie będzie oznaczać, że na pewno tego nie zrobił, ale że prokurator, w świetle oceny kilku osób zwanych sędziami, nie udowodnił winy w sposób nie budzący ich wątpliwości.

Mało kto zauważył, że fenomen akcji #MeToo sprowadza się także do tego, że oskarżani z pokorą przyjmowali zarzuty i się do nich przyznawali. W przypadku Jakuba Dymka tak nie jest, co oznacza, że czeka nas próba wyjaśnienia prawdy. A to w kraju, gdzie nie udało się przekonująco wyjaśnić Smoleńska, globalnego ocieplenia, definicji faszyzmu, czy którejkolwiek z głośnych afer, jest raczej niemożliwe. Dlatego, dopóki któraś ze stron się nie przyzna, lewica tego testu przejść nie będzie w stanie, a podział pójdzie zapewne w poprzek całego środowiska. Chyba że okaże się, że bez względu na gwałt, Dymek rzeczywiście napastował, molestował kobiety i mówił, że „będzie ruchane”.

Jak obronić Polskę przed zarzutami o faszyzm?

27/11/2017 9 Komentarzy

Akt oskarżenia przeciwko Helcyk trafił do sądu w lipcu 2016 roku. Dotyczył antymuzułmańskiej manifestacji narodowców zorganizowanej we Wrocławiu rok wcześniej, jesienią. Liderka ONR wykrzykiwała: „Oni [muzułmanie – przyp. red.] uważają, że białe kobiety niemuzułmańskie trzeba gwałcić! Biała Europa zmierza ku upadkowi. Rządzą nami żydowscy imperialiści, a przybysze wyrżną nas wszystkich w pień! Przyjadą po dzieci, staruszki i wszyscy będziemy bez głów! Nie pozwolimy, by islamskie ścierwo zniszczyło naród polski”.

Prowadząca śledztwo prokurator Justyna Pilarczyk z Prokuratury Rejonowej Wrocław Stare Miasto oskarżyła Helcyk, że w swoim wystąpieniu nawoływała do nienawiści wobec imigrantów i muzułmanów.

Proces miał rozpocząć się w październiku ubiegłego roku. Okazało się jednak, że prokuratura wycofała z sądu akt oskarżenia pod pozorem uzupełnienia zebranego materiału dowodowego. Zrobiła to na polecenie nowych władz Prokuratury Regionalnej, nadzorującej pracę okręgówki i prokuratur rejonowych. Pod wnioskiem podpisał się zastępca prokuratora regionalnego Jerzy Duplaga, ten sam, który nakazał przygotowanie apelacji o obniżenie kary dla podpalacza kukły Żyda Piotra Rybaka.

Jeden z wrocławskich prokuratorów opowiada: – Wskazanie na konieczność uzupełnienia materiału dowodowego było absurdalne. Jeśli chodzi o akt oskarżenia, to wytknięto na przykład, że nie został przesłuchany właściciel samochodu, na którym podczas manifestacji była scena dla mówców i z którego przemawiała oskarżona [samochód należał do Piotra Rybaka – przyp. red.]. Był też zarzut, że prokuratura nie zabezpieczyła kartki z tekstem jej przemówienia, a przecież dysponowaliśmy nagraniem z manifestacji.

Od wycofania aktu oskarżenia minęło pół roku, nie wiadomo, które z zaleceń Prokuratury Regionalnej śledczym udało się spełnić. Kartki z tekstem przemówienia Justyny Helcyk nie znaleźli. 28 kwietnia prokurator Justyna Pilarczyk, ta sama, która wniosła akt oskarżenia, zmieniła zdanie i śledztwo w sprawie szefowej ONR umorzyła.

Żródło 

 

To tylko jedna z głośniejszych spraw odnośnie specyficznych relacji na linii pisowska prokuratura – faszyści. Można dodać, wspomnianą powyżej sprawę prokuratorskiego wniosku o obniżenia kary dla Piotra Rybaka, można też wspomnieć o taktyce „uzupełniania aktu oskarżenia” stosowaną wobec księdza Międlara, który to Międlar ową taktykę świętował to razem ze swoimi wyznawcami.

W tym samym czasie pisowska prokuratura oskarża Owsiaka, że sobie bluzgnął na koncercie (!), a pisowska policja nie tylko nakazuje się ekologom rozbierać i pozbawia ich bielizny osobistej, nie tylko nachodzi ich rodziny w domach wypytując o choroby psychiczne, nie tylko nęka demonstrantów w Warszawie uporczywymi rewizjami, ale po prostu SBecko inwigiluje Obywateli RP, wyciąga ich z demonstracji, śledzi i zastrasza fałszywymi zarzutami o „zakłócanie uroczystości religijnej” – o czym wprost w Czarno na Białym opowiada jeden z byłych policjantów.

Więc opowieści o tym, jak to PiS nie flirtuje z faszystami i jako to nie jest zagrożona wolność jest opowieścią idiotów dla idiotów.

Ja oczywiście nie wierzę, że PiS przestanie zastraszać tych biednych ludzi, którzy mają trochę więcej czasu i odwagi niż mędrki z netu, co to każdą działalność przy browarku wyheheszkują i opacjentowują. Ale ja wierzę w to, że PIS serio się przestraszył tych obrazków o rasizmie w Polsce i serio chce jakoś temu zaradzić.

I teraz tak: może to robić poprzez Świrskiego, jego Fundację, kolejną Fundację, Stowarzyszenia szwagra ciotki nienarodzonego płodu radnego PIS, aplikacji webowej „Bogdan, do broni” czy inne active measures. Może, ale efekt będzie taki sam albo gorszy.

A może PIS po prostu przestać flirtować z faszystami i pokazać międzynarowej opinii publicznej jak faszyzm zwalcza. I podpowiem: nie, nie musi w tym celu kazać im się rozbierać, albo zastraszać „wywiadem środowiskowym” ich babki i matki. Wystarczy przejrzeć strony, fora internetowe albo, uwaga, nagrać (kamerować) kilka demonstracji. PISowscy wyborcy chociaż tego mogliby od swej władzy wymagać, skoro tak bardzo bolą ich te fałszywe oskarżenia o faszyzm.

No ale wtedy prawicowy radykalizm się od PiS odwróci, a przecież obejmowanie wszystkiego na prawej stronie jest ważniejsze niż dobre imię, tej ponoć ukochanej, Ojczyzny, prawda?

 

 

 

 

Zakaz handlu w niedzielę

26/11/2017 15 Komentarzy

W całej tej dobrej zmianie odnośnie zakazu handlu w niedzielę, smutne jest jedynie to, że póki co, zakaz ów nie będzie dotyczył niedziel wszystkich. No i że polscy katolicy nadal nie szanują swojej wiary, albowiem, owszem Pan Bóg jest ważny, ale będzie można handlować w niedzielę palmową, oraz w wigilię i Wielki Piątek, gdzie Chrystus ponoć oddał życie za ludzkie grzechy. Widać oddał za mało, żeby katolicy powstrzymywali się od obskakiwania marketów (Team Lidl vs Team Jezus 1-0).

Wszelkie inne, w tym zwłaszcza dwa, przytoczone poniżej, koronne argumenty przeciwko zakazowi handlu w niedzielę są, co do zasady, argumentami zastępczymi, by nie powiedzieć, że czasami wręcz bałamutnymi.

Po pierwsze argument, że zakaz handlu w niedzielę jest wybiórczy i nie dotyka wszystkich, na przykład świadczenia pracy w usługach, argumentem jest rodem z moralnego fundamentalizmu. Fundamentalizmu, gdzie wprowadzamy tylko takie rozwiązania, które spełniają postulat absolutnej równości. To wymóg w praktyce niemożliwy do wykonania, ale też dosyć infantylny, albowiem na różnicowaniu, acz sprawiedliwym, sytuacji różnych podmiotów jest dorobkiem cywilizacyjnym. No i podejście „wszystko albo nic” sprawia, że powinniśmy bezradnie rozłożyć ręce, no bo skoro zawsze znajdziemy bezdomnych i chorych, to nie powinniśmy pomagać innym, dopóki nie pomożemy bezdomnym. Skoro zakaz handlu nie dotyczy usług, to zanim nie wprowadzimy go w usługach, nie powinniśmy wprowadzać w handlu. Wierzcie mi, nie chcielibyście żyć wedle tej logiki.

Po drugie, argument, że zakaz handlu w niedzielę będzie na pewno tak wiele kosztował gospodarkę również jest bałamutny, gdyż uwzględnia tylko niektóre dane w ostatecznym równaniu. Nie uwzględnia faktu kupowania „na zapas”, co obserwujemy w dni poprzedzające zamknięcie marketów. I nie uwzględnia innych kosztów, kosztów pośrednich, a więc kosztów przemęczenia, zapadania na zdrowiu, rozbijania więzi rodzinnych, słowem wszystkiego tego, co również polską gospodarkę słono kosztuje. To zresztą taki smutno-zabawny paradoks, że o odpoczynku pamięta się w przypadku eksploatacji maszyn, ale już nie ludzi, chociaż wydawałoby się, że powinno być przecież odwrotnie, to działająca non stop robotyka miała uwolnić nas od ludzkiego wyczerpania.

Głównym argumentem przeciwko zakazowi handlu w niedzielę, argumentem nie bałamutnym, a najbardziej prawdziwym jest argument z egoizmu. Tak, bowiem głównie o egoizm tu chodzi. Zakaz handlu w niedzielę uderza w tzw. wolność rozumianą jako egoistyczna zachcianka robienia zakupów w czasie wolnym. A to jest największa zbrodnia, zbrodnia ograniczania polskiego egoizmu. Długo by tłumaczyć, czy ów egoizm konsekwencją jest homo sovieticus – jak chcą neoliberałowie, czy może darwinizmem kapitalistycznym – jak chce lewica. Dość rzec, że kapitał społeczny, altruizm, pomoc, empatia do obcego spoza rodziny jest w Polsce na niskim poziomie. Ten egoizm przejawia się w stosunku do UE w myśl dawajcie kasę, ale nic w zamian. Także w stosunkach w pracy między pracodawcą i pracownikiem i to, sorry lewico, w obie strony. Oczywiście skala egoizmu, a tym samym oburzenia na zakaz handlu w niedzielę, zależy od tego, jak bardzo on nam przeszkadza. Powraca więc problem zakazu nie tylko handlu, ale i świadczenia usług w niedzielę. Osobiście nie mam nic przeciwko, znaczy: tak, jestem za tym, że w niedziele zamknięte były także kina, teatry, być może także knajpy. Albo jeszcze lepiej, żeby właściciel mógł wybrać, czy zamyka na cały dzień w niedzielę czy w sobotę. Oczyma wyobraźni widzę te oburzenie, tych ponoć nie-egoistycznych Polaków, którzy, owszem, zakaz kupowania w Biedronce przełkną, ale żeby na Avengersów nie móc iść w niedzielę do kina to już przesada.

I właśnie ten egoizm powinien być dla przeciwników obecnego reżimu największą nadzieją. Tak jak egoizm zyskiwania 500+ ten rząd napędza, tak jak egoizm „kradzieży z OFE” poprzedni rząd podtapiał, tak zakaz handlu w niedzielę ten rząd co drugi weekend będzie punktował. Polacy, dostający co miesiąc 500 PLN na konto, wiedzą bowiem, że to od Jarka. I ci sami, egoistyczni Polacy, co będą stali w sobotę w korkach do kasy (hihi) i w niedzielę nosami zaryją w szybę też będą Jarkowi to pamiętali. Bo to ich dotknie o wiele bardziej niż trybunał i oburz-twitty.

Dlatego, powiadam Wam, opozycjo, owszem, w niedzielę fig z łosiem w Biedrze nie kupicie, ale niczego innego nie kupią też inni. Czyli i pracownicy będą wypoczęci, i wyborcy wkurwieni, więc na tej sytuacji nie możecie przegrać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Antifa Konstancin vs Antifa Otwock

22/11/2017 16 Komentarzy

 

Fakt, że Tomasz Lis raz utożsamia współczesną polską lewicę z tzw. bobo (bourgeois-boheme), bo ta ponoć latte za 9.90 + VAT popija, a innym razem znowuż bierze lewicę za maoistów (wtf?) biegających z czerwonymi sztandarami, nie najlepiej o panu redaktorze świadczy. A właściwie to świadczy nawet fatalnie. I nie, nie chodzi o to, że pan redaktor ma lewicę lubić. Ba, może jej nawet szczerze nienawidzić, ale przynajmniej powinien ją próbować zrozumieć. Bo taki pan redaktor ponoć wykonuje zawód, przynajmniej w przerwach między jednym oburz-twittem a drugim. Fakt, że redaktor Lis nie rozumie, że współczesna polska lewica to nie bojówki Trockiego, a ruchy lokatorskie, ruchy ekologiczne, ruchy anty-antykobiece, a także, o dziwo, ruchy antyfaszystowskie sprawia, że redaktor Lis nie za bardzo nadąża za współczesnością. I to właśnie największy problem liberałów, że oni cały czas myślą i mówią językiem lat 90tych, podczas gdy reszta świata już nie uczęszcza do Beverly Hills 90210, a nawet chciałby owe Hills z lekka puścić z dymem. W Europie poglądy Leszka Balcerowicza to pewna egzotyka – miał swego czasu powiedzieć, bodajże Marek Belka, i taką egzotyką jest liberalne przeświadczenie o Tomasza Lisa o istocie i działaniu współczesnej lewicy. Doskonale zrozumiał to Jarosław Kaczyński i dlatego od Zyty Gilowskiej przeszedł do minister Rafalskiej. Stąd, gdybym był Tomaszem Lisem to czytałbym już nawet nie zasłużoną, acz elitarną Krytykę Polityczną, nie mówiąc już o Praktyce Teoretycznej (hihi), ale niszowego Nowego Obywatela, bo tam dziś bije lewicowy Zeitgeist.

Ale też sposób myślenia Tomasza Lisa nie jest odosobniony. Wiele napisano o gębie, jaką przyprawiono lewicy za czasów bandyterki PRLu, za czasów lewicowej zdrady Millera itd., i wiele czasu upłynie, zanim gębę tę lewica zedrze. Póki co, najlepsze co wymyśliła lewica realizuje PIS, nie nazywając tego lewicowym, tak jak, uwaga, swego czasu najlepsze, co wymyśliła lewica oferował Hitler (inwestycje infrastrukturalne), co nie znaczy, oczywiście, że PIS to Hitler, ale że prawica zawsze potrafiła podkradać lewicy pomysły i realizować je na oczach zdumionych liberałów. Fakt, że sposób rozumowania Tomasza Lisa nie jest odosobniony powinien jednak lewicy dać do myślenia. Mianowicie, bez względu na ogromne zasługi w walce z antyfaszyzmem, jeśli ta walka ma być skuteczna, potrzeba sojuszu z obozem liberalnym. Bo to ten obóz (jeszcze) trzyma media. Dlatego, zamiast obsztorcować Antifę Konstancin Tomasza Lisa, powinna lewica ze swoją Antifą Otwock wejść w swoisty sojusz z liberałami. Bo tylko w takim sojuszu da się wyeliminować faszystowskie ruchy prawicowe. Zamiast skakać sobie do gardeł i wyzywać od maoistów i konstancinistów, powinna lewica zawrzeć pakt o nieagresji i przekonać liberalne media choćby do strategii „no platform”.

Wyobrażam sobie, że przez, dajmy na to, Akcję Demokracja, wystosowany jest list do liberalnych mediów, żeby od dziś nie zapraszały do siebie Bosaków, Winnickich, popierających ich Kukizowców, nie mówiąc o ONR, czy Międlarze, redaktorko Gozdyro. I wyobrażam sobie, że kończy się to wspólnym marszem, gdzie lewica i liberałowie RAZEM A NIE OSOBNO dają świadectwo, że są jeszcze w Polsce zagrożenia, przeciw którym możemy protestować wspólnie.

 

„To nie jest kraj dla pracowników” – kilka słów recenzji

18/11/2017 1 komentarz

 

W najbardziej propagandowej, a jednocześnie najbardziej potrzebnej, scenie znakomitego Margin Call siada jeden taki łysy i opowiada o tym, jak kiedyś zbudował most. I właśnie o budowie takich mostów myślałem, gdy czytałem „To nie jest kraj dla pracowników” Rafała Wosia.

Owszem, sprawia książka wrażenie wygładzonych w jedno zbioru felietonów, rzuca się w oczy brak redakcji, liczne powtórzenia i skakanie po chronologii. Zgrzytają niektóre metafory, zwykle przemocowe, i nie da się czytać tych okropnych raperskich wstawek. Nie tylko dlatego że ogołocone z muzyki teksty zwykle brzmią przekomicznie, ale także z powodu przemilczania dalszych zwrotek, które są jednym wielkim kucowiskiem. Jeśli coś odpowiada za erupcję tej durnej ideologii selfmademana, to jest nim właśnie polski rap lat 90tych, ten coaching czasów przedcoachowych.

Owszem, znajdą się w tej książce stwierdzenia mimowolnie zabawne, jak choćby „znany ze swego przewrotnego humoru Jan Wrobel” (lol), znajdą się stwierdzenia szokujące swą prawdomównością (70% podatek ma charakter konfiskacyjny), czy nawet faule (samobójstwo pana Gazdy jako wina III RP, to trochę jak samobójstwo szarego człowieka jako wina Kaczyńskiego.)

Wreszcie, owszem, znajdą się w tej książce zadziwiające w swym uproszczeniu tezy, zwłaszcza odnośnie rynku finansowego. Wydaje się, że Rafał Woś, podobnie jak część polskich publicystów, nie do końca rozumie czym jest teoria agencji (datowana od czasów Adama Smitha), czemu, te najbardziej kapitalistyczne z kapitalistycznych podejść pokazuje wewnętrzną sprzeczność korporacjonizmu, czemu korporacje wyglądają inaczej w Niemczech z radami pracowników, określaniem bonusów wedle wartości księgowej a nie kursów akcji, i skupionym oraz wzajemnie powiązanym akcjonariacie. I czemu jest on, ten korporacjonizm, inny w USA z akcjonariatem rozproszonym i tzw. strategią wyjścia. Czy wreszcie czemu, oj czemu banki spółdzielcze, zdaniem UE, muszą się konsolidować (płynność, głupcze!)

Wszystko co powyżej to pewne wady tej książki, a mimo wszystko jest to książka ważna, jak ważny jest ów most, wspominany na wstępie. Spełnia bowiem Woś w swej publicystyce rolę bezpiecznego przerzutu na drugą stronę. Po pierwsze, tym którzy na ową stronę od lat przechodzą zapewnia Woś poczucie bezpieczeństwa i intelektualnej błogości – chodzi mi tu o lewicę, która, czytając Wosia, nie tylko upewnia się w swych argumentach, ale dostaje nowe, które z powodzeniem może puszczać dalej. Po drugie, zapewnia Woś bezpieczne przejście tym wszystkim, którzy mają wątpliwości i próbują przejść na drugą stronę, ale wciąż nie wiedzą jak i którędy. Woś pokazuje im drogę, tędy wskazuje palcem, czytajcie tego, słuchajcie tamtego, powtarzająca się wzmianka o noblistach i naukowcach z szacownych uniwersytetów jest argumentem wspaniałym dla tych wszystkich, co na co dzień czytają sławy polskiego SGPIS. Po trzecie wreszcie, buduje Woś te mosty na tyłach wroga, jest naszym, lewicowym człowiekiem w obozie liberalnym (goćkowo-gursztynowo-gmyzowy wróg prawicowy wciąż traktuje go z politowaniem). Nie sztuką jest pisać 578 tekst na lewicowym fanpejdżu albo wydać w lewicowym wydawnictwie. Sztuką jest wyjść do mainsztrimu i tam zdobywać przyczółki.

Książka Wosia spełnia to zadanie znakomicie, tak jak kilka jest tam znakomitych fragmentów, głównie o tym jak praca na świecie będzie wyglądać w przyszłości i jak na świecie wygląda ona teraz. A fakt, że po 10 godzinach pracy potrafiłem siadać i o tejże pracy czytać u Wosia w mojej ocenie daje jej najwyższą rekomendację.

Kwestia patriotyzmu

16/11/2017 9 Komentarzy

Nareszcie! Nareszcie dla Polski. Rezolucja parlamentu UE wzywająca do uruchomienia sławnego art. 7 unijnego traktatu jest bowiem w naszym narodowym interesie. Dokładnie tak – w interesie Polski, bo wobec toczącej się partyjnej wojny pisowsko-antypisowskiej, interes państwa, zwłaszcza długofalowy, dawno już przestał się liczyć, na pierwszym planie jest już tylko interes wszechpartyjny. Dlatego wszyscy, którzy w środę wyłamali się z histerycznego szantażu i za tą rezolucją zagłosowali powinni usłyszeć głośne: dziękuję.

Tak jak testem na miłość jest wysłuchanie trzeciej strony, która ci mówi: stary, krzywdzisz swoją rodzinę, odstaw tę butelkę. Tak jak testem na przyjaźń jest wysłuchanie krytycznych uwag, a nie obrażanie się i odwracanie plecami. Tak samo testem na patriotyzm jest dziś popieranie działań unijnego Parlamentu. Popieranie mimo jazgotu o zdradzie, Targowicy. Przecież takiej „Targowicy” dopuszcza się każdy polski obywatel, gdy skarży nasze państwo do rozmaitych europejskich trybunałów.

Zapamiętajmy tych, którzy podnieśli ręce i zagłosowali „za”. Bo to właśnie oni mieli odwagę, by odróżnić interes własnej partii od interesu własnego kraju. Odwagę bycia lżonym, bo to czeka „targowiczan”. Odwagę odrzucenia idiotycznej zasady, że brudy pierze się we własnym domu, bo konsekwencją tej zasady jest zmowa milczenia wokół przemocy domowej, mobbingu w pracy, molestowania seksualnego. Wszak ci sami, którzy teraz krzyczą, że nasze sprawy trzeba załatwiać w naszym gronie, jednocześnie przeklinają sędziów, że swoje sprawy rozstrzygali właśnie we własnym gronie.

Ale poparcie rezolucji Europarlamentu wymagało jeszcze innego, bardzo szczególnego rodzaju odwagi. Odwagi działania na korzyść PiS… czytaj dalej na Gazeta.pl (i nie narzekaj)

%d blogerów lubi to: