Głupota nagonki na Jandę

10/09/2018 17 Komentarzy

Krystyna Janda odniosła sukces. Jest nie tylko wybitną polską aktorką, ale poprzez rodziną fundację jest także właścicielką dwóch teatrów w Warszawie. Żeby otworzyć pierwszy z nich musiała sprzedać dom. Musiała sprzedać dom, bo nie mogła, jak premier, sięgnąć po miliony, które zarobił w tej strasznej III RP udzielając kredytów frankowych, których ponoć nie udzielał i posyłając dywidendę do tych strasznych, niepolskich właścicieli. Nie mogła też założyć spółki od bilbordów o sędziach kradnących kiełbasę, bo nie była koleżanką Beaty Szydło. I nie mogła iść do własnej partii, którą ją by ubrała, nakarmiła i która w razie potrzeby odkupiłaby od niej prawa autorskie, jak to było w przypadku Jarosława Kaczyńskiego. A mimo to, po ostatnim wywiadzie dla Gazety Wyborczej, to właśnie Krystyna Janda zostanie zapamiętana jako ta, która jest kompletnie oderwana od życia. Nie premier Morawiecki, nie Beata Szydło, której, co za przypadek, pociągnięto asfalt do posesji. I nie Jarosław Kaczyński, który twierdzi, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy, bo te pieniądze może z (dotowanej milionami podatników) partii swobodnie sobie wyjmować. I nie Andrzej Duda, który w przerwach między nartami, zdesperowanym ludziom w Zgorzelcu śmieszkuje, że na pewno im nowy zakład otworzą.

Zapamiętana zostanie Krystyna Janda, która, aby założyć teatr, musiała to zrobić za własne i sprzedać swój dom. Ktoś powie, że najpierw dom trzeba mieć, ale umówmy się: nie każdy, kto może dom w Polsce sprzedać, zakłada teatr. To przedsięwzięcie dość mocno ryzykowne. Krystyna Janda zostanie tak zapamiętana, albowiem, nie tylko we wspomnianym wywiadzie, wciąż powtarza, że do sukcesu doszła samemu, swoją własną pracą. Tymczasem wzór na odniesienie sukcesu wygląda nieco inaczej. Owszem, pierwszym składnikiem jest talent i ciężka praca. Bez tego nic się nie uda. Ale oprócz tego jest cały background w postaci czasu i miejsca urodzenia, kapitału od rodziny (nie tylko finansowego, ale i kulturowego), czy nawet płci i koloru skóry. Inne szanse na sukces, również w Polsce, ma biały mężczyzna pochodzący z inteligenckiej, zamożnej rodziny w Warszawie, a inne młoda Czeczenka, której matka ima się pracy w fabryce na prowincji, a ojca urzędnicy Brudzińskiego odesłali do rzeźnika Kadyrowa. I wreszcie jest trzeci czynnik, czyli szczęście. To ono zwykle decyduje w ostatecznym rozrachunku.

Tymczasem największy problem w dyskusji o życiowym sukcesie między liberałami a prawicą, nie tylko w Polsce, to usilne pomijanie niewygodnych dla siebie elementów równania. Liberałowie skupiają się tylko na efektach własnej pracy, kompletnie pomijając cały background. Dobrym tego przykładem jest Rafał Trzaskowski, który niemal na jednym wydechu potrafił zapewniać, że do wszystkie doszedł sam i jednocześnie wspominać, że ciotka zaprosiła go do Anglii. Podobnie Patryk Jaki, który zapomina o tym, jak ojciec był ustawiony w Opolu. To dla liberalnej narracji wygodne, bo można wierzyć w mit selfmademana. I można się poczuć dumnym, bo to „ja sam” na to zapracowałem Powtarzając o tym, że każdy miał los w swoich rękach w 1989 roku, liberałowie nie potrafią zrozumieć nawet tego, że właśnie wejście w ów rok 1989 jest koronnym dowodem, jak działa pozycja uprzywilejowana. Któż z dzisiejszych przedsiębiorców nie chciałby dostać tak chłonnego rynku jak ten w 1989?

Ale swoje za uszami ma też lewica. O ile bowiem lewica potrafi wytykać na rozmaite przywileje i naiwną bajeczkę o selfmademanie uzupełniać konkretnymi przykładami „dobrego urodzenia”, o tyle wciąż zapomina o tym drugim elemencie układanki. A więc o talencie i ciężkiej pracy. Jest swoistym paradoksem, jak bardzo z definicji uczulona na ciężką pracę lewica, nie potrafi tego dojrzeć u ludzi sukcesu. Nie potrafi powiedzieć, owszem, odniosłeś sukces także dzięki pewnym przywilejom, ale nie sposób nie docenić także twoich wysiłków.

Ba, jak trafnie wskazała ostatnio lewicowa Kinga Stańczuk na fejsbuku, pojawia się nawet coś, co roboczo nazwała „rewolucyjnym biedyzmem”, gdzie podejrzane jest już nawet nie tyle odnoszenie finansowego sukcesu, co do finansowego sukcesu aspirowanie. A przecież na samej lewicy jest masa ludzi, którzy tak, jak najbardziej odnieśli sukces, także finansowy, czy wobec tego powinni się codziennie karnie batożyć i przepraszać, że po lekcjach chodzili na angielski i czytali coś w oryginale? Albo że zarabiają dużo, bo są informatykami? Aspiracje i duma z osiągania celów, to przecież jedne z najsilniejszych uczuć i, także ewolucyjny, motor naszych działań, spotykany wszędzie pod każdą szerokością geograficzną. Nie da się przekonać do siebie ludzi, jeśli odbierze im się prawo do satysfakcji z własnego życia, a więc poniekąd i z własnych wysiłków. Nie da się zdobyć głosów, jeśli jedyną odpowiedzią na uwagi o własnym trudzie przy swoim, malutkim, nawet najmniejszym sukcesiku, będzie głośny rechot o stojących z tyłu bogatych rodzicach. Owszem, Krystyna Jana i te setki osób myślących jak ona się mylą: świat nie działa tak, że do wszystkiego dochodzisz sam i tylko sam. Ale świat też tak nie działa, że gdy masz lepsze buty, to pocisz się mniej na treningach.

Pora, aby obie strony to zrozumiały. Pora, aby zadowoleni z siebie liberałowie podziękowali państwu, rodzinie, losowi za swoje sukcesy. I pora, aby lewica przestała deprecjonować obnoszenie się z własnym trudem i powiedziała: gratulujemy wysiłków i wytrwałości, ale zróbmy coś razem, aby inni tak bardzo jak wy pracować już nie musieli.

Reklamy

Przedwczesny wytrysk

09/09/2018 3 Komentarze

Pomysł Patryka Jakiego, aby zabudować od dwóch stron Wisłę, nawsadzać tam wieżowców i poruszać się wodnymi taksówkami oraz jachtami mieszkańców Warszawy, jest prawdopodobnie największą miarą politycznej desperacji od czasów słynnego referendum Bronisława Komorowskiego. Po pierwsze, rzecz jasna, pomysł ten jest nierealny, zwłaszcza w kontekście budowy drugiej, trzeciej, czwartej (!) linii metra i wszystkiego, co Jaki obiecał. Tych obietnic jest już po prostu tak dużo i kosztują tyle miliardów, że nawet średnio zorientowany wyborca, zacznie się wreszcie pytać, czy ktoś czasem nie robi z niego debila. Po drugie, pomysł ten jest skutkiem kompletnej nieznajomości Warszawy. Gdyby Patryk Jaki ze swoimi kolegami z Opola przechadzali się po w Warszawie częściej, być może usłyszałby o Porcie Praskim – nowym miasteczek Wilanów z wodnymi marinami, dokładnie w okolicach, gdzie Jaki chce stawiać swoje korporacyjne szklane domy. To już było grane i przypomina kolejne slajdy przeklinanych i uznawanych za cwaniaków developerów. Ba, jeśli dzielnica Jakiego miałaby obejmować port praski, to znaczy, że Elektrim Solorz-Żaka dostałby zwolnienia z podatków, podczas gdy już teraz sprzedaje mieszkania po 11 tysięcy za m2. Wreszcie, po trzecie, pomysł jest dla Warszawiaków skandaliczny, zamachnął się bowiem Jaki na najbardziej fajnopolacki fetysz, jakim są bulwary wiślane ze swoją częścią imprezową, częścią rodziną przy centrum Kopernika i częścią zaciszną przy plaży Żoliborz. Oczyma wyobraźni widzę, jak młodzi, starzy, dzieciaci oraz mieszkańcy Starówki, Solca, Powiśla, Żoliborza i Bielan cieszą się, że ktoś im buldożery nad Wisłę wsadza i biurowcami widok na rzekę zasłania. Do tego dochodzi druga, dzika strona Wisły – mekka biegactwa i ognisowactwa z kiełbastwem.

Dlaczego więc Patryk Jaki zdecydował się na swoje SimCity? Ano dlatego, że Jaki na ten moment jest kompletnie zdesperowany. Kampania wyborcza Patryka przypomina bowiem zbyt długą grę wstępną, gdy napalasz się i napalasz, jednak nie wytrzymujesz i dochodzisz przed czasem. Jaki narzucił bardzo szybkie tempo i rzucał pomysł za pomysłem. Problem w tym, że każdy kolejny pomysł miał być jeszcze bardziej medialny od poprzedniego, przez co wpadł Jaki w kosmiczną spiralę. W momencie, gdy inni kandydaci opowiadają więc o przedszkolach i tramwajach, Jaki musi opowiadać o wodnych taksówkach, bo on o tramwajach opowiadał już dwa miesiące temu. Eskalacja obietnic i wytryski pomysłów dobrze działały na początku, gdy zachwyceni dziennikarze i komentatorzy poklepywali Jakiego po plecach. Zaczęły jednak ciążyć, gdy co tydzień musisz robić nowe wow, i to wow lepsze od wow poprzedniego. Stąd nie może Jaki wrócić do głupich wiat i biletów dla seniora, ale musi pokazywać mieszkańcom jachty nad Wisłą. Planowanie kampanii wyborczej jest bowiem trochę jak pisanie scenariusza. Nie możesz wszystkich twistów i najlepszych pomysłów dać na początku, bo potem siądzie ci akcja. Łuki musisz budować powoli, kulminację musisz cierpliwie odkładać.

Co też ważne, cały ten efekt wow w pierwszych scenach Jaki-Rojsta spowodował, że coraz więc dziennikarzy zaczęło się kampanią Jakiego serio interesować. I wyszło, że ani ona taka nowatorska, ani tak tłumnie odwiedzania. Ot, 10 minutowe zbiórki przy metrze i tyle. A miało być tak pięknie, po hamerykańsku.

Gdybym był więc na miejscu Janka Śpiewaka, odpuściłbym sobie atakowanie Trzaskowskiego, a skupił się na atakowaniu Jakiego. Bo teraz to Jaki jest pod obstrzałem i to na krytyce Jakiego można w Warszawie zyskać. Centrowi wyborcy biciem w Trzaskowskiego będą raczej zniesmaczeni, a za bicie w Jakiego mogą dać premię w pierwszej turze. Prawicowi wyborcy i tak zagłosują na Jakiego albo tego, drugiego z wąsami. Gdybym był zaś Trzaskowskim, gotowałbym się na granie teczkami, areszty i konferencje CBA. I już też głośno bym przed tym przestrzegał, tak żeby ewentualny atak ubiec. PiSowcy chłopcy od Mariusza Kamińskiego i jakieś tam obce wywiady od taśm jednych i drugich grali to zawsze i pewnie zagrają tym razem. Ale tylko wtedy, gdy Jaki będzie miał szansę na realną wygraną. Gdy sondaże mu spadną, to nikt w CBA nie będzie za niego umierał, zwłaszcza że, owszem, mają go tam pewnie za członka, ale akurat nie za członka PiSu.

 

 

 

Biedroń i Nowacka

05/09/2018 24 Komentarze

Reakcja obozu liberalnego na polityczne ruchy Barbary Nowackiej i Roberta Biedronia jest tyleż przewidywalna, co komicznie wręcz rozczulająca. Albowiem, jeśli już komukolwiek, to właśnie m.in. Barbarze Nowackiej zawdzięczamy tą straszną pisowską większość w obecnym Sejmie. To ona przecież, podczas pamiętnej debaty przedwyborczej, tak fatalnie wypadła na tle Zandberga, przez co być może SLD nie przeszło wyborczego progu. Gorsza była chyba tylko Beata Szydło i Ewa Kopacz, która z kolei w tej debacie dobiła Platformę, nabijając niezdecydowanych wyborców także PISowi. Roberta Biedronia tam nie było, Robert Biedroń w tym czasie zajmował się zarządzaniem Słupskiem. Teraz jednak to Biedroń jest tym złym a Nowacka, która wystawia swoich współpracowników z Pauliną Piechną na czele, staje się tą dobrą. Wypłynął nawet Dariusz Joński, chociaż wydawało się, że odszedł z polityki jakoś w okolicach 1974.

Oczywiście z punktu widzenia samej Nowackiej jest to ruch, zwłaszcza w krótszej perspektywie, dość racjonalny. Dostanie pewnie miejsce w Europarlamencie i ustawi się do końca życia. W dłuższej perspektywie traci jedyne co miała, czyli wiarygodność lewicowej działaczki, i staje się kolejną figurą na dworze Schetyny. Tego Schetyny, który nie ma nawet ¼ umiejętności Tuska, w niczym jej nie da decydować i uczepił się konserwatywnej kotwicy, chociaż wyborcy akurat chcą czegoś odwrotnego.

I tutaj jest właśnie szansa Biedronia. Przyznam się, że co do poglądów gospodarczych Biedronia to trudno mieć zdanie, bo Biedroń ich raczej nie posiada. Z punktu widzenia lewicowej ideologii to źle, ale z punktu widzenia lewicowego pragmatyzmu to dobrze. Rację ma bowiem Janek Sowa, gdy twierdzi, że na ten moment elektorat mocno socjalny i jednocześnie mocno obyczajowo liberalny, to jest w Polsce ledwie kilka procent. Osobiście uważam, że, zwłaszcza za sprawą młodych kobiet, to się za dekadę może zmienić, ale teraz jest jak jest. I Biedroń właśnie może być tą obyczajową platformą, na której lewica wjedzie do Sejmu. Bo nie łudźmy się, w wyborach na prezydenta szans nie ma. Ale na zgarnięcie 10-15% w niższej izbie szanse ma jak najbardziej. Co wybory wyskakuje znikąd Palikot czy Kukiz i niczym zima zaskakuje drogowców. Żeby to się jednak udało musi Biedroń, po pierwsze skupić się na kwestiach liberalnych obyczajowo, po drugie nie walić w PO (jak chce Sroczyński) i nie walić w PIS (jak chcą wrzeszczący liberałowie), ale zostać kandydatem zgody, porozumienia i empatii. Słowem, wobec wojny polsko polskiej powinien zaproponować rozejm, szacunek i non stop pięknie mówić o miłości, współczuciu, Polsce nowego jutra. Po trzecie wreszcie zbudować wokół siebie potężny blok lewicowy, który owszem, będzie na niego robił swoimi nogami i owszem, będzie wskazywałby na potrzebę zmian w socjalu, ale przede wszystkim skupi się na wojnie z opresyjnym obyczajowo państwem. Za rogiem aborcja, narastający klerykalizm, faszyzacja ONRowska i nudne skakanie sobie do gardeł Szubartowiczów z Karnowskimi. Biedroń mógłby stanowić alternatywę dla ludzi zmęczonych ciągle tym samym. Na jego miejscu skupiłbym się na młodych w dużych miastach oraz postulatach kobiecych, począwszy od żłobków, przez 500+ dla samotnych matek przez darmową antykoncepcję, ostrożną liberalizację aborcji oraz przede wszystkim związki partnerskie na wzór francuskich PACSów. Wyobraźmy sobie, że nagle te tysiące par konkubenckich dostaje pakiet ulg dla małżeństw, a PIS ustami swoich sędziów i kapłanów krzyczy i przeklina, że jest przeciwko. Przecież to jest wyborczy samograj. Jednocześnie hamowałbym ekstremalne, jak na polskie warunki, gospodarcze pomysły lewicowych kolegów i koleżanek i absolutnie odciął się od pokolenia celebrytów 40+. Obnosi się z nimi obóz liberalny i wygląda to trochę jak naszaklasa pląsająca w koszulkach konstytucji do numerów Perfectu. A przecież Biedroń nie chce być jak naszaklasa, nawet nie chce być ja fejsbuk, ale chce być trochę jak netflix. Więc powinien otworzyć własny sezon, a nie grać gościnnie w serialach dla innych.

Ratujmy maluchy (i dużuchy też)

04/09/2018 6 Komentarzy

Być może powinniśmy wszyscy poczyścić ekrany, być może pójść do lekarza „od oczu”, tudzież od uszu, albowiem nijak się chyba tu wszyscy nie potrafimy dziś dopatrzyć obecności małżeństwa Elbanowskich. Małżeństwa, które swego czasu tak bardzo po Sejmach i telewizjach biegało, tak bardzo nasze maluchy ratowało, tak bardzo szaty rozdzierało, że sześciolatek, mój boże, spotka szóstoklasistę na korytarzu. Teraz, jak się okazuje, siedmiolatek spotka na tym korytarzu nawet i ośmioklasistę, czekającego na koniec 10 lekcji przed 19tą. Elbanowskich się jednak na tym korytarzu nie doczeka, być może z jakieś wrodzonej ślepoty, a być może z faktu, że fundacja państwa Elbanowskich otrzymała od władzy, bagatela, 700 000 PLN dofinansowania na diagnozę i projektowanie zmian w edukacji. Trudno, rzecz jasna, nie uznać tego za swoistą perwersję, dofinansowanie poszło akurat już po zaklepaniu wprowadzenia gimnazjów i miało dotyczyć wykrycia ewentualnych błędów, o których istnieniu z góry przecież było wiadomo, i to zanim jeszcze chwalone przez Elbanowskich pomysły PISu weszły w życie i zanim ta kasa do Elbanowskich w ogóle trafiła. Słowem, coś jakby biegać na golasa i płacić ludziom, żeby opisali, czy masz na sobie ubranie.

Oczywiście to, co się dzieje to dopiero początek. Teraz chaos, przynajmniej częściowo, rozładowany szkoły prywatne. Trzeba wprost bowiem przyznać, że jeszcze żadna, rzekomo lewicowa, władza nie dokonała tak spektakularnego naganiania klientów biznesowi, jak władza obecna zrobiła to z uczniami. I to w czasach demograficznego niżu! Obecne przepełnienie, system zmianowy, bieganie od szkół do szkół przez nauczycieli to nic w porównaniu do Armagedonu, jaki czeka część rodziców w roku 2019. Wtedy bowiem dojdzie do wielkiej kumulacji i dwa roczniki przystąpią do egzaminów do szkół średnich. Oznacza to, że raz, szkoły będą jeszcze większymi molochami, dwa, że jednak nie będą aż takimi, żeby podobny odsetek uczniów się, zwłaszcza do wymarzonych, szkół dostał. I rodzice dopiero poczują „dobrą zmianę”, gdy Ania z Tomeczkiem się do upragnionej szkoły nie dostaną. A gniew zawiedzionego rodzica potrafi być straszny.

PIS, który jest partią dość przewidującą, doskonale sobie z tego zdaje sprawę, dlatego już teraz szykowana jest synekurka dla szefowej MEN, żeby w porę wyborcom zeszła z oczu. Być może właśnie po to szykowany jest raport Elbanowskich, który podkreśla, że m.in. system zmianowy jest wieloletnim zaniedbaniem różnych, poprzednich rządów. Owszem, jest jak najbardziej, ale nie trzeba być chyba geniuszem, aby skumać, że ładowanie dwóch dodatkowych roczników do jednej szkoły zmianowość tylko spotęguje.

Niestety opozycja tego samograja wykorzystać nie umie. Tak jak nie umie w wyborach w Warszawie wykorzystać likwidacji przez PIS Okęcia, niedofinansowania stadionu Skry i uwikłania PIS w reprywatyzację, tak jak nie potrafi zrobić prostego filmiku zestawiającego policzkowanie, plucie, szarpanie, bicie i nawoływanie do przemocy przez różne Pawłowiczowe i tak jak, wreszcie, nie potrafi nawet zrobić porządnego bilbordu, na którym Polak przeczyta nie o abstrakcyjnych milionach, ale co do złotówki o tym, ile dokładnie kasy dostały fundacje Rydzyka, ile Gowin, ile kuzyn Kaczyńskiego, a ile dokładnie kasy nie dostali niepełnosprawni i ile straciły samotne matki z tytułu cofniętego 500+. O tym, że w kontrze do Jakiego z żoną, zrobić foty i zdjęcia Zbonikowskiego, Pięty, Bonkowskiego i radnego Piaseckiego katującego żonę nawet już nie wspomnę. Bo przecież nie ma w polityce partii, w której dałoby się znaleźć równie obrzydliwą czwórką do brydża.

Tymczasem, co wiemy z House of cards;), zorganizowanie skutecznego, długiego strajku w sektorze edukacji wymaga ogromnego wysiłku, umiejętności i przewidywania. Gdyby sytuacja była odwrotna, gdy to PO, PSL, SLD zrobili taki rozpierdolnik, i to w stosunku do najmłodszych, już dziś w szkołach pojawiałby się namioty, a Jaki z Dudą nie wychodziliby ze szkolnych boksów. Problem z parlamentarną opozycją jest jednak taki, że ciągle wydaje się, iż ona z tych szkolnych boksów do świata akurat wciąż jeszcze nie wyszła.

 

 

Policzkobusem po kraju wolności

03/09/2018 9 Komentarzy

 

Do tej pory pisowski Golędzinów na rozmaitych historycznych uroczystościach jedynie gwizdał i darł japę na ludzi, którzy swego czasu mieli odwagę stanąć po innej stronie niż Brygada Świętokrzyska, prokurator Piotrowicz, rodzina Kryżowców albo ostatnia ulubienica TVP Wiadomości – jaśnie pani Maria Teresa Kiszczak. Teraz okazuje się, że po japie również daje i to z otwartej w świetle kamer. W pewnym sensie ma więc rację premier Morawiecki, Polska to rzeczywiście kraj wielkiej wolności, bo kiedyś jednak nie do pomyślenia było, żeby urzędniczka schodziła z trybuny honorowej, dawała komuś w ryja, a potem, przy uśmieszkach wąsaczy z żandarmerii wojskowej, wracała niepokojona na miejsce. Widać dobra zmiana dotarła i do politycznych obyczajów. W końcu, skoro można wypychać z okna i wykręcać rękę matce niepełnosprawnego dziecka, to czemu nie można po mordzie dać innej kobicie, w imię „upomnienia się o szacunek dla weteranów”, rzecz jasna.

Oczywiście dymisja pani Dominiki Arendt-Wittchen jest jedynie rozwiązaniem taktycznym i tymczasowym. Zachwyty Doroty Kani, Krzysztofa Wyszkowskiego czy Krystyny Pawłowicz wskazują wprost, że pani Dominika znalazła trafny sposób na zwrócenie na siebie uwagi. Każdy reżim potrzebuje bowiem symbolicznego aktu akcesji, im bardziej ostentacyjnego tym lepiej. Kazus Magdy Ogórek, Eryk Mistewicza czy Błażeja Pobożego pokazują, że można to robić poprzez twittera. Kazus Kazimierza Kika, że poprzez TVP, kazus Kamila Zaradkiewicza, że poprzez artykuły naukowe i antygejowską samokrytykę.

Przeciętny Kowalki i Kowalska jednak takiego dostępu do mediów nie mają, nie są też na tyle atrakcyjni, żeby pośród setek lokalnych Pereirów i Wildsteinów aż tak władzy nawilżyć, by zostać zauważonym. Pozostaje jedynie wyobraźnia. Dlatego jedni montują tablice o „Przebywaniu w hali nr 26”, a drudzy dają „głupiej babie” w mordę. Rację ma bowiem Jakub Majmurek, gdy pisze, że istotą PIS jest „budowa nowej oligarchii i państwa, gdzie wszelkie kanały awansu zależne są od jednego ośrodka politycznego”. Otóż wiedzą o tym dziś wszyscy i zwolennicy, i przeciwnicy, i symetryści, których większość już chyba ostatecznie wywiało na pozycje autentycznie pisowskie.  Wie o tym także lud, który patrząc na ten nieprzebrany strumień pieniędzy i awansów dawany nie za doświadczenie, wiedzę, nawet nie znajomości czy dobre chęci, ale za 100 ruchów głową na kolanach (ostatnie 10 szybciej), wie, że druga taka szansa się za ich życia raczej nie powtórzy. Żadna przyszła władza nie da Orlenu Obajtkom, TVP Rachoniom, czy Sądu Najwyższego prawnikom, którzy swego czasu podpadali pod dyscyplinarkę.

Z punktu widzenia tych ludzi, dawanie tablic, dawanie w mordę, czy last but not least dawanie dupy jest na swój sposób racjonalne ekonomicznie. Tak jak nieracjonalne jest działanie opozycji, która powinna nie tylko mówić, że po przejęciu włądzy wszystkich PiSowców na zbity pysk wyrzuci, ale że przede wszystkim otworzy nabór dla nowych kadr, nowego państwa polskiego. Jeśli bowiem jedynym przekazem jest to, że ma być, jak było, to dla tych pozbawianych przez lata awansu, jedyną ścieżką szybkiej kariery jest akces do rewolucji pisowskiej. Bo innej nikt im nie zaproponował.

John McCain – kolejny przeciwnik reżimu

26/08/2018 19 Komentarzy

Po śmierci Kory okazuje się, że zmarł kolejny przeciwnik reżimu kaczystowskiego, niejaki John McCain – wielki patriota, przyjaciel Polski, człowiek honoru, inspiracja dla milionów. Człowiek, którego największą zaletą miał być napisany list w sprawie wolnych sądów, demokracji, czy co tam Amerykanom pasuje akurat w Turcji, ale już nie w Polsce.

Tymczasem lewicowy Jacobin przypomina tekst z 2008 r. o rasistowskich, homofobicznych i seksistowskich dowcipach McCaina, a Guardian przypomina haniebne chowanie się za Sarą Palin – prekursorką Donalda Trumpa. Jak na człowieka honoru i zasad wygląda to bardzo słabo, nawet biorąc poprawkę na czasy innej poprawności politycznej. Rzecz jasna, być może śmierć nie jest najlepszym momentem przypominania, dlaczego ktoś był prawackim bucem, ale polski światek polityczny trochę nie daje wyboru.

A nie daje wyboru, bo jest do cna przesiąknięty postkolonialnym widzeniem świata, gdzie, zwłaszcza świat anglosaski, traktowany jest jako ten lepszy, kolonialny poganiacz niewolników. Skakała pisowska prawica, gdy Trump przyjechał sprzedać Polaczkom trochę złomu i do stóp mu padała, skacze antypisowska prawica, gdy Eltohn John, Roger Waters, czy jakiś inny znany celebryta coś tam o Bolandzie wyduka.

W tym sensie John McCain nie może być przedstawiany jako polityk, którego partia sprowadziła na Europę faszystowską groźbę, będącą konsekwencję kretynizmu w Iraku. Nie może przedstawiany jako twardogłowy konserwatysta, który nie do końca zakumał, jak świat się zmienia po zimnej wojnie. Może być przez postkolonialny światek polityczny postrzegany jedynie w kategorii zachwytu, o tyle komicznego, że teraz pisowscy i antypisowscy przeciągają trumnę z „człowiekiem wolności” na swoją stronę.

Trochę to trwało, ale po wielu latach wyzbyła się Polska kompleksu Europy. Owszem, skutkuje to komiczną wręcz megalomanią i wiecznym pouczaniem tych głupich Skandynawów i Niemców, jak mają kraj swój organizować. Ale przynajmniej politycy z Europy traktowani są wreszcie jak ludzie z krwi i kości. W stosunku do Amerykanów wciąż jednak pokutuje czapkowanie i celebrytoza i jedno wielkie leżenie plackiem, nawet jeśli pobieżny risercz pokazuje, że niekoniecznie jest przed kim klękać i komu budować ołtarze.

Kto kogo wyrzuca z gazety

23/08/2018 9 Komentarzy

 

Wielkie wybuchło na prawicy oburzenie za rzekome wyrzucanie Rafała Wosia i Grzegorza Sroczyńskiego z ich obecnych miejsc pracy za ideologiczną nieprawomyślność. Budzić to może jednak pewne zdziwienie, albowiem wyrzucanie za niepoprawne poglądy z telewizji publicznej, sądów, urzędów, spółek skarbu państwa, stadnin, szkół czy rządowych limuzyn jest przecież ideą przewodnią dobrej zmiany. Związkowcy na bruk i morda w kubeł robolu-pracowniku jest jedną z najbardziej charakterystycznych cech tej, jakże współczującej ludowi, władzy. Kto nie z nami temu pogruchoczemy kości i wyłamiemy ręce, nawet jeśli niepełnosprawny.

Problem jednak w tym, że fakty dla prawicy są dość przykre: Grzegorz Sroczyński nadal w gazeta.pl pracuje, a Rafał Woś nadal jest publicystą Polityki. Nie może o sobie już tego powiedzieć Łukasz Warzecha, którego z Wsieci już dawno wyrzucono, ani Piotr Zaremba, którego obecność wykastrowano do nieczytanych przez nikogo, nudnawo rozkosznych, kawałków o kulturze. Nie może też tego powiedzieć Andrzej Horubała – wicenaczelny DoRzeczy, który odszedł ze swojej gazety, bo Paweł Lisicki zabronił mu skrytykować rasizm Ziemkiewicza.

Tymczasem to na gazeta.pl można poczytać nie tylko Sroczyńskiego, Wosia i najwspanialszego ze wspaniałych galopującego majora, ale także prawicowego Skwiecińskiego, czy Baranowską, liberalnego Jażdżewskiego, czy wreszcie socjalistę Pawła Wójcika z Nowego Obywatela, mającego stałą rubrykę w… Gazecie Polskie. Do tego dochodzą teksty debiutantów, których jakoś inne gazety publikować nie chcą. W papierowej Gazecie Wyborczej oprócz Witolda Gadomskiego i Wojciecha Maziarskiego spotkać można też teksty Wojciecha Orlińskiego i coraz popularniejszej (słusznie) Adriana Rozwadowskiej.

Przez wiele lat zarzucano, i było w tym trochę racji, pewną jednolitość linii publicystycznej Agory. Ale nagle, w 2018 roku, okazało się, że to właśnie Agora, być może przed ostatecznym upadkiem tradycyjnych mediów, stała się na moment prawdziwą agorą. A przynajmniej taką, o której prawicowy czytelnik może tylko pomarzyć.

Bo czy wyobraża ktoś sobie, że na stronach DoRzeczy albo Wsieci swobodnie publikować mógłby zwolennik KODu albo partii Razem? No właśnie. To możliwe jest albo w Agorze, albo w tabloidalnym Super Ekspressie, gdzie stałą rubrykę ma Adrian Zandberg.

Na prawicy to niemożliwe, bo prawica tak kocha wolność wypowiedzi, jak kocha wszystkich tych, którzy śmieją mieć zdanie przeciwne.

%d blogerów lubi to: