Spadki z ligi powinny być zakazane, czyli o możliwości równościowego futbolu

21/04/2021 3 Komentarze

Mamy za sobą jeden z smutniejszo-weselszych dni. Weselszych, bo oto o piłce nożnej mówi cały świat, ale nie w kontekście kto tam komu kopnął skórzanym jajem, ale w kontekście tego, co w piłce interesuje najbardziej: a więc fenomenu społecznego.  Smutniejszych, bo jednak hektolitry hipokryzji i rzucanie socjalistycznymi cytatami przez piłkarzy milionerów, to jednak trochę za grubo. Zwłaszcza gdy to Anglicy, którzy najpierw stworzyli własnego komercyjnego potwora, potem rozprzedali go oligarchom, a teraz go bronią jakby to był umierający na suchoty robotnik w dokach. 

Najlepiej o całej sprawie napisał Michael Cox z Zonal Marking wskazując na prostą alternatywę. Albo prawne regulacje jak salary cap, limity transferowe, regulacje właścicielskie, słowem korporacyjne przycinanie gigantów albo won do ich własnego Disneylandu. Dziewięć mistrzostw Bayernu z rzędu to nie jest objaw dobrego zarządzania klubem (gdyby tylko Eintracht wcześniej wstawał), a obraz patologicznej nierówności.

Ciekawsze jest jednak to, czy w ogóle da się zorganizować futbol progresywny, czy może futbol równościowy?  Weźmy chociażby tytułowe spadki. Kibice przez ostatni tydzień rozpaczali, że liga bez spadków to hurr durr aberracja. Bardziej lub mnie świadomie posługiwali się metaforą mobilności społecznej, że oto elitarny klub zamyka się przed awansem. Rzecz jasna przyjęli punkt widzenia awansującego a nie spadkowicza. Zostawmy jednak na chwilę ligę najbogatszych i przyjrzyjmy się temu sercu piłkarskiego sportu, a więc spadkom i awansom. Otóż, problem w zasadzie spadków i awansów polega na tym, że to gra o sumie zerowej, a więc, że ktoś awansuje kosztem tego, co spada. Nie mamy więc do czynienia nie z mobilnością społeczną, ale z darwinizmem społecznym, gdzie silniejsi strącają w dół słabszego. A to jest bardzo konserwatywne, prawicowe. 

Czy można sobie wyobrazić ligę bez spadków? Podobno to bardzo nudne, ale przecież taką ligą jest NBA i jakoś na nudę nie narzekają. Rzecz jasna przy brakach spadków i awansów pojawia się problem inkluzywności. Nikt nowy nie może dołączyć. Owszem, nikt nie może dołączyć, o ile liga nadal pozostaje strukturą pionową. Wówczas nawet jeśli powiększysz zbiór drużyn w dół, to nie dasz za bardzo rady powiększyć ich w górę. Dlatego taka liga musiałaby przyjąć strukturę horyzontalną. Nie ma więc drabinki od najniższej klasy rozgrywkowej pod najwyższą, ale jest struktura pozioma liga A, B, C, D. Wtedy nie ma spadków, ale też mogą dołączać nowi.

Oczywiście pojawia się problem różnicy sportowej, a de facto finansowej. Jak to Barcelona w tej samej lidze co Sabadel? No właśnie. Naturalną konsekwencją byłby wspólny budżet, a następnie równy podział między uczestników ligi. W ten sposób nagle różnice by zniknęły, a Wimbledon zacząłby sportowo znaczyć tyle co Manchester United. Dalej, żeby gwałtowany wzrostów uniknąć także piłkarze powinni być dzieleni. W jaki sposób? Ano przez zakaz gry dla tego samego klubu przez więcej niż dwa sezony. Ba, co dwa lata mogłoby być nawet losowanie i Compostella dostaje Messiego a Oviedo Dembele.

Czy futbol byłby wówczas równy? Czy liczyłaby się tylko czysta rywalizacja sportowa? Oczywiście. Ale czy tego byście chcieli jako kibice? Raczej nie.

A dlatego, bo o nie podoba Wam się równość. Podoba Wam się darwinizm społeczny i jak silniejsi tłuką słabszych. Czy w to w boksie, czy w piłce, czy w dyskusji na twiterze, czy w polityce. Żyjecie w poczuciu hołdu dla wygranych i pogardy dla przegrywów, dlatego tak bardzo lubicie awanse i spadki. Także w futbolu. Korporację to wiedzą i dlatego na tym darwinizmie zarabiają.

Superliga jest martwa. Ale i tak byście ją oglądali

21/04/2021 1 komentarz

Zaledwie kilka dni widmo krążyło po Europie – widmo „kooperatywy multimilionerów”. 12 z 15 najbogatszych klubów piłkarskich chciało postawić się UEFA i założyć własną piłkarską Superligę. Z własnymi zasadami, na 20 drużyn. Ligę, z której członkowie nigdy nie spadają. Z podziałem pieniędzy między sobą, głównie za samo uczestnictwo, a nie za wygraną. Z gigantyczną pożyczką na wejściu, acz zależną od możliwości generowania dochodu. Być może także z salary cap, czyli ograniczeniami pensji zawodników. Tak, ku zdziwieniu wolnorynkowców na pewnym etapie najbogatsi wcale nie dążą do konkurowania, które generuje dochód, ale do ciepełka „kooperatywy”, co przewidywali już XIX-wieczni socjaliści zrzeszeniowi.

Po drugiej strony barykady pozostają FIFA, UEFA i jej flagowa Liga Mistrzów z Gazpromem jako głównym sponsorem, która na wieści o Superlidza też zapowiedziała reformę. Chodziłoby o jedną ligę z graniem każdy z każdym plus faza pucharowa, tyle że wciąż, w przeciwieństwie do Superligi, przynajmniej teoretycznie otwartą na średniaków i na biedniejszych.

Dlaczego najbogatsi chcieli zrobić sobie Superligę, skoro skomercjalizowana do cna UEFA i tak spełnia niemal wszystkie ich zachcianki? 

Czytaj dalej na stronie Krytyki Politycznej

Superliga i histeria perspektywy średniaków

19/04/2021 15 Komentarzy

Oto wreszcie, po wielu próbach wystartować ma Superliga – czyli 15 najbogatszych klubów, które mają gwarancję nie-spadku plus doproszonych 5 klubów. Świat kibicowski zareagował histerycznie, chociaż 90% klubów w Europie ten spór nie dotyczy. One i tak NIGDY w żadnych pucharach nie zagrają. Poniżej kilka najczęściej podnoszonych argumentów, które trzeba sobie wyjaśnić.

Pieniądze zabijają fubol – Owszem, zabiają. Ale przecież cały ból jest właśnie o pieniądze. O pieniądze z ligi mistrzów.  Nie chodzi to to, żeby pieniędzy w futbolu było mniej, ale żeby było ich więcej i więcej. Żeby szansę na ogromny hajs miała ekipa spoza superelity. Jasne, ja rozumiem ten argument, ale śmieszy mnie ta nagła antypieniężna retoryka. Jakoś ci, którym leży na sercu równość piłkarska nie mają nic przeciwko temu, że Ajax na lidze mistrzów zarobi tyle, że takie Twente nie ma czego szukać w lidze holenderskiej. Albo że Legia mogłaby pieniędzmi z ligi mistrzów jeszcze bardziej odstawiać od Piasta Gliwice. Nie oszukujmy się, tu wszystkim chodzi o pieniądze na czele z fanami ligi angielskiej, których średniaki drenują ligę francuską wysokimi zarobkami, ale jakoś nigdy to nie przeszkadzało kibicom wspaniałej angielskiej piłki. Bo liga francuska to „liga farmerów”, prawda?

Superliga zabije rywalizacje krajową – Owszem, ale ona już jest zabita. W najlepszych ligach walka i tak toczy się między elitarnymi superklubami, reszta nie ma czego szukać. Pomaga w tym właśnie hajs z ligi mistrzów, za którym dziś wszyscy tak płaczą. Więc tutaj wiele się nie zmieni. Po prostu liga z bardzo niemożliwą wygraną dla średniaka przeistoczy się w bardzo bardzo niemożliwą do wygrania. Paradoksalnie, mądrze stworzona superliga mogłaby być jednak szansą dla lig krajowych. Po pierwsze, skoro superkluby zbierają hajs w superlidze, to cały hajs z praw telewizyjnych lig krajowych mógłby iść do reszty klubów. Po drugie, teraz ósma drużyna ligi hiszpańskiej czy włoskiej nie ma szans na żadne puchary. Tymczasem, skoro w takiej lidze angielskiej zwalnia się aż 6 miejsc pucharowych, to przy utrzymaniu ligi mistrzów i ligi Europy przez UEFA, nagle niemal cała Anglia może grać w pucharach. Mało tego, dla polskich ekip to też mogłaby być szansa, bo nagle liga Europejska byłaby obsadzona o wiele słabiej i może by się udało awansować. Ale jakoś punkt widzenia najbiedniejszych rzadko się przebija, prawda? Wszyscy piszą z perspektywy takiej Sevilli a nie mistrza Polski.

W superlidze nie będzie rywalizacji – bzdura. Będzie ona taka sama jak jest teraz między PSG i City a Realem i Chelsea. Superbogate kluby rywalizują i będą rywalizowały. Co ciekawe, jako zarzut pojawia się argument, że w Superlidze pieniądze będą dzielone bardziej proporcjonalnie niż w lidze mistrzów, co oznacza, że zarzuca się jej bardziej równe traktowanie. Ba, niektórzy nawet twierdzą, że będzie tam obowiązywała salary cap, a więc najbogatsze kluby będą ograniczać pensje piłkarzy. Oczywiście kluby nie robią z tego dobrego serca, ale wbrew darwinistycznym rojeniom o rywalizacji, uważają, że lepszy jest model kropotkinowskiej współpracy i finansowej koegzystencji. Dlatego nikt z założycielskiej 15 nie będzie mógł spaść. To ciekawe, że dla własnego dobra finansowa arystokracja wprowadza bardziej  równościowe rozwiązania w swoim klubie multimilionerów niż chcą tego wolnorynkowi kibice gardłujący o tym, że najlepszy co roku ma zgarniać wszystko.

Czy to znaczy, że Superliga jest pomysłem dobrym? Nie, nie jest dlatego, że jeszcze bardziej zwiększy się przepaść finansowa. Superliga ją po prostu przyspieszy. Oczywiście lamenty trochę zalatuje tu hipokryzją. Oto bowiem średniaki milionerzy, którzy mieli biednych w rzyci, zostali potraktowani jak biedacy przez multimilionerów, więc teraz krzyczą, że to niesprawiedliwe. Ale gdy był czas decyzji wszyscy wskakiwali do wagonika z hajsem mając kluby biedniejszych w poważaniu.

Gdyby mnie ktoś spytał, jak zrobić ligę, chciałbym pierwszą ligę z top 30 ekip na świecie i drugą ligę z kolejnymi top30, gdzie każdy grałby z każdym, możliwe spadki i awanse a hajs dzielono by równościowo. No ale mnie, o dziwo, nikt nie pyta. Więc ten podział na superligę chociaż niesprawiedliwy i tak jest tylko kłótnią między bardzo bogatymi a mniej bogatymi z UEFA. Sportowej rywalizacji na najwyższym szczeblu zbyt wiele nie zrobi. Bo ona i tak wygląda w ten sposób, że raz na jakiś czas obok gigantów pojawi się średniak, który zachodzi wysoki i następnie jest od razu rozkupywany przez resztę. Tak działa liga mistrzów i jak widzę tego właśnie bronią przeciwnicy superligi, która przecież będzie działa dokładnie w ten sam sposób. Tylko ryzyko braku awansu będzie zerowe. A poza tym wiele się nie zmieni, to wciąż będzie rozrywka kilkunastu globalnych korporacji, co ma kibiców niczym wierne psy, które pójdą za nimi wszędzie.

Bodnar zszedł, narodzi się nowy?

15/04/2021 77 Komentarzy

Wbrew pewnej histerii odnośnie odwołania Adama Bodnara, uważam, że ten ruch aż tak wiele nie zmienia. Nie dlatego, że Bodnar był Rzecznikiem słabym, ale dlatego, że uprawnienia RPO są w Polsce słabe. Rzecznik nie ma uprawnień władczych i – jak sama nazwa wskazuje – co do zasady ma wypowiadać się w sprawach praw obywatelskich. Tyle że, gdy władza w sposób tak ostentacyjny łamie wszelkie reguły i prawa obywatelskie, jasne jest, iż owe wypowiadanie to trochę, jakby gadał dziad do obrazu. Paradoksalnie więc większa rola Rzecznika jest w relacjach z władzą samorządową, gdzie rządzi opozycja, gdyż ta słuchać go może niczym PiS słucha biskupów. 

Ba, gdybyśmy jednak spytali fanów Adama Bodnara: no dobrze, ale co konkretnie ten Bodnar dobrego zrobił, wymień, niech będzie, że 5 konkretów, to myślę, że u ogromnej większości mielibyśmy małe mhmmmhmm i pilne wertowanie niezapisanych notatek. Nie, nie znaczy to, że Bodnar nie robił nic, zwłaszcza w sprawach indywidualnych, ale w sprawach indywidualnych wiele robili też poprzedni Rzecznicy i nikt z opinii publicznej nie dawał na to fucka.

Nie dawał (do czasu) też PiS, albowiem wbrew huczeniu opozycji, jakim to Bodnar jest POTĘŻNYM przeciwnikiem i ością w gardle Kaczyńskiego, rozprawa w TK przekładana była „tylko” 9 razy. A przecież mógł PiS pacnąć Bodnara już dawno temu bez żadnego problemu, prawda? Nie robił tego, bo „brzęczenie o prawach obywatelskich”, PiSowi nie przeszkadza w budowie swojej własnej oligarchicznej III RP. Przeszkadza za to wtrącanie się w sprawię sprzedaży Polskapresse i właśnie za to pewnie Bodnar poleciał. Sam ten wniosek, moim skromnym zdaniem, nie był ruchem najsprytniejszym. A i prawnie jest pewien problem, bo tak, na ukochanym wolnym rynku, jedna spółka może sprzedawać drugiej spółce swoją własność, na przykład media, zwłaszcza gdy kupujący nie ma innych udziałów w rynku medialnym. Gdy więc Agorze blokuje się zakup radia Zet jest to skandal, a gdy Orlenowi blokuje się zakup Polskapresse, to jest to dbanie o prawa obywatelskie. No cóż, może chodziliśmy na inne wykłady.

Co dalej? Sam Bodnar zaczął politycznie ważyć, a jego największą zaletą jest pewien mityczny symbol, do jakiego nam urósł przez tę kadencję. Wciąż jest to osoba bez zaplecza, ale że w liberalnych mediach jest upupiany jako nowy Owsiako-Rzepliński szans na odbicie PiSowi wyborców nie ma. Niektórzy twierdzą, że mimo wszystko powinien iść w politykę, tyle że, głupia sprawa, jakby został posłem, to zarabiałby 6 tysięcy PLN. Więc zero zdziwienia, gdy jednak pójdzie w unijne instytucje albo think tanki (oby nie FOR).

Co ważniejsze, propozycja wyboru nowego RPO jest wciąż na stole, a Kaczyński właśnie utracił większość sejmową. Sprytna opozycja by się dogadała, że coś za coś, w końcu w sprawie własnych pensji jakoś dogadać się potrafiła, prawda? Ale wyborcy wychowani w retoryce wojennej „kolaboracji” nie chcą. Więc nie dostaną ani Rzecznika, ani nie obalą PiSu. Za to znowu sobie w oburzeniu pokrzyczą i zmienią avatara z dzikiem.

Lewica powinna warunkowo poprzeć Nowy Ład

13/04/2021 21 Komentarzy

Trzeba przyznać, że sposób medialnego ogrania Nowego Ładu przez PiS budzi pewną zazdrość. Nic bowiem szczegółowego jeszcze o nim nie wiemy, żadne założenie nie zostało oficjalnie ujawnione, a mimo to coraz więcej i coraz głośniej się o nim mówi. Rząd, zapewne celowo, wypuszcza rozmaite przecieki do mediów, te pobudzają zbiorową wyobraźnię i temat zostaje narzucony opozycji. A także nam, czyli klasie komentującej, czego dowodem jest choćby ostatni tekst Adama Leszczyńskiego z tezą, że Lewica powinna ów Nowy Ład odrzucić. Tymczasem mnie się wydaje, że wręcz przeciwnie, Lewica powinna go – warunkowo, ale jednak – poprzeć. Dlaczego?

Czytaj dalej na stronie Krytyki Politycznej

<span>%d</span> blogerów lubi to: