„Lewicowa empatia” PiS uderza ponownie

15/01/2021 13 Komentarzy

Prawdziwą lewicowość i empatię poznaje się w biedzie. I oto rząd, który szczyci się tym, jak to jest z ludem, jak to zwykłym ludziom pomaga, pokazuje, czym jest empatia i jak ją rozumie. Nie, nie chodzi nawet o szczepionki, testowanie i zarządzanie kryzysem pandemicznym. Chodzi o wiele innych spraw, które może nie są tak medialne, dlatego łatwo jest ich nie zauważyć.

Czytaj dalej na stronie Krytyki Politycznej

#SabatSymetrystów wraca

14/01/2021 6 Komentarzy

Populizm jest reakcją na kryzys demokracji. Już chociażby z tej tezy jasno wynika, że nie wystarczy pokonać populistów w wyborach, by problem populizmu zninkął. Jest zatem pytanie: co musi wydarzyć się w polityce „nowych” władz USA, by kraj ten powrócił na ścieżkę demokratyczną.

Ale skoro w tytule jest nie tylko o polityce ale i o mediach, jest też pytanie: co musiałoby się stać, by media tradycyjne powróciły do swej pierwotnej roli, zamiast konkurować z social mediami w polaryzacji czy też plemienności. Czy to w ogóle jest możliwe i jak wielkie jest tego oczekiwanie?

M. in. o tym dzisiaj w Sabacie symetrystów z udziałem prof. Elżbiety Korolczuk z Uniwersytetu Warszawskiego i uniwesytetu Södertörn, tym razem podcast pod wodzą Anny Piekutowskiej.

Tyle o najnowszym Sabacie Symetrystów po przerwie świątecznej. Zapraszam do odsłuchania.

Kilka uwagi do „Historii ludowej” Adama Leszczyńskiego

10/01/2021 26 Komentarzy

Istnieją książki, które, jeśli nie trzeba, to przynajmniej powinno się przeczytać. I to w momencie ich publikacji. Jak „Wieszanie” Rymkiewicza czy „Sąsiedzi” Grossa. Książki, które są pewną oznaką nadchodzącego albo właśnie się dziejącego. Taką książką jest „Historia ludowa” Adama Leszczyńskiego. Napisano historię ludową USA (Zinn), historię ludową rewolucji francuskiej (Hazan), historię ludową rewolucji rosyjskiej (Faulkner), ale polskiej brakowało. I oto jest.

Wielu pisało, że ta książką otwiera oczy. Że jest brakującym puzzlem w całej tej współczesnej układance, gdzie, choćby ostatnie, wpychanie się elit do kolejki po szczepionki sprawia, że wszystkim krew buzuje się w żyłach. I mają rację. To jest książka, która poprzez łatwość narracji i liczne przykłady, pokazuje, jak bardzo prawicowy mit sarmacki jest kłamstwem. Jak bardzo żyjemy w jego cieniu, jak bardzo nie ma się czym szczycić. I jak bardzo ulgę potrafi przynosić obcy, nawet zaborca. 

W tym sensie jest to książka zbójecka, wpisująca się w cały szereg zbójeckiego odkrywania tego kraju na nowo. I jeśli tylko lewica dojdzie kiedyś do władzy, to właśnie ta książka powinna być wpisana jako numer na listę lektur. W tym sensie akurat jest doskonała.

Tyle o plusach. Czy ta synteza, zarys dziejów wyzysku ma swoje minusy. Owszem, przy czym owe minusy, rzecz jasna, są subiektywne. Wiec poniżej krótki opis, czego mnie, jako czytelnikowi, zabrakło w „Historii ludowej” Adama Leszczyńskiego.

Po pierwsze, przede wszystkim brakuje szczegółowego opisu XIX wiecznego uwłaszczenia. To jest największe rozczarowanie tej książki. Główna teza i słusznie podporządkowana jej periodyzacja zmierzają ku, niemal finalnemu, przełomowi, to jest zniesieniu pańszczyzny. Tymczasem finalnie mamy jedno wielkie… pfff. Nie do końca wiadomo bowiem na jakich dokładnie warunkach zostało to wszystko przeprowadzone. Jakie były pomysły alternatywne, jakie były konsekwencje (poza powtarzanymi non stop w książce problemem serwitutów). Czym się dokładnie różniło uwłaszczenie i zniesienie poddaństwa u poszczególnych zaborców? Jak dzielono ziemię, jak przy tym oszukiwano (bo oczywiście oszukiwano)? Przecież aż się prosi o takie zestawienie i porównanie nie tylko z zaborcami, ale także sytuacją w ramach danego zaboru. A więc chociażby zniesienie pańszczyzny w Estonii, Kurlandii i Królestwie Polskim. Ba, nie ma nawet odwołań do tych nielicznych monografii na ten temat, jak chociażby ta Krzysztofa Groniowskiego. Czytelnik zostaje pozostawiony trochę samemu sobie. Zresztą, czasami bibliografia potrafi zaskoczyć brakami, jak chociażby nieobecnością „Sacrum i rewolucja” Chwalby, pięciotomowej „Chłop polski w Europie i Ameryce” Znanieckiego i Thomsa, „Niepięknych dzielnic” – zbioru reportaży z Polski Międzywojennej, czy „Testamentów chłopów polskich od XVI do XVIII wieku” w opracowaniu Łosowskiego.

Po drugie, rewolucja 1905-1907. Z jednej strony, czytając wywiady z Leszczyńskim rozumiem tę pokusę odbrązowienia proletariackolubnej legendy tej rewolucji. Ale zmiany punktu widzenia w narracji jest tutaj aż nadto widoczna i moim zdaniem sprzeczna z założeniami całej pracy. Oto bowiem przez setki stron prowadzi Leszczyński narracje z punktu widzenia dolnych 90%, żeby w momencie rewolucji 1905-1907 przyjąć akurat perspektywę górnych 10% i jej obaw. Tak, fabrykanci się bali, chociaż większość z nich uciekła, ale „Historia ludowa” miała być książką o ludzie, a nie o fabrykantach i ich zarządcach. Momentami wydawało się nawet, że Leszczyński celnie i oryginalnie trafia, opisując konflikt robotników-bojowników ich żon (scena z chustką) i intelektualnej wierchuszki partyjnej. Ale wszystko to od razu ginie w powodzi „burżuazyjnych strachów” i nieco efekciarskiego opisywania przemocy. A przecież aż się prosi, żeby szerzej niż tylko kilkoma zdaniami omówić pracę Wiktora Marca o rewolucji. Aż się prosi, żeby sięgnąć po dwutomowe „Źródła do dziejów rewolucji 1905-1907 w okręgu łódzkim” Pawła Korzyca (masa meldunków policyjnych), czy do blisko 750 stronnicowej antologii  „Literatura polska o rewolucji 1905” zebranej przez Klonowskiego. Zresztą rewolucja u Leszczyńskiego jest oderwana od wydarzeń w Rosji i bardzo mazowieckocentryczna. Brak na przykład republiki zagłębiowskiej, jakże ciekawej w zestawieniu z radami robotników w Petersburgu.

No właśnie, po trzecie, mimo koncentrowania się przede wszystkim na Królestwie Polskim i rosyjskim zaborze, stosunkowo mało jest porównań z samą Rosją (poza pracą Kolchina), co momentami budzi zdziwienie. Między innymi właśnie w opisie strategii terroryzmu. Owszem, pod koniec rozważań o rewolucji 1905, pojawia się u Leszczyńskiego monografia Waldemara Potkańskiego „Terror na usługach ugrupowań lewicowych i anarchistycznych”, ale akurat Potkański w tej monografii formułuje tezę odwrotną do Leszczyńskiego. Otóż, jego zdaniem terror na polskiej lewicy był efektem ubocznym, a nie podstawowym celem, w przeciwieństwie do terroru rosyjskiego. Chciałoby się dodać, że rosyjski terror był desperacką odpowiedzią na klęskę pójścia w lud narodników. Tego pójścia w lud w Rosji i Polsce także brakuje u Leszczyńskiego, a przecież bezpośrednia interakcja oświeconej inteligencji z oświecanym przez nią ludem to jest temat na piękną dekonstrukcję także XIXwiecznej Konopielki.

Po czwarte, wreszcie, poza brakiem szerszego opisu mechanizmów pogromowych XIX wieku (zupełnie nieobecnych w polskiej pamięci), brakuje mi w tej pracy pewnego socjologicznego sznytu. Nazwisko Charlesa Tillego pojawia się dopiero na końcu, w eseju podsumowującym, raczej jako przykład używania różnych pojęć socjologicznych (jak np. agent państwa). Problem w tym, że Leszczyński też takich pojęć używa, jak chociażby „nowy aktor na scenie” albo „aktor racjonalny”. W tym sensie „Historia ludowa” jest z jednej strony opisem pewnych mechanizmów znanych z socjologii historii, z drugiej brakuje w niej jakiejkolwiek, nawet skromnego,  podbudowania teoretycznego.  Co ileś stron dowiaduje się, że chłopi i szlachta byli aktorem racjonalnym, ale de facto nie ma wyjaśnienia, co to znaczy i przede wszystkim, jak alternatywnie można to tłumaczyć. A przecież, gdyby chłopi byli aktorami racjonalnymi to w 30%, jak podaje w pewnym momencie Leszczyński, nie poparliby powstania styczniowego, prawda? Brakuje więc przywołania tych wszystkich narzędzi i teorii socjologicznych, które w postaci rozmaitych graficznych wizualizacji u Tillego starają się tłumaczyć, jak to się dzieje, że w pewnym momencie dolne 90% zaczyna się burzyć, bo z „aktora racjonalnego” zmienia się w nieco innego aktora. I jakie kluczowe czynniki odgrywają tu rolę.

Tyle mojego narzekania. Wciąż jednak to jest coś, co po prostu trzeba przeczytać, jeśli chce się cokolwiek zrozumieć z tego, o co idzie spór w Polsce nie od wczoraj, nie od 1989, ale od dziesiątek lat. I gdzie na tej osi sporu powinniśmy być „my”, a gdzie „oni”.

Trump to wielka gęba, a nie żaden zbrodniarz

08/01/2021 124 Komentarze

Od kilku dni trwa histeria w sprawie wdarcia się do Kapitolu przez grupkę zwolenników Trumpa, w tym także wdarcia się neonazistów. Nazywane to jest najczarniejszym dniem w historii Ameryki, hańbą, upadkiem kraju. Tymczasem, oni tam weszli i owszem, byli bezczelni, ale niczego właściwie nie zniszczyli, nikogo nie zamordowali i wyglądali bardziej jako lud, który dostał się do cesarskiego pałacu, tylko po to, aby dotknąć artefaktów władzy, pozwiedzać i porobić sobie fotki.

I chociaż jest to kompromitacja USA, to więcej w tym było więc symboliki (także rasistowskiej) niż realnej szkody w postaci ofiar ludzkich czy szkód na mieniu. W pewnym sensie symboliką zamknęła się prezydenta Trumpa, która sama w sobie była jednym, niekończącym się fabryką symboli. 

Owszem, Trump był prezydentem fatalnym przez swoje decyzje w sprawach praw obywatelskich i robieniu dobrze najbardziej zamożnym. Tyle że nie za to jest krytykowany, przynajmniej w Polsce. Zwłaszcza że za obniżki podatków część by go nawet chciała pochwalić, prawda? Trump był krytykowany przede wszystkim za to, co mówił. Nie za to co robił. Jego decyzje nie były przedmiotem jakiegoś szczególnego namysłu ani porównania z poprzednikami.  W przeciwieństwie do twittów. Tak, o twittach rozmawiano ciągle. 

I za te twitty Trump teraz uważany jest za największego zbrodniarza i najgorszego prezydenta USA ever. Facet, który nie wywołał żadnej wojny nagle stał się gorszy niż poprzednicy, którzy mają krew na rękach. Oto miara oceny dzisiejszej opinii publicznej.

Oczywiście to nie jest tak, że Trump nie wywoływał wojny, bo jest dobrym człowiekiem. Bo jest pacyfistą. Chodzi raczej o to, że jest człowiekiem leniwym. A właściwie to jest leniwym szesnastolatkiem celebrytą z twittera. I dokładnie tak wyglądała jego prezydentura. Prezydentura wygrana przypadkiem, trochę na żarcie, przez leniwego milionera, który wolny czas spędzał na golfie i zajadaniu hamburgerów nad ekranem smartfona. Przez cztery lata więc się bardziej opierdalał niż coś robił, a że służby i administracja szybko się pokapowały, że mają do czynienia z rozkapryszonym szesnastolatkiem, toteż sabotowały go, jak mogły. Żeby niczego nie zespół. W tym sensie jest oczywiście przeciwieństwem Kaczyńskiego niż Orbana, gdyż oni w celu konsolidacji władzy robią dużo, naprawdę dużo. A Trump dużo to to robił co najwyżej na twitterze, przez co aż tak niewiele popsuł (w stosunku do histerycznych zapowiedzi) i w ogóle nie pomógł (zwłaszcza przy covidzie).

Gdy więc wszyscy są nagle zdziwieni, dlaczego Trump teraz przeprasza i niemal kaja się obiecując przekazać władzę, to zdziwieni być nie powinni. Oto w końcu do naszego szesnastolatka dotarło, że może zostać potężnie ukarane przez mamusię, tautusia i wujka, więc położył uszy po sobie. Do tej pory polityka była dla niego symboliczną zabawą na twitterze. Teraz powoli dociera, że w realu też jest życie. I może być dla niego bardziej przykre niż blok na twitterze. 

To dopiero początek awantur o szczepionki

05/01/2021 20 Komentarzy

Jeśli ktoś myślał, że w kolejny rok wejdziemy bez ogólnopolskiej awantury, to okazał się zbytnim optymistą. Oto cały noworoczny weekend opinia publiczna żyła „zaszczepieniem się bez kolejki polskich celebrytów”.

Czytaj dalej na stronie Krytyki Politycznej

%d blogerów lubi to: