Janusza na wehikuł

17/09/2016 9 uwag

Od kilku dni trwa na fejsie i okolicach januszoflejm wywołany tekstem Szczerka zatytułowanym, nie wiedzieć czemu, traktatem. Szczerek formułuje zarzut, że polska, hipsterska lewica gardzi Januszami, czyli Polakami z wąsem i trzeba coś z tym zrobić. Bo tak dalej być przecież nie może.

Problem jednak w tym, że jest to po pierwsze spór na lewicy odwieczny, po drugie nie tylko polski. Roboczo nazwać, go można paradoksem empatycznej równości. Jeśli bowiem wyjedziemy od źródła lewicowości w postaci empatii, rozumianej jako współczucie słabszym, to sam fakt uznania kogoś za słabszego, musi skutkować uznaniem kogoś za silniejszego. A to oznacza już pewna hierarchię. Jeśli do tego dodamy, że motywowani empatią chcemy tym słabszym pomóc, to implicite oznacza to, że my również czujemy się do owych słabszych silniejsi. Inaczej przecież im byśmy nie pomagali, bo to oni powinni pomagać nam. Będąc silniejszymi zaczynamy tedy uprawiać lewicowy paternalizm, a ten z kolei powoduje szereg paternalistycznych pokus, od samozadowolenia, po stosunek klasowej, (zwłaszcza klasowej kulturowo) wyższości do tych biedaków, którym my, ci lepsi podajemy rękę. Powstaje więc pytanie: jak ma się do tego lewicowa równość? Jak udzielając paternalistycznej pomocy zachować jednocześnie równość, skoro paternalizm z definicji równościowy nie jest? Pogarda Januszami przez część lewicy jest więc tylko radyklanym odzwierciedleniem tego sporu, gdzie lubujący się w swej wyższości paternalistyczny doktor nauk wszelakich pochyla się nad biednym owadem Januszkiem i spogląda nań przez mikroskop głośno komentując do kolegów słabiutkie nóżki i skrydełka. Szczerek ujmuje ten spór za wąsko i tylko w kontekście Polski, co oczywiście jest nieporozumieniem. Proponuje też, przynajmniej tak się wydaje na pierwszy rzut oka, aby Januszami przestać pogardzać. Piszę na pierwszy rzut oka, bo to co de facto proponuje Szczerek to Janusza komercjalizację, sprzedanie jako konceptu z wodewilu, przy którym owszem dalej będziemy się chichrać, ale już raczej jako z cool rednecka niż rednecka nieudacznika. A jeśli tego nie zrozumiemy to nasza strata, bo na Janusza czeka już popadająca w obłęd prawica.

Szczerkowi próbuje odpowiadać Adam Czech zrzucając winę na basującą chamom elitę, która latami zniżała się do Janusza poziomu. Śmiem twierdzić, że było właśnie odwrotnie i w tym akurat aspekcie to Szczerek ma rację. Czech zresztą sam sobie przeczy, raz powtarzając, że Janusz/wąsacz z definicji uważa, że ma najlepsze poglądy na wszystko a  z drugiej, że sukces wąsaczy to schlebianie ich gustom. Przecież skoro trwają oni w samozadowoleniu, to wszelkie schlebianie (lub jego brak) powinno być dla Januszy irrelewantne. To, co jednak pomija Czech, to odpowiedź na pytanie: dlaczego coraz więcej Januszy chodzi w koszulkach żołnierzy wyklętych? Nie będę oryginalny kiedy powiem, że to przez tzw. pedagogikę wstydu. Nieszczęściem (na dłuższą metę) Gazety Wyborczej okazało się, że była gazetą dla inteligentów czytaną powszechnie. Dyskurs krytyczny nad historią danego kraju jest zaś dyskursem przeznaczonym dla czytelników wyrobionych, znających dobrze historię, podobnie jak Michnik w tej historii niejako zanurzonych. Tymczasem historyczny krytycyzm, który wyrósł na glebie „historycznego afirmanctwa” zamiast być przyjętym jako kolejny etap historycznej dyskusji, został potraktowany jako jej punkt wyjścia, jako właśnie owa gleba. To z kolei dla januszowych umysłów stanowiło nie tyle szok (bo do szoku trzeba mieć pierwotną wiedzę), co moralny sprzeciw. Moralny sprzeciw, albowiem jak trafnie wskazywał ostatnio Modzelewski, państwa nie znikają. Wspólnota narodowa ceniona jest na równi ze wspólnota najbliższych. Jeśli więc Wyborcza krytykował na historię Polski, a oni mają Polskę za swoją ukochaną rodzinę, to jasne jest, że każdy krytycyzm odbierają bardzo osobiście. I mają za opluwanie własnej rodziny. Jeśli dodać do tego polityczny sprzeciw do linii Wyborczej w wielu innych sprawach, to dochodzimy do prostej konkluzji, że patriotyczna odzież to erupcja pewnej miłości napędzanej ideologicznym odwetem.

To, co zaproponuję w odpowiedzi, nie będzie znowuż niczym nowym w historii lewicy. To jest powrót do arcypolskiego sporu między Kazimierzem Kelles-Krauzem i Różą Luksemburg. Sporu o rolę nacjonalizmu w socjalizmie. Jako internacjonalista w idealnym świecie stanąłbym po stronie Luksemburg, ale jako praktyk, tu i teraz, uważam, że ów nacjonalizm, ową miłość do ukochanej Polki należy wykorzystać jako użyteczny wehikuł. Odpowiedzią na Januszostwo nie powinno być więc, ani dalsze dystansowanie się jak Czech, ani pokazywanie Januszów jako małpy w memowej klatce jak chce Szczerek. Powinno być to, co od lat robi lewicowo.pl. Czyli wbijanie do głowy lewicowego patriotyzmu, wskazanie, że tak, wy Janusze walczyliście pod naszymi sztandarami. Tak, takich jak Wy, Janusze mordowali. Pokazanie nie tylko roli lewicy w tworzeniu legionów towarzysza Wiktora (Piłsudskiego), ale przypominanie (jak chce Wojciech Lada w swej książce), że gdy lewicowe bojówki walczyły z caratem, endeccy zdrajcy ostrzeliwali je zza węgła za kasę fabrykantów i carskiej Ochrany. Tkwi w tym ogromny potencjał, pora go ruszyć, być może obok akcji zerotolerancji uda się  to uruchomić partii Razem. Jest ku temu świetna okazja, właśnie rusza dekomunizacja ulic, gdzie jednym z wyrzucanych komuchów ma być niejaki Stefan Okrzeja.

Good guy with a gun

13/09/2016 8 uwag

To będzie krótka notka. Notka o bohaterstwie.

W 2014 roku FBI razem z Uniwersytetem w Teksasie przebadało 160 strzelanin w USA w latach 2000-2013. Poniżej ustalenia.

The majority of the 160 incidents (90 [56.3%]) ended on the shooter’s initiative— sometimes when the shooter committed suicide or stopped shooting, and other times when the shooter fled the scene.

There were at least 25 incidents where the shooter fled the scene before police arrived. In 4 additional incidents, at least 5 shooters fled the scene and were still at large at the time the study results were released.

In other incidents, it was a combination of actions by citizens and/or law enforcement that ended the shootings. In at least 65 (40.6%) of the 160 incidents, citizen engagement or the shooter committing suicide ended the shooting at the scene before law enforcement arrived. Of those:

  • In 37 incidents (23.1%), the shooter committed suicide at the scene before police arrived.
    • In 21 incidents (13.1%), the situation ended after unarmed citizens safely and success­fully restrained the shooter. In 2 of those incidents, 3 off-duty law enforcement officers were present and assisted. Of note, 11 of the incidents involved unarmed principals, teachers, other school staff and students who confronted shooters to end the threat (9 of those shooters were students).
    • In 5 incidents (3.1%), the shooting ended after armed individuals who were not law enforcement personnel exchanged gunfire with the shooters. In these incidents, 3 shoot­ers were killed, 1 was wounded, and 1 committed suicide. The individuals involved in these shootings included a citizen with a valid firearms permit and armed security guards at a church, an airline counter, a federally managed museum, and a school board meeting.
    • In 2 incidents (1.3%), 2 armed, off-duty police officers engaged the shooters, result­ing in the death of the shooters. In 1 of those incidents, the off-duty officer assisted a responding officer to end the threat.

Na 160 strzelanin całe 21 przypadków, gdy nieuzbrojeni cywile powstrzymują zamachowca i ledwie 5 przypadków, gdy powstrzymują go “dobrzy ludzie z bronią”. Konkretnie 5 dobrych ludzi z bronią, z czego 4 miało broń służbową w związku z ochroną danego obiektu. 160 strzelanin, 21 przypadków, gdy  powstrzymują nieuzbrojeni, w tym studenciaki i de facto 1 przypadek, gdy good guy  with a gun przechodził z tragarzami. Jeden facet (albo kobieta) na 160 strzelanin. Co za wynik!

Można oczywiście powiedzieć, że strzelaniny były w gun free zone, i gdyby nie ten głupi pomysł, to good guys with a gun byłoby więcej. Tyle, że nie albowiem:

The study results identified 73 (45.6%) of 160 incidents that occurred in areas of commerce. These included businesses open to pedestrian traffic (44 [27.5%]), businesses closed to pedestrian traffic (23 [14.3%]), and malls (6 [3.8%]). … The (9,4%) 15 incidents … occurred in open spaces.

Tak więc nie tylko  gun free zones szkoły i centra handlowe, ale ulice i miejsca pracy.  Gdybym miał na szybko ssać palucha dlaczego good guy with a gun pojawiła się ledwie raz, no niech będzie nawet 5 razy, to powiedziałbym, że po pierwsze z powodu tchórzostwa, po drugie z egoizmu. Skoro good guy kupuje broń dla obrony, znaczy że się boi ataku. Nie, niekoniecznie boi histerycznie, ale boi się bardziej niż ten, który broni nie kupuje. I w razie ataku ten z bronią szybciej ucieka, bo życiowy apetyt na ryzyko ataku ma mniejszy. W końcu po to broń kupił, by te ryzyko zmniejszyć. Powiedziałbym też, że to z powodu egoizmu, co bardzo ładnie wyjaśnia korelację między osobami wyznającymi ideologię prawicową a posiadającymi broń. Liczyć musisz tylko na siebie i nikt nie będzie liczył na ciebie. Dlatego potrzebna ci broń – jako surwiwalowy zestaw do przetrwania w wolnorynkowej dżungli.

Gdy jednak przestaje ssać palucha, zadaje proste pytanie: jest piątek, idziesz po parku, słyszysz strzelaninę. Co robisz? Nie wiesz co się dzieje, słyszysz tylko krzyki. Co robisz wyciągasz colta i biegniesz na strzelankę? Nie, nie strzelankę do tarczy, tylko do gościa z karabinem, schowanym za autem? Zanim dobiegniesz, może ci 4 razy strzelić w głowę? Biegniesz dalej? Serio? A teraz  wyobraź sobie, że po tym parku idziesz sobie z córką? Co robisz, ją też zostawiasz? A gdy już odpowiesz sobie, że tak, tak na pewno byś w husarskich skrzydłach ruszył na pomoc, spytaj samego siebie, ilu ludzi wcina się w bójkę w tramwaju, na boisku, w metrze i czemu, czemu mieliby nagle się zmienić i wcinać się w strzelaninę, w której mogą stracić nie tyle dwa zęby, co własne życie?

 

Dajcie się trochę pomartwić

02/09/2016 10 uwag

Hanna Gronkiewicz Waltz jest winna. Sama to przyznała, mówiąc, że została wprowadzona w błąd przez własnych urzędników. Oczywiście jest wina nie w sensie bycia sprawcą. Jest winna w sensie winy w nadzorze nad owymi urzędnikami. Nadzorze rozumianym jako swoisty nadzór ex ante, nadzór prewencyjny. To, czy jest to wina w nadzorze, powiedzmy, że umyślna (celowe odwracanie głowy w drugą stronę), czy wina, powiedzmy, że nieumyślna (lekkomyślność bądź niedbalstwo w nadzorowaniu pracowników) – to sprawa w istocie wtórna. I w ostatecznej ocenie pewnie zależna od sympatii w stosunku do Hanny osoby. To czy jest to wina w nadzorze w sensie prawnym, też jest drugorzędne. Pomijając prawicowy psychiatryk, zdaje się, że nawet najzagorzalsi przeciwnicy nie podnoszą kwestii odpowiedzialności prawnej. Hanna Gronkiewicz Waltz ponosi winę w nadzorze w sensie politycznym – tj. ponosi polityczną odpowiedzialność. Z polityczną odpowiedzialnością, i to zwłaszcza za winę w nadzorze, z kolei jest o tyle dobrze, że wcale nie musi prowadzić (i zwykle nie prowadzi) do odpowiedzialności prawnej. I o tyle źle, że jest wielce niedookreślona. De facto każdy może się w jej ramach domagać wszystkiego jako konsekwencji za cokolwiek, czego najlepszym przykładem Bieńkowska odpowiedzialna politycznie za mróz na peronach.

Podstawową sankcją odpowiedzialności politycznej – jako ten, być może jedyny konkret – jest sankcja w postaci dymisji. I właśnie tej sankcji domagają się przeciwnicy Hanny Gronkiewicz Waltz. przeciwnicy. Nie, nie domagają się kary więzienia, kar finansowych  czy kar golenia głów – jak to robią ostatnio księża katoliccy. Domagają się egzekwowania najbardziej podstawowej sankcji przy odpowiedzialności politycznej – domagają się dymisji. Na ile sama koncepcja odpowiedzialności politycznej jest sprawiedliwa to już inna rzecz. Z jednej strony, skoro nadzór nigdy nie będzie kompletny i absolutny, to przełożony zawsze wisi poniekąd na czynach swoich pracowników. Z drugiej strony, bez niej każdy z przełożonych byłby niemal bezkarny, wszak zawsze mógłby obciążyć podwładnych wszelkimi zadaniami, odciąć się od przesyłanych przez nich informacji i na koniec zgonić na nich winę w razie niepowodzenia. W świecie niepolitycznym analogiczną odpowiedzialnością, (przynajmniej w teorii hehe), ma być odpowiedzialność biznesowa, którą ponosi właściciel, na przykład na skutek błędów swoich pracowników. Dlatego też obrażanie się na członków partii Razem, aktywistów miejskich, nie mówiąc już o lokatorach, za to, że głośno domagają się sankcji w postaci dymisji, jest kompletnym niezrozumieniem. Oni domagają się pewnego minimum stanowiącego dość powszechnie postulowany standard odpowiedzialności.

Działa to jednak także w drugą stronę, aczkolwiek niekoniecznie symetrycznie:) Pojawiają się bowiem histeryczne głosy, jakoby przewidywanie dalszych konsekwencji obecnego skandalu w postaci przejęcia Warszawy przez PIS było politycznym obskurantyzmem, peowskim niewolnictwem, szczytem lemingozy. Jakoby obarczanie partii Razem komisarzem Sasinem w Warszawie było totalnie niesprawiedliwe. Tymczasem również i na tym polega odpowiedzialność polityczna. Nie tylko więc Hanna Gronkiewicz Waltz ponosi winę za to, czego nie zrobiła, ale i np. Partia Razem ponosi odpowiedzialność za to robi, za tegoż robienia konsekwencje. Archaicznie brzmią tezy, że musi się zrodzić V RP, albo że komisarz Sasin to konieczny etap przejściowy do marksowskiej wolności. Archaicznie, bo bazują na, odrzuconej przecież tezie, że historia musi mieć jakiś sens, i rządzić jakimiś odgórnymi prawami, dającymi się ująć w zapoznawalne ramy. Otóż wcale nie musi. Nic nie musi się zrodzić, ani nic nie musi być bytem przejściowym. Dlatego wyszydzanie obaw mieszkańców, że boją się komisarza Sasina jest nie tylko hipokryzją (czyż właśnie do uczuć mieszkańców nie odwołuje się lewica), ale także całkowitym obrażaniem się na rzeczywistość. A przecież często te same osoby, nie bez pewnego schadenfreude, tłumaczą, że przeciętny wyborca ma w poważaniu Trybunał Konstytucyjny. Dlaczego nie miałby mieć w poważaniu reprywatyzacji? Bo lewicowi aktywiści akurat nie mają?

I właśnie owe obrażanie się na rzeczywistość każe zadać jeszcze jedni pytanie. Na ile polityka lewicowa powinna obstawiać przy, zwykle fetyszyzowanym przez prawicę, twardym realpolitik, a na ile zawierać w sobie pewien mesjanistyczny pierwiastek politycznej fantazji? Na ile starannie kalkulować wydestylowane ryzyko danych konsekwencji tu i teraz, bo owe ryzyko jest w takim a nie innym kształcie jak najbardziej realne? A na ile puścić się poręczy, sięgać poza horyzont i zacząć zmieniać świat, zamiast go opisywać?

Nie wiem, boje się jednak, że paradoksalnie sukces z dymisją Gronkiewicz Waltz pokaże, że Inna polityka nie jest możliwa. Bo jedyne obszary, gdzie lewica odniosłaby wówczas wymierne sukcesy, to relatywnie gwałtowny skok poparcia po debacie Zandberga oraz odwołanie prezydent Warszawy po nagłośnieniu skandalu. Czyli stare, politycznie wysłużone narzędzia w postaci charyzmy lidera i grzanie w aferałów, a nie kolektywizm, praca u podstaw i całkiem nowy język w  debacie publicznej.

First to fight!

24/07/2016 7 uwag

Jeszcze nigdy tak wielu nie używało kredek przeciw tak niewielu, kredki kredkom zgotowały ten los, chcesz pokoju – gotuj kredki do wojny – tego rodzaju heroiczne heheszki odważni Polacy wmawiają tchórzliwym Francuzom, wiadomo nie ma bardziej żałosnego kraju niż „pedalska” Francja. Bo jak oni walczą, jak te tchórzliwe Francuziki żałosne.

Otóż te tchórzliwe Francuzizki walczą z ISIS od dłuższego czasu. I dlatego są atakowani. Nie, nie Wy, odważni Polacy, co nie potraficie zmienić zapasowej opony w prezydenckiej gablocie, a Francuzi. Tak, to tchórzliwi Francuzi do walki z ISIS rzucili (i to już dawno) fregaty, lotniskowce, myśliwce, i bombowce. Tak, Francuzi. A Wy, Polacy, co zrobiliście, gdy okazało się, że dwie Polki w Nicei zostały zabite? Ano prezydent się rozpłakał. I wzruszył. Kilka tygodni wcześniej podpisał udział, aż czterech F16 w koalicji antywojennej. Ale polskie samoloty nie zostały wysłane do walki. Dlaczego? Bo tam nie jest bezpiecznie! Tak, proszę państwa, nie jest bezpiecznie, a przecież armia polska nie jest po to, żeby walczyć tam, gdzie jest niebezpiecznie. Od tego jest francuska straż miejska.

Zresztą, co ja piszę, Nicea.  A co ze Smoleńskiem? Co z wymordowaniem polskich „elit”, polskiego prezydenta, jego małżonki, ministrów, posłów, posłanek. Bo to był mord, prawda? Cóż z tym zrobiliście, odważni Polacy. Co przewielebna Poland first to fight uczyniła w odwecie sprawcom? Co husarze wyklęci zrobiliście Tuskowi, co Putinowi? Ano nic. A nie przepraszam, kładliście kredki tulipany. Zresztą te tulipany i tak Wam Gronkiewiczowa kazała zabrać, więc staliście ze spuszczoną główką, łkając, że zakazane kwiaty, zakazane znicze. Co zrobiliście z wrakiem, gdzie wasza odwaga synowie Batorego i Matki Boskiej Pancernej? Przeczołgali Wam w błocie całą delegację, drugi Katyń Wam ponoć zrobili – a Wy co? Stoicie i prosicie o wrak. Ba, jakie prosicie, ile razy od ostatnich wyborów usłyszeliście o zwrotu wraku? Ile razy Macierewicz krzyczał na Putina, żeby oddał wrak? Ano właśnie. I krzyczeć nie będzie, bo jak otworzy buźkę, to Orban za smycz pociągnie i zostaniecie w UE sami. No może z Turcją, którą tydzień temu do UE wprowadził Drebin Waszczykowski.

Nicea, Smoleńsk… Barak Obama przylatuje do Polski, polskie małpeczki klaszczą, bo przywiózł obietnice tysiąca żołnierzy. Tysiąca żołnierzy. Całe trzy autokary. Odważna Polska odetchnęła – mamy teraz garść marines i to nie jest nasze ostatnie słowo. Bójcie się! I przylatuje Barak Obama – facet, który co wtorek przy kawie wydaje rozkazy bombardowania dronami, cywilów nie cywilów, na ch…olerę drążyć temat. I ten facet staje na mównicy, i niczym Chruszczow, obsztorcowuje Waszego plebana na oczach całego świata, a ten pokornie schyla głowę, bo, fakt, to akurat potrafi najlepiej. Gdzie Wasz honor, gdzie schowaliście swojego Pyzika, komu się potraficie postawić. I Wy śmiecie pouczać Francję? Ile razy Obama opieprzał Sarkozego, Hollanda, ile razy Rosjanie innym krajom wraku nie oddali, ilu polityków francuskich leżało w smoleńskim czy innym błocie? I czy francuski Macierewicz przy narodowej katastrofie też uciekał pociągiem?

Wszystko, co potraficie, to prosić się w UE o pieniądze, umywać od wszystkiego katolickie rączki, i pouczać, pouczać, pouczać, zwłaszcza te narody, które w przeciwieństwie do Was, nie dawały się dymać przez trzy ostatnie stulecia.

Tabloidowe podwyżki

19/07/2016 1 komentarz

Prawicowa-lewicowa radość, jaka zapanowała po ogłoszeniu podwyżki zarobków dla władzy, jest dosyć smutnym obrazkiem, nawet jeśli  obie strony inną mają motywację. Dla nie-anarchistycznej lewicy (a tylko taką mamy w PL) wzmacnianie służb publicznych i (paradoksalny) postulat  konkurowania z wynagrodzeniami na rynku, zawsze były priorytetem. Ale też zawsze powiązane to miało być z etosem służby i niezależnością (o tym na końcu notki). Dla polskiej prawicy z kolei, uzasadniona podwyżka dla rządu, to po prostu kolejna mądrość etapu, tak jak mądrością etapu było państwo z dykty (dziś już kwitnące, wręcz tytanowe) albo tragiczny stan budżetu (dziś już, jak widać, starcza na wszystko).  I tylko liberałowie głośno cmokają, że pensja powinna przecież zależeć od wyników. Wszak wiadomo, że jak polski liberał we firmie wynik roczny osiąga słabszy, to, rzecz jasna, sobie samemu, a nie pracownikom robi obniżkę pensji, prawda?

Wszystko to dość oczywiste, bo polska polityka nie tak znowu jest zawiła, jakby chcieli niektórzy. Ciekawszą rzeczą jest natomiast reakcja tabloidów. Robocza teza brzmi bowiem: następuje zmiana modelu biznesowego polskich brukowców. Poprzedni zakładał zmasowaną krytykę rządu, bez względu na to, kto rządził i czy była ona słuszna. Obecny zakłada życie w pewnej symbiozie. Krytyka ani nie jest już tak histeryczna, ani tak częsta, pozytywny przekaz częściej gości na pierwszych stronach, tabloidy już nie walczą, a układają się z władzą. I właśnie podwyżka dla władzy jest najlepszym tego dowodem, te dwie, poniższe jedynki Faktu same mówią za siebie. Zważywszy na nomen omen fakt, jak bardzo władza przez lata bała się dawać sobie podwyżki i kupować samoloty – bo tabloidy nas rozszarpią. Dziś już nie szarpią, co najwyżej lekko rączki kąsają. Albo po prostu liżą jak Tata Madzi swoje tricepsy.

podwyzka1-640x665

CnrPnbgWEAIgF0Y.jpg large

Kąsa za to Newsweek (wraz z okopress), wSieci, Do Rzeczy, które przejęły rolę tabloidów nowego typu – tabloidów udających tygodniki opinii. Wystarczy spojrzeć na kolejne okładki. W przypadku podwyżki dla rządu, kąsanie będzie dosyć przewidywalne, ale spróbujmy stanąć na moment w prawdzie i odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście te podwyżki są uzasadnione.

Po pierwsze, mają być podwyżki dla ministrów zasadne, bo trudno do polityki sprowadzić fachowców. A fachowcy jak już są to mogą do biznesu uciekać. Ten znany na świecie argument z tzw. fenomenu drzwi obrotowych, w przypadku rządu jest dość kuriozalny. Czy serio ktoś uważa, że teraz, jak już będzie podwyżka Jarosław Kaczyński zacznie do rządu wybierać menadżerów z rynku? Ludzi potrafiących przeprowadzić jakiś projekt, ludzie nie z politycznego zaplecza, nie z partyjnego klucza? Ba, czy serio ktoś uważa, że Mariusz Błaszczak czy Patryk Jaki są fachowcami tego kalibru, że ktoś, ktokolwiek, zatrudniłby ich dla ich wiedzy, kompetencji, doświadczenia? Że rząd musi się bronić przed ucieczką Jakiego – ja wiem – do jakieś kancelarii prawnej? No więc podwyżka nic tu nie zmieni. Poza tym, że kolejne Błaszczaki dostaną więcej.

Po drugie, koniec z dziadowskim państwem, jak ktoś zarządza ogromnym majątkiem powinien mieć wysoką pensję. Ten argument w myśl prostego „tyle wynagrodzenia – ile odpowiedzialności” mógłby być brany na serio, gdyby nie fakt, że PIS jednocześnie pensje menadżerów w spółkach Skarbu Państwa zmniejsza. Czyli  mamy schizofrenię, gdy kluczowe polskie spółki giganty obsługujące miliony polskich klientów dostają polityka spadochroniarza z obniżoną pensją, a poseł czy minister, który i tak zrobi, to co Jarek mu powie, dostanie podwyżkę. Ma sens, prawda?

Po trzecie, nie do końca jest prawdą, że ministrowie zarabiają po 6 tysięcy, ponieważ duża część z nich jest jednocześnie posłami, więc dostają 25 % diety to jest jakieś niecałe 3 tysiące netto. Plus dodatki za wysługę lat. Przykładowo Bieńkowska zarabiała ponad 12 tysięcy. To nie jest 6-7 tysięcy, jak się przedstawia w mediach.

Nie oznacza to oczywiście, że pensje nikomu i w ogóle nie powinny wzrosnąć.

Mieszane uczucia mam co do Pierwszej Damy, nie dlatego że nie zasługuje, ale dlatego że sam ten koncept jest jakimś strasznym patriarchatem. Czemu żona prezydenta nie może sobie po prostu pracować, maż Szydło  pracuje, też jest pewnie chroniony, nie tylko przez dotacje i subwencje. Przede wszystkim pensje powinny jednak wzrosnąć pracownikom operacyjnym ministerstwach, bo to od ich pracy często zależy jakość końcowych „produktów”. Ministrowie i ich zastępcy zwykle już tylko podpisują, prawdziwa jakość wykuwana jest niżej. Ale żeby tym ludziom (wyzywanych łajdacko od biurew) dać podwyżki trzeba najpierw zapewnić im względną niezależność i przede wszystkim bezpieczeństwo i stabilność zatrudnienia. A tego ta władza akurat nie robi, wciskając, gdzie się tylko da, gimbazę z twittera. Dlatego cały sens tych podwyżek, to po prostu kolejny transfer socjalny dla uprzywilejowanych.

Prolegomena do desakralizacji

16/07/2016 4 uwag

 

 

Działo się to w Belgii dobre ponad 6 lat temu. Dwa pociągi z przeciwka, na jednym torze, gwałtowne szarpnięcie. Osiemnaście martwych osób, mnóstwo rannych. I ten sam miesiąc, orkan Xynthia, w Belgii „tylko” jednak osoba, w sąsiedniej Francji martwych osób blisko 60.  Jest głęboka prawda w tym, że, być może tylko w obliczu śmierci, wszyscy jesteśmy sobie tak naprawdę równi. Ale okazuje się, że jednak śmierć śmierci nierówna. I to nie tylko śmierć bohaterska, śmierć z poświęcenia, ale również i śmierć przypadkowa. Śmierć, która okazuje się mieć własną hierarchię: od „zwykłego” wypadku, gdy komuś drzewo spadnie na głowę, do śmierci, na świecki sposób sakralizowanej. Śmierci w zamachu. Śmierci z własną, świecką liturgią żółtego paska, świeckim obrządkiem zatroskanych min redaktorskich. I świeckimi kapłanami od bezpieczeństwa. Śmierć na swój sposób mityczna. Śmierć tak bardzo zakorzeniona w języku. Mówimy wszak o ofiarach zamachu, ale już nie ofiarach nowotworu.

A przecież – pomijając, fakt, że dla zmarłego koniec (przynajmniej tutaj), to zawsze koniec, a dla rodziny i bliskich nagłe, przypadkowe odejście zawsze jest równie  bolesne – w  dzisiejszych czasach  w Europie o śmierć w zamachu jest trudno. Bardzo trudno. Ba, było też trudno w Europie lat 70tych, Europie o wiele bardziej krwawej, Europie z ETA, IRA, Czerwonymi Brygadami. Śmierć czy zranienie w zamachu w Europie to promile promilów. Wystarczy policzyć, ile w ostatnim roku zmarło w Brukseli czy Nicei osób od zamachów, a ile od przyczyn nie-zamachowych? „Western Europe is safer now than it has been for decades and is far safer than most other parts of the world‚ – powiedział nawet jeden pan profesor, dodając, że Western Europe is perhaps more peaceful now than at any point in modern human history.  Czemu więc śmierć zamachowa taki wywołuje popłoch, którego skutkami są histeryczne wołania o zawieszanie praw, fala barbarzyńskiego odwetu i kiełkujący rasizm? Czemu, skoro jadąc polskimi drogami na nieporównywalne większe niebezpieczeństwo się narażamy?

Po pierwsze, śmierć w zamachu to wyjątkowość i niezarządzalność. Jest zamach zdarzeniem traktowanym w kategoriach nadzwyczajnym przez co, dopóty w aurze wyjątkowości się pławi, dopóty nie może być traktowany  kategoriach zwyczajnych. Tedy, skoro zamach jest wyjątkowy to i śmierć w zamachu jest wyjątkowa, tedy owa śmierć nie może być „zwyczajnym wypadkiem”. Jest też zamach zdarzeniem niezarządzalnym, całkowicie poza (niechby i złudną) kontrolą. Jadąc autem, ufasz, że tak wiele od ciebie zależy, czując wybuch bomby na swej kamizelce zahamować nie możesz, nie masz też pasów bezpieczeństwa. A współczesne społeczeństwo lubujące się w kontroli na tyle, że samo się karnie odhacza na fejsie, nie lubi mieć czegoś, czym nie da się w ogóle sterować. Umysł ludzki zresztą nigdy tego nie lubił. Ewolucja zaprogramowała go pewnie właśnie po to, by wykrywał i przede wszystkim redukował zagrożenia. By kontrolował otoczenie.

Po drugie, paradoks nawyku. Człowiek ponoć nawyknie do wszystkiego, co w wersji radykalnie tragicznej pokazuje choćby wstrząsający Syn Szawła (ewidentnie oparty na prawdziwych zapiskach). A w wersji współczesnej powszechne, nie tylko w Polsce, wzruszenie ramion na wieść, o kolejnej strzelaninie w amerykańskiej szkole. Sami wzruszacie ramionami, prawda? Człowiek nawyknie więc i do zamachów, a strach powoli ustąpi. Jest więc tedy strach przed zamachem owocem braku nawyku, przyzwyczajenia, co znowuż musi rodzic paradoks,  że bardziej boimy się zamachów, gdy jest nich mniej, niż gdy jest ich więcej. Albowiem im większa liczba zamachów, tym bardziej siła nawyku kompensuje nam lęki. Dlatego nie boimy się żniwa kolejnych ofiar w wypadkach samochodowych, a boimy wysadzenia jednego budynku w czterdziestomilionowym kraju.

Przestać się bać,  możemy więc też na dwa sposoby. Raz poprzez nawyk, ale że nabierania nawyku praprzyczyną jest wzrost zamachów, przeto rozwiązanie to, zdaje się, okrutnie niedopuszczalnym. Dwa, dokonując swoistej desakralizacji zamachów. Odzierając je z kategorii wyjątkowości. I traktując śmierć w zamachu jak śmierć każdą inną. Czy w pewnym sensie, nie tego właśnie najbardziej boją się zamachowcy? Nie naszego strachu, nie naszej wściekłości, a stoickiej obojętności, racjonalizującej ofiary, ich liczby, i wreszcie zapewniającej równość w obliczu ostatecznego?

Jak Zaremba debunkuje newsy?

19/06/2016 3 uwag

Prostowanie prawicowych publicystów, a już prostowanie prawicowych publicystów piszących wsieci, jest tyleż zajęciem banalnym, co niezwykle męczącym. Wszak w stachanowskim tempie z taśmy fabrycznej spływają (i spływać muszą) mądrości etapu, partia nigdy nie śpi, to też i jej żelazna gwardia spać nie może też.  Brak owego prostowania jest też jedną z przyczyn przegranej szeroko pojętego obozu liberalno-lewicowego, który przez wiele lat z propagandy Żołnierza wolności i innych tzw. psychiatryków sobie dworował, żeby nagle ze zdziwieniem odkryć, że, zwłaszcza młode Krysztopy publicystami wsieci mówią, publicystami wsieci myślą, wymazami publicystów wsieci ozdabiają sobie wyklęte ramionka (i łydki). Od wielu lat marzy mi się dobry portal debunkujący nie tyle Brudzińskich, co właśnie Zaremby, Ziemkiewiczów a nawet Karnowskich – zajęcie, jak mówię, banalne, ale niezwykle męczące. Toteż by trzeba prawdziwych, nie śmieciówkowych etatów.

Ale do rzeczy. Nie zajmowałbym się nieogarnięciem rzeczywistości przez redaktora Zarembę, gdyby nie padł tam mój nick, co do pewnego podanego przez mnie newsa. Pisze Zaremba:

Jak się produkuje niusa? Polska jest podobno za karaniem homoseksualistów – razem z Iranem i Rosją. Skąd to wiemy?

Ja wiem, że w świecie szybkiej internetowej informacji zdarzają się wpadki, kiksy i przekłamania. Jednak ta akurat historia jest modelowa.

Z portalu Gazeta.pl i NaTemat można się było w ostatnich dniach dowiedzieć, że Polska ręka w rękę z Iranem, Rosją i kilkoma krajami arabskimi sprzeciwiła się na forum ONZ uchwale dotyczącej dekryminalizacji homoseksualizmu.

Byłoby to o tyle ciekawe, że od kiedy Polska miała własny kodeks karny (zastąpił on ostatecznie przepisy państw zaborczych w roku 1932), nie groziła żadnymi karami za związki z osobami własnej płci. Choć praktykowało to w swoim czasie i jeszcze wiele lat później wiele wzorcowych demokracji, na czele z Anglią. Taka nadgorliwość była jakoś łagodnym z natury Polakom obca.

Co się więc stało teraz? No tak, prawicowy czy jak czytam nacjonalistyczny, rząd tchnął w polską naturę nowego ducha. Ale skąd to właściwie wiemy?

Już punkt wyjścia budzi niepokój. Media, które o tym powiadomiły, przedstawiły bowiem dwie sprzeczne wersje. Zdaniem NaTemat Polska sprzeciwiła się zabiegom o uchylenie dekryminalizacyjnej uchwały ONZ z roku 2010 – co jest kompletnym nonsensem. Z kolei Gazeta.pl pisała o uchwale dotyczącej zapobieganiu AIDS. Zapisy potępiające karanie za homoseksualizm miały być jedynie jej częścią.

Ale skąd właściwie wiadomo o stanowisku Polski? Gazeta.pl nie podała żadnych faktów ani wypowiedzi. Z kolei Wyborcza.pl podająca te wieści w ostrożniejszym tonie („podobno”, „według Gazeta.pl”) powołała się na… Radio Wolna Europa, które tym samym zaistniało w naszej świadomości chyba po wielu latach przerwy. Ale to Radio także nie przedstawiło zdaje się żadnych faktów, w każdym razie nam ich oszczędzono.

Równocześnie już Gazeta.pl podała, że rzecznik MSZ zaprzecza tej informacji, twierdząc, że w sprawie dekryminalizacji homoseksualizmu Polska ma – obecnie! – takie samo stanowisko jak Unia Europejska. Na zdrowy rozum w jaki inny sposób nasz rząd miałby wyrażać swoje stanowisko jak nie przez oświadczenia MSZ?

Może miały jednak miejsce jakieś zakulisowe wystąpienia, przetargi, kuluarowe sugestie? Ale w żadnej z inkryminowanych relacji nie dostajemy nawet cienia informacji na ten temat. Skąd więc właściwie wiadomo, że maszerujemy pod rękę z islamistami i Putinem? Wiadomo, bo… wiadomo. Bo tak chcą wymienione media, całkiem przypadkowo obecnemu rządowi nieprzychylne.

Nie przeszkadzało to prowadzić na ten temat masom ludzi w Internecie niezliczonych tasiemcowych debat. Uznawano w nich podstawową informację za aksjomat. Kolejne tytuły powiadamiały nas, że oburzony jest bloger Galopujący Major albo dziennikarka Polsatu Agnieszka Gozdyra. No tak, ale opatrywali swoje pełne gniewu komentarze pozbawionymi konkretów tekstami NaTemat czy Gazety.pl. A ich następcy powoływali się z kolei na nich.

Z tekstu Zaremby nie wiem dokładnie, co napisała gazeta.pl i natemat, bo Zaremba nie dał do nich linków. W tekście, tylko na pierwszej stronie, jest 8 (słownie: osiem) linków sponsorowanych, ale nie ma linków do tekstów, które omawia Zaremba. To po pierwsze. Po drugie, wbrew temu co pisze Zaremba, zarówno Gazeta.pl, jak i natemat nie napisały, że Polska jest podobno za karaniem homoseksualistów. Gazeta. Pl napisała, że:

1.ONZ chciało przyjąć rezolucję dekryminalizującą homoseksualizm
2. Sprzeciwić się temu miały m.in. Rosja, Watykan, Iran i Polska
3. MSZ zaprzeczyło tym informacjom: Nasze stanowisko jest takie, jak UE

W Nowym Jorku odbyło się posiedzenie Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Dotyczyło walki z HIV/AIDS. Próbowano przyjąć rezolucję, mającą dekryminalizować homoseksualizm i zażywanie narkotyków. Dzięki temu łatwiej byłoby leczyć osoby zarażone wirusem. Sprzeciwiły się temu m.in. Rosja, Iran, Watykan i Polska.

 Z kolei natemat.pl, a konkretnie Anna Dryjańska, napisała:

Polska wraz z m.in. Rosją żąda od Organizacji Narodów Zjednoczonych, by ze swojej rezolucji wycofała zapis o wezwaniu do dekryminalizacji homoseksualizmu.

Zaremba więc bzdurzy. Media nie twierdzą, że Polska jest podobno za karaniem homoseksualistów. Media twierdzą jedynie, że rząd nie chciał dekryminalizacji homoseksualizmu wpisać do rezolucji. To oczywiście coś innego. Zaremba, nie mówię, że jako dziennikarz, ale niechby i jako konserwatysta, powinien zrozumieć różnicę między chęcią karania w prawie krajowym lub międzynarodowym, a niechęcią do wpisywania w prawie międzynarodowym określonych postulatów legislacyjnych. Jeśli nie rozumie, niech sięgnie po teksty swych kolegów o konwencji antyprzemocowej.

Dlaczego rozpisuje się o mediach. Bo z dużą dozą prawdopodobieństwa media powtórzyły owego newsa po Galopującym Majorze. Powtórzyła go Anna Dryjańska dobę po tym jak dostała od Majora informację na twitterze, i być może, też dobę później, powtórzyła go Gazeta.Pl. Nie, nie chodzi tu o to, żeby się chwalić, ale żeby pokazać, kolejną bzdurę Zaremby.  Pisze Zaremba:

Kolejne tytuły powiadamiały nas, że oburzony jest bloger Galopujący Major albo dziennikarka Polsatu Agnieszka Gozdyra. No tak, ale opatrywali swoje pełne gniewu komentarze pozbawionymi konkretów tekstami NaTemat czy Gazety.pl. A ich następcy powoływali się z kolei na nich.

Znowu bzdura, żeby nie powiedzieć kłamstwo. To nie Galopujacy Major opatrywał swoje pełne gniewu komentarze pozbawionymi konkretów tekstami NaTemat czy Gazety.pl., tylko natemat opatrywał swój tekst oburzonymi twittami Galopującego Majora. Zaremba, pisząc tekst o riserczu (hehe), nawet nie zajrzał na twittera Majora. Ba, Zaremba bzdurzy nie tylko o tym, czym opatrywał swoje komentarze Major, ale także o tym, że nie było tam konkretów. Otóż były. Galopujacy Major podał skrina do newsa z do newnownest.pl a potem, na prośbę zainteresowanych, rozsyłał link do tekstu

Russia, Iran, Poland, and several Gulf states successfully got the wording removed from the statement.

by Dan Avery 6/14/2016

Russia led efforts to remove language calling for the decriminalization of homosexuality worldwide from a UN resolution last week.

As world leaders, activists and medical experts gathered at the High-Level Meeting To End AIDS, the push is to reframe the pandemic as a human rights issue as part of the campaign to stop AIDS globally by 2030.

Autor tekstu – Dan Avery powołał się na informacje z Radia Wolna Europa. Radia Wolna Europa, jak wskazuje tekst na końcu newsa, bazowała na depeszach AFP, AP, and dpa. Gazeta.Pl w swoim tekście powołała się na aktywistę Matthew Kavanagha, którego informacje powtórzyła wspomniana  agencja AP.

Tak więc, panie redaktorze Zaremba, nie dość, że nie rozumiał Pan o czym jest rezolucja, nie dość, że nakłamał Pan, co miał podawać Galopujacy Major, to na koniec okazało się, że informacje bazują na depeszach agencyjnych i aktywistach, śledzących te sprawy na miejscu. Piękna szkoła debunkowania wnewsa wsieci.

Czy rzeczywiście tak było, czy Polska w zakulisowych gierkach, popierała Rosję i państwa islamskie? Nie wiem, bo mnie tam nie było. Ja podałem tylko agencyjnego newsa. ONZ, mimo wszystko, to nie restauracja Sowy, żeby były jakieś nagrania. O tym, że toczyły się jakieś rozmowy świadczyć może wystąpienie Australii:

Disappointed the text did not call to end stigma violence facing lesbian, gay, bisexual, transsexual and transgender people globally, she condemned any efforts to interpret HIV/AIDS transmission as a criminal issue.

Oświadczenie MSZ (za linkowanym tekstem GW) po części poświadcza jedynie, że MSZ nigdy nie wykładał w Poznaniu:

 Stanowisko Polski podczas negocjacji zostało uwzględnione w ramach wspólnego stanowiska unijnego. Polska na forum ONZ nie występowała w charakterze narodowym (indywidualnie) w sprawie przedmiotowej deklaracji.. Osoby homoseksualne oraz transpłciowe należą do szczególnie narażonych na zakażenie HIV, a także na wykluczenie społeczne z powodu zakażenia. Fakt ten odzwierciedlony został w stanowisku UE (w tym Polski) podczas negocjacji deklaracji politycznej”

Nie ma tu ani słowa o tym, czy Polska poza poparciem stanowiska UE, popierała jednocześnie wycofanie zdań o dekryminalizacji z rezolucji.  Bo stanowisko UE nic o dekryminalizacji de facto nie mówi.

I jeszcze jedna rzecz na koniec tego banalne i męczącego wpisu (a nie mówiłem?). Pyta Zaremba w swoim tekście:

Pani redaktor Gozdyra, Galopujący Majorze, nie zastanowiło was choćby już to, że w papierowych wydaniach „Gazety Wyborczej” o tych przerażających was faktach nie ma mowy? No przecież koalicja Beaty Szydło z Putinem i ajatollahami byłaby gratką godną komentarza Adama Michnika? A jednak redakcja z Czerskiej w swoim najbardziej opiniotwórczym segmencie milczy.

Zawsze podejrzewałem prawicowych publicystów o ukryty podziw dla Gazety Wyborczej. Ale pomysł, że prawicowy publicysta używa domniemania prawdziwości co do danych faktów, bo fakty te opisała Gazeta Wyborcza przeszedł jednak moje najbardziej kwikliwe wyobrażenia.

%d bloggers like this: