MajorekWatching: Klient

23/04/2017 4 uwag

Wydawałoby się, że Klient Farhadiego ma wszystko, co powinno mieć, może nie monumentalne arcydzieło, ale chociażby małe, takie tyci -tyci arcydziełko. Ma przecież iście tragiczną opowieść o zemście i przebaczeniu. Chciałoby się nawet powiedzieć: opowieść na wskroś chrześcijańską, staro i nowotestamentową, gdyby nie oczywisty fakt, że przecież to nie Pismo wymyśliło owe dramatyczne napięcie, ale tylko i aż uczyniło zeń główną oś własnej religii.  Ma Klient Farhadiego zmasowaną krytykę, nawet nie tyle maczyzmu, co swoistej rycerskości, w której godność i honor kobiety traktowane są przedmiotowo i w gruncie rzeczy służebnie wobec egotycznego „Ja” każdego, nawet pozornie wyzwolonego, męskiego opiekuna. Ma wreszcie nieanglojęzycznego Oskara, który, chociażby ze względów demograficznych (USA vs reszta miliardowego świata) bije anglojęzyczną oskarową sztampę i formatozę.

Dlaczego więc nie zachwyca, skoro ma zachwycać?

Po pierwsze kobiety. Nie tylko w sztandarowym Co wiesz o Elly, ale i Rozstaniu, czy Przeszłości uniwersum kobiecych doświadczeń jest właśnie tym, co zapiera dech i wzbudzają słuszny zachwyt. W Kliencie tego nie ma. Zabawne, ale też i smutne, że oto, mimo wszystko, piętnując męską, egoistyczną odpowiedź na kobiecą traumę, film sam wpada w podobną pułapkę – dramat Rany jest li tylko triggerem, który uruchomić ma powolną zmianę Emada Pobłażliwego w Emada Okrutnika. Rzecz jasna, jest to po części „wina” samego Shahaba Hosseiniego, który jest tak piekielnie utalentowanym aktorem, że nie bez powodu zagarnia całość dla siebie. Porównajcie jego Hojjata z Rozstania z jego Emadem w Kliencie, zrozumiecie, o co mi chodzi.

Po drugie, zdarza się Fahradiemu zadziwiające chodzenie na skróty, jak chociażby szukanie żony w szpitalu (skąd wiedział) czy przyznanie się kto i dlaczego o zrobił (telefony). Po trzecie,  szkoda kilku zmarnowanych szans. Szkoda tajemnicy, która mimo wszystko mogłaby bardziej wyciskać widza i szkoda „Śmierci Komiwojażera”, który, zamiast, nieco postmodernistycznie, komentować kolejne wybory, zdaje się być tylko kolejną areną prezentując przemianę naszego Emada.  Szkoda też tych scen, które nie zniknęły w montażu, chociażby dość bezpośredniej krytyki reżimu. Być może teraz Farhadiemu można więcej, ale zawsze ceniłem u niego subtelną grę z cenzorami.

Oczywiście, to nadal jest Farhadi. To nadal rewelacyjna scenografia, wiedzieliśmy, że potrafi Farhadi robić zagracone wnętrza tak rewelacyjnie, że ulegamy ułudzie naturalnej swojskości. Teraz wiemy, że potrafi też zagrać pustką, miłośnicy peerelowskiej, źle urodzonej architektury powinni być zachwyceni.  To także, chociaż tym razem już mniej, nadal film o podziałach klasowych. Uwielbia Farhadi zestawiać aspirującą, teherańską klasę średnią z pogardzanym radiomaryjnym „motłochem” i wskazywać, że ten pierwszy, być może bardziej jest winny. Na koniec, to wreszcie pokazanie islamu z pozycji dnia codziennego, dla faszyzującej się Polski znakomita lekcja „normalności”, chociaż akurat, ci którzy powinni obejrzeć ten film, wybiorą mordozarzynobicie u Smarzowskiego.

To nie jest oczywiście zły film, ba, to jest film oczywiście udany, ale do „Rozstania” ma się trochę jak „Zimowy sen” Ceylana do jego „Pewnego razu w Anatolii”. Chcesz jeszcze raz dostać arcydzieło, a dostajesz świetną, rzemieślniczą robotę, więc czujesz zawód, bo przecież tak wiele sobie obiecywałeś.

PS MajorekWatching to nowy cykl, coś tam sobie na szybko będę recenzował, no bo ile można w polityczną punditerkę…

Gratki dla Schetyny

15/04/2017 2 uwag

Głupia sprawa, im bardziej Schetyna słyszy, że ma iść w lewą stronę, a robi odwrotnie, tym bardziej mu rośnie. Im bardziej słyszy, że trzeba mieć, chociaż trochę lewicujący program, że ciepła woda w kranie i czapkowanie biskupom, to żena z porutą, a on programu nie ma a biskupom jednak czapkuje, to tym lepiej ma się w sondażach. Im bardziej wyśmiewany jest przez lewicowych punditów, tym bardziej umacnia się w roli lidera opozycji. Kto wie, może powinien po prostu czytać lewicowe dyskusje w sieci i robić dokładnie odwrotnie? Wszak, umówmy się, społeczna lewica w ostatnich 25 latach ma tyle politycznych sukcesów, że warto jej słuchać. Ona przecież wie, jak zdobywać władzę, prawda?

Rzecz jasna, korelacja to nie kauzalność, a popularność PO wynika z banalnych dość obserwacji. W pierwszej kolejności wynika z prostej matematyki. Na lewej stronie jest 10% SLD i Razem oraz wysoka, acz trudna do oszacowania, lewicowa grupa wyborców PISu. Trudna, bo tam ogrom „socjalnego rozdawnictwa” opakowany jest w patriotyczny celofan i sprzedawany jako antylewackie (!) polityk narodowa. Z drugiej strony jest zaś wolnorynkowa Nowoczesna, która politycznie rypie się bardziej niż prawicowi publicyści za programy na Woronicza.

W drugiej kolejności wynika to trochę z Zeitgeistu. Skoro, jak powiada lewica, Polska radykalnie skręca w prawo, a nawet się faszyzuje, to chyba granie Schetyny pod ten polityczny trend nie jest najmądrzejszym rozwiązaniem, prawda? Skoro, w czasach postprawdy i memów, zanika publiczna dyskusja, to na co komu program? Przecież nie napiszesz go w 140 znakach?

Dlatego Schetyna odwracając się od lewicy robi dobrze. Oczywiście, ostatni wywiad z szefem PO udowadnia nadal, że Platforma nie tylko nie wie, co będzie po wyborach. Ale nawet tego specjalnie nie ukrywa. Że wszystko, co oferuje, to sokoburakowienie połączone ze wsi spokojna, wsi wesoła. Tyle że to właśnie przez lata dawało im władzę, i to władzę może im dać znowu. Demokracja to taki ustrój, gdzie partie powinny się dostosowywać do elektoratu, a nie elektorat do partii.

Paradoksalnie jednak te swoiste ogarnięcie-nieogarnięcie Schetyny doskonałą informacją jest dla lewicy. Otóż, ja jako lewicowy wyborca, wcale nie oczekuje od Platformy, na którą nie zagłosuję, skrętu w lewo. Ja oczekuję sokoburakowienia, ja oczekuję histerii, totalniactwa, ja po prostu oczekuję zgarnięcia antypisowskiej puli. A potem, gdy już będzie pół na pół, oczekuję wejścia lewicy jako języczka u wagi. To, bodajże Eduard Bernstein, głosił, że do przeskoczenia rzeczki trzeba szukać najbliższego kamyka i skakać po nim dalej i dalej. Dziś taki kamyczkiem jest właśnie głowa Schetyny, po której można dodrapać się rządzenia. Opowiedzenie się przez Schetynę za kandydaturą Tuska i  pozostawieniem 500+  wskazują, że dla utworzenia rządu PO spokojnie weźmie na siebie także i lewicowe postulaty. W końcu, skoro jedynymi Twoimi imponderabiliami jest antypisizm, to cała reszta jest do negocjacji.

„Denazyfikacja”

13/04/2017 10 uwag

 

Algorytm postępowania jest dosyć prosty. Najpierw mianujesz lokalną Wolfgangową jako prezesa sądu: rejonowego, okręgowego, apelacyjnego. Ona wie, że wszystko ci zawdzięcza i jak zechcesz to w mig ją wyrzucisz. Więc będzie służyć. Jeśli zechcesz zachować pozory Twój wybór klepnie błaszczakowo-brudzińsko-pawłowiczowa Krajowa Rada Sądownictwa. Jeśli nie, to trudno. Obejdzie się bez niej. Potem Wolfgangowa wyznaczać będzie sędziom dyżury, bo właśnie wykreśliłeś losowanie składów sędziowskich. Wolfgangowa zadzwoni do jakiegoś Jurka z prokuratury, i Jurek się dowie, że pojutrze o tej i o tej dyżur ma sędzia Marek. A że Marek jest od Wolfgangowej to można słać wnioski o areszt. I wnioski te będą słane. Jeden sąd – jedna Wolfgangowa i jeden Marek. I cała prokuratura Jurków.

Dlatego jeszcze nikogo w świetle fleszy nie wsadzają. Bo nie mają jeszcze swojej Wolfgangowej i swoich Marków.

My, szarzy ludzie szarej Polski bać się nie musimy. Bo jest nas za dużo. Ale niektórzy bać się naprawdę powinni. Na przykład ten lekarz, co operował ojca Ziobro i wraz z żoną od lat jest szykanowany. Na jego miejscu raczej wyjechałbym z kraju. Najlepiej do Izraela. Albo opozycjoniści. Nie, nie ci z pierwszego szeregu. To źle wygląda w gazetach. Ale ci z drugiego albo trzeciego. Tak, żeby tuż przed wyborami wsadzić ich zaledwie kilku i spokojnie czekać na zmianę słupków poparcia. Mówiliśmy, że to partia złodziei? Ano mówiliśmy i proszę już są w pierdlu. A że do wyroku daleko? Jakby nie byli winni, to by ich niezawisły sąd nie wsadził – powie Krzysztof Ziemiec albo inny funkcjonariusz w ruskim mundurze.  Albo, żeby już się tak nie zdarzyło, że jakiś sąd puszcza Irakijczyka i my go potem musimy bić po głowie i cichcem wywozić za granicę. Niech zdycha w więzieniu. Zwolnieni związkowcy? Och nie przesadzajmy, akurat sędzia Marek dostał sprawę w sądzie pracy i pani prezes polskiego radia miał całkowicie rację: won z roboty, gównażerio!

Jak się powinniśmy bronić? Istnieje kilka rozwiązań.

Po pierwsze, sądy powinny zacząć stosować konstytucję wprost. Do tego trzeba tylko kilka  pierwszych wyroków, dalej już pójdzie z górki. Sygnał dać powinien rzecz jasna Sąd Najwyższy. Ostentacyjne olanie wyroków TK, czy innych ustaw wprowadzi chaos prawny, ale będzie to broń obosieczna.  No ale do tego trzeba od środowiska odwagi. I pomysłowości.

Po drugie środowisko. Ludzie, którzy piszą ustawy na jakiś uczelniach wykładają, do różnych samorządów przynależą. Tam składają jakieś ślubowania. Czy naprawdę jeden Ziobrowski doktor z drugim muszą mieć własne katedry albo przedmioty? Czy nie mogą iść popilnować biblioteki albo nagle stracić etacik, bo wiecie, reedukacja i te sprawy. A dla tych ludzi to właśnie uczelnie są docelowym miejscem pracy. No ale do tego też trzeba odwagi. I też pomysłowości.

Po trzecie wreszcie opozycja. Dlaczego Ziobro wprowadza jaruzelszczyznę w sądach? Odpowiecie: bo może. Otóż nie tylko. Wprowadza, bo nikogo się nie boi. Bo, po tym, jak PO odpuściła mu Trybunał Stanu, wie, że nikt mu nic w przyszłości nie zrobi. Brak sankcji rozleniwia i powoduje degenerację. Czy to wolnego rynku, czy polityków. I dlatego, po wprowadzeniu tej ustawy od opozycji oczekiwałbym wyrażenia prostackiej wręcz groźby zemsty.

Oczekiwałbym, że i z trybuny sejmowej i od środowisk sędziowskich padną proste słowa: ci sędziowie, którzy pójdą na służalczy układ z Ziobrem zostaną umyślnie i celowo zdegradowani albo nawet z zawodu usunięci. Ktoś powie, że to histeryczna groźba, ale każdy urzędnik państwowy, patrząc na to ile poparcia ma razem PO-Nowoczesna-Lewica kilka razy się zastanowi, czy mu się opłaca stawiać wszystko na jedną kartę. A bez kadr cały ten system będzie tak wydolny jak usuwanie Misiewicza. Świat, również sędziowski, pełen jest Piotrowiczów z lat 80tych, dlatego trzeba z nimi rozmawiać w takim języku, jaki najlepiej rozumieją.

Kapitan Nemo w zatoce Przełomu

11/04/2017 6 uwag

 

– Czemu przy wybuchu na zewnątrz nie wypadły okna Tu-154M?

– Okna samolotu są umieszczone inaczej niż normalne – znajdują się w uszczelkach i wypadają dopiero wtedy, gdy rama okna ulegnie zniszczeniu.

Do wczoraj, do godziny 21:01 wszystko wydawało się jasne. Czyste niebo, gładziutkie morze, wiatr smyrający lekko za uszkiem. Gdzieniegdzie tylko blaszane ptaki uderzały w barierki. Do wczoraj, do godziny 21:01 rozkład zajęć w załodze wydawał się jednoznaczny. Z jednej strony, zgrupowana na rufie, prokuratura wysunęła najsprytniejszą teorię smoleńskiego zamachu. Teorię, wedle której winni są oczywiście Rosjanie, ale akurat ci, których w życiu do Polski nie sprowadzimy, więc będzie można słać setki listów w butelce przez morze Białe, a polarne niedźwiedzie z Kremla i tak nie odpiszą. Teorię, którą mówiąc cynicznie – od lat powinna wysunąć inna Platforma wiertnicza. Ale nie wysunęła, co znaczy, że albo zbyt była tchórzliwa, albo traktowała prokuraturę lepiej niż portową kurtyzanę. Z drugiej strony, zgrupowana na (blaszanym) dziobie rosyjskojęzyczna forpoczta objawiła teorię bezgłośnego wybuchu, rozszarpującego skrzydła, fotele, ciała ludzkie, ale jednak już nie ramy i uszczelki w oknach. Wszak „Co kropelka sklei, sklei żadna siła nie rozklei” – jak głosi nam Ewangelia.

Do wczoraj, do godziny 21:01 wszystko wydawało się jasne. Ci na rufie, umywali ręce, chcąc podtopić tych na (blaszanym) dziobie. Ci na dziobie, wyrzucali w górę kawałki blachy polewane steryną, wróżąc następnie z posklejanych kształtów. Prawdziwe, naukowe Andrzejki. Do wczoraj, do godziny 21:01 podział był dosyć czytelny.

Ale o 21:01 na mostek wszedł sam kapitan Nemo i oświadczył, że teraz wiemy z bardzo wysokim stopniem pewności, że doszło do wybuchu. Od tej pory nic już nie jest czytelne. Czy kapitan Nemo, chcąc utrzymać balans swojego statku, musi dawać raz tym, a raz tamtym? Czy może osamotniony w swej kajucie z kości żubrowej czepia się czegokolwiek, co by udowodniło, że jego bardziej porządny brat nie zginął, ot tak w arcysarmackim syfie narodu wiecznych nieudaczników?

Do 21:01 mieliśmy przełom, bo wydawało się, że statek kapitana Nemo powoli, ale jednak, ucieka z mariańskich rowów smoleńskich. Tak jak zgrabnie omijał je w wyborczej kampanii. Teraz jednak widzimy, jak pruje wprost w otchłań, co dla reszty flotylli znakomitą jest wręcz informacją. Wszak długo to trwało, ale ci z Platformy wiertniczej też nauczyli się grać w smoleńskie kości. Właśnie wypuścili filmik, a od dziś, co miesiąc, będą mogli pytać, jak tam smoleńskie uszczelki w oknach. I czy po 7 latach któryś z ekspertów pofatygował się wreszcie na miejsce katastrofy, czy może nadal rozpyla metalowe frędzle w powietrzu?

Na śmierć Zarzecznego

04/04/2017 39 uwag

Prawdopodobnie dochodzi do końca jeden z bardziej żenujących eventów, jakim jest publiczne żegnanie zmarłego redaktora sportowego, dla mniej kopinogowych – niejakiego Pawła Zarzecznego. Piszę prawdopodobnie, bo na orderze od Pana na stokach się pewnie nie skończy. Podejrzewam, że będzie jakaś tablica, skwer, a może i trybuna na stadionie. W każdym razie jest już tekst na spiderweb, i to od samego mentalnego synka Eryka Mistewicza.

Że też Polacy muszą ze wszystkiego jak zawsze zrobić jarmark. No ale w końcu, że cała ta ich ukochana religia (tak przecież komunistycznie piękna w swych założeniach) jest jednym wielkim odpustem, to i ze śmierci robią pierzaste koguciki.

Najpierw czytam, że odszedł mistrz pióra, który wychował setki uczniów (o mamo), się nikomu nie kłaniał, bo nade wszystko cenił prawdę. No więc po prawdzie, to te jego felietony, to była taka seksistowsko-infantylna kupa, że nie dało się tego przeczytać, żeby się nie ubrudzić. Dziś, z racji śmierci, czytam ochy i achy, jakie te teksty o dymaniu, chlaniu i historii dla gimbusów były fenomenalne, oryginalne. Nie, nie były. Poczytajcie kiedyś, ja wiem, wczesnego Janusza Głowackiego albo Staśka Barańczaka.

Potem dowiaduje się, że redaktor odszedł na własnych warunkach. No więc monstrualnie otyły facet chory na cukrzycę miał non stop walić browary i nagle padł na zawał. Jak to są własne warunki, to takie ma co drugi na IOMIe na kardiologii.

Dalej stoi jak byk, że to był prawdziwy erudyta. Erudyta, co przeczytał wszystkie książki! Ja wszystko rozumiem. Ja rozumiem, że granie w piłkę może być trudne, a pisanie o piłce to prawdziwa mordęga. Bo raz, że ciągle skazany jesteś na powtarzalność, przez co na nudę, a dwa, że z racji grzechu piłkarskiego powinowactwa, ciebie też mają za debila. I gdy robisz wiele, naprawdę wiele, by się z tego stereotypowego getta wydostać, nagle, przy okazji pogrzebu, piszesz: Paweł to mistrz, on przeczytał wszystkie książki! Otóż Zarzeczny był takim erudytą jak Rafał „Bill Cosby” Ziemkiewicz, Staszek „Tulipan” Janecki, Cezary „Daj szluga” Gmyz. Czyli nie był. Był prawicowym mundrolem, żeby nie napisać ostrzej. Erudytów na świecie jest garstka, czasami jakiś Bieńczyk czy inny Aleksander Wat mignie Ci w księgarni, czasami jakiś Krzysztof Rutkowski (nie, nie ten detektyw) coś tam wyda w małym nakładzie o Walterze Benjaminie albo Agambenie. I tyle. Reszta to są osoby, które coś tam usłyszały, coś tam zapamiętały i teraz robią z ciebie kretyna, bo ty tego akurat nie usłyszałeś i nie zapamiętałeś. Więc myślisz, że masz do czynienia z gigantem. Nie, nie masz.

Na koniec wreszcie czytam, że redaktor to jednak wygrał, bo proszę, wszyscy hejterzy się wnet pochowali. Ostatni raz czytałem takie wstawki, gdy Lechowi Kaczyńskiemu smoleński D-Day zrobili. A #PrzemysłPołyku dowodził, że wszyscy kochali Lecha, bo przecież tak teraz płaczą. Otóż, jeśli nie jesteś dyktatorem (albo inną Margaret Thatcher) i w chwili Twojej śmierci nikt o Tobie złego słowa nie mówi, to nie znaczy, że nikt tak o Tobie nie myśli. To znaczy tylko, że w chwili śmierci nikt o Tobie złego słowa nie mówi. I nie jesteś żadnym wygranym, tylko reszta respektuje niepisaną zasadę, żeby akurat w tym momencie zamknąć japę. Żadna w tym Twoja zasługa. Żadne zwycięstwo.

Paradoksalnie, najlepiej chyba i tak zachował się redaktor Stanowski (ta ich przyjaźń to było, zdaje się, coś bardzo ładnego), bo, bardziej lub mniej dosadnie, napisał, za co Zarzecznego wszyscy mieli już dość, niczym starego wujka Zdziśka, co po pijaku łapie za cyce, pierdzi i ciągle wali te same żarty.

Otóż miał jednak Zarzeczny jedną, niepowtarzalną zaletę: miał charyzmę. I potrafił ją wykorzystywać. Tylko tyle i aż tyle. W świecie mediów raczej „aż tyle”.  Ale przecież nie da się tylko tak o nim napisać. Trzeba nasolić, napieprzyć i jeszcze raz nasolić tak, że nie da się tego strawić i zbiera się na wymioty.

Im gorzej, tym lepiej

31/03/2017 7 uwag

 

Jak się okazuje strajk szkolny, mimo że od początku skazany jest na porażkę, ma jednak kilka bezsprzecznych plusów. Przede wszystkim zmienił się timing. Sytuacja, w której reżimowi wyraźnie zaczyna spadać, i nagle w ponad w 1/3 szkół nie odbywają się zajęcia, jest timingiem wręcz doskonałym. Oto bowiem strajk nie jest już polityczną donkiszoterią, jak samotne sterczenie Miszka pod bramą, a wręcz przeciwnie – jest szerokim płynięciem z prądem. Oczywiście cała sytuacja ma dodatkowe smaczki. Oto funkcjonariusze reżimu lżą strajkujących dokładnie taką samą retoryką, jakiej PRLowsczaki używali w latach 80tych, krzycząc, że oto Solidaruchy nieroby, a przecież tam, na redzie, dla dzieci pomarańcze czekają! Ba, niejaki Bartosz Marczuk pyta nawet czemu nauczyciele strajkują, skoro to grupa najbardziej uprzywilejowana z wysokim $. Chociaż sam Marczuk z zarobkami rzędu 8 tys brutto, rozbrajająco stwierdził, że gdyby nie to, że żona prowadzi prywatne przedszkole, to nie byłoby go stać na prace dla rządu. Ot, nowa klasa nowych panów.

Najlepsze jednak w tym strajku jest oczywiście to, że się nie powiedzie. Bo to oznacza, że kilkaset tysięcy nauczycieli będzie non stop wściekłych i to nie dlatego, że zlikwidowano gimnazja. Ale dlatego, że, aby uzbierać etat, będą musieli jeździć od jednej szkoły do drugiej. Wyobraźcie sobie, że w listopadzie musicie obskoczyć kilka szkół w ciągu kilku dni, czasami tylko na jedną godzinę lekcyjną. Bylibyście zadowoleni? No właśnie.

Logika im gorzej, tym lepiej w krótkim dystansie szkodzi, ale w dłuższym pomaga. Nie rozumieją tego na przykład narodowcy, bo przecież fakt, że Polska nie przyjmuje uchodźców powinien być przez nich przeklinany. Bo nie mogą na czym tuczyć strachów i ciągle mają wynik niższy od Pawła Tanjano. Czy rozumie to Platforma? Z jednej strony ich żenujące tłumaczenia z homofobicznego głosowania w Parlamencie tylko utwierdza w przekonaniu, że ta partia nie wie, po co jest w polityce, poza byciem antypisem i fajnoCebuloEuropejczykiem. Pojawia się jednak pytanie, czy wie, że jej rośnie nie dlatego, że robi dobra robotę (nie robi), ale dlatego że Pis ma problem personalny. Nie programowy, a personalny właśnie. Wyobraźmy sobie, że za Macierewicza przychodzi Kownacki, za Waszczykowskiego Szymański, za Szyszko jakiś nołnejm. I PiSowi od razu skacze. Dlatego, to co powinna uświadomić sobie nie tylko Platforma, ale także i cała opozycja, to że Waszczu i Misiewicz to są polityczne diamenty, które Jarek powinien trzymać non stop w koronie. A że tym bardziej Jarek je będzie ściskał, im bardziej będzie naciskany żeby ich odwołać.

Dlatego pomysł na wotum nieufności to znakomity pomysł, żeby ich w rządzie zatrzymać. Tak jak jeden, drugi i trzeci strajk szkolny to znakomity pomysł, żeby ta reforma weszła w życie. I doprowadzała wyborców do wściekłości.

Gęsta kaszka

28/03/2017 Dodaj komentarz

To jest ten moment, że gdy zamiast crafta albo złego, jak zwykle, filmu, siadasz sobie siadasz i otwierasz najnowszy numer Arterii, gdzie jest na ten moment opowiadanie Die Fahne. I jeśli lubisz, ja wiem, te wszystkie Absalomy-sromy, Karpatie- sratie, Krasznahorkaie, albo z bolandzkich, Pokrzywdzie Muszyńskiego na przykład, słowem, jeśli lubisz prozę gęstą i lepką, że od mieszania metafor ci staje (łyżka), to możesz sobie nowe Arterie kupić i te opowiadanie przeczytać. Ale jeśli nie lubisz, to nie czytaj, bo co masz czytać, jak niemiło ci przy tym będzie. No chyba, że poezję czytasz, bo dwa tomiki poezji dodane są, ale nie oszukuj się: poezji nie czytasz.

%d bloggers like this: