„To nie jest kraj dla pracowników” – kilka słów recenzji

18/11/2017 1 komentarz

 

W najbardziej propagandowej, a jednocześnie najbardziej potrzebnej, scenie znakomitego Margin Call siada jeden taki łysy i opowiada o tym, jak kiedyś zbudował most. I właśnie o budowie takich mostów myślałem, gdy czytałem „To nie jest kraj dla pracowników” Rafała Wosia.

Owszem, sprawia książka wrażenie wygładzonych w jedno zbioru felietonów, rzuca się w oczy brak redakcji, liczne powtórzenia i skakanie po chronologii. Zgrzytają niektóre metafory, zwykle przemocowe, i nie da się czytać tych okropnych raperskich wstawek. Nie tylko dlatego że ogołocone z muzyki teksty zwykle brzmią przekomicznie, ale także z powodu przemilczania dalszych zwrotek, które są jednym wielkim kucowiskiem. Jeśli coś odpowiada za erupcję tej durnej ideologii selfmademana, to jest nim właśnie polski rap lat 90tych, ten coaching czasów przedcoachowych.

Owszem, znajdą się w tej książce stwierdzenia mimowolnie zabawne, jak choćby „znany ze swego przewrotnego humoru Jan Wrobel” (lol), znajdą się stwierdzenia szokujące swą prawdomównością (70% podatek ma charakter konfiskacyjny), czy nawet faule (samobójstwo pana Gazdy jako wina III RP, to trochę jak samobójstwo szarego człowieka jako wina Kaczyńskiego.)

Wreszcie, owszem, znajdą się w tej książce zadziwiające w swym uproszczeniu tezy, zwłaszcza odnośnie rynku finansowego. Wydaje się, że Rafał Woś, podobnie jak część polskich publicystów, nie do końca rozumie czym jest teoria agencji (datowana od czasów Adama Smitha), czemu, te najbardziej kapitalistyczne z kapitalistycznych podejść pokazuje wewnętrzną sprzeczność korporacjonizmu, czemu korporacje wyglądają inaczej w Niemczech z radami pracowników, określaniem bonusów wedle wartości księgowej a nie kursów akcji, i skupionym oraz wzajemnie powiązanym akcjonariacie. I czemu jest on, ten korporacjonizm, inny w USA z akcjonariatem rozproszonym i tzw. strategią wyjścia. Czy wreszcie czemu, oj czemu banki spółdzielcze, zdaniem UE, muszą się konsolidować (płynność, głupcze!)

Wszystko co powyżej to pewne wady tej książki, a mimo wszystko jest to książka ważna, jak ważny jest ów most, wspominany na wstępie. Spełnia bowiem Woś w swej publicystyce rolę bezpiecznego przerzutu na drugą stronę. Po pierwsze, tym którzy na ową stronę od lat przechodzą zapewnia Woś poczucie bezpieczeństwa i intelektualnej błogości – chodzi mi tu o lewicę, która, czytając Wosia, nie tylko upewnia się w swych argumentach, ale dostaje nowe, które z powodzeniem może puszczać dalej. Po drugie, zapewnia Woś bezpieczne przejście tym wszystkim, którzy mają wątpliwości i próbują przejść na drugą stronę, ale wciąż nie wiedzą jak i którędy. Woś pokazuje im drogę, tędy wskazuje palcem, czytajcie tego, słuchajcie tamtego, powtarzająca się wzmianka o noblistach i naukowcach z szacownych uniwersytetów jest argumentem wspaniałym dla tych wszystkich, co na co dzień czytają sławy polskiego SGPIS. Po trzecie wreszcie, buduje Woś te mosty na tyłach wroga, jest naszym, lewicowym człowiekiem w obozie liberalnym (goćkowo-gursztynowo-gmyzowy wróg prawicowy wciąż traktuje go z politowaniem). Nie sztuką jest pisać 578 tekst na lewicowym fanpejdżu albo wydać w lewicowym wydawnictwie. Sztuką jest wyjść do mainsztrimu i tam zdobywać przyczółki.

Książka Wosia spełnia to zadanie znakomicie, tak jak kilka jest tam znakomitych fragmentów, głównie o tym jak praca na świecie będzie wyglądać w przyszłości i jak na świecie wygląda ona teraz. A fakt, że po 10 godzinach pracy potrafiłem siadać i o tejże pracy czytać u Wosia w mojej ocenie daje jej najwyższą rekomendację.

Reklamy

Kwestia patriotyzmu

16/11/2017 9 Komentarzy

Nareszcie! Nareszcie dla Polski. Rezolucja parlamentu UE wzywająca do uruchomienia sławnego art. 7 unijnego traktatu jest bowiem w naszym narodowym interesie. Dokładnie tak – w interesie Polski, bo wobec toczącej się partyjnej wojny pisowsko-antypisowskiej, interes państwa, zwłaszcza długofalowy, dawno już przestał się liczyć, na pierwszym planie jest już tylko interes wszechpartyjny. Dlatego wszyscy, którzy w środę wyłamali się z histerycznego szantażu i za tą rezolucją zagłosowali powinni usłyszeć głośne: dziękuję.

Tak jak testem na miłość jest wysłuchanie trzeciej strony, która ci mówi: stary, krzywdzisz swoją rodzinę, odstaw tę butelkę. Tak jak testem na przyjaźń jest wysłuchanie krytycznych uwag, a nie obrażanie się i odwracanie plecami. Tak samo testem na patriotyzm jest dziś popieranie działań unijnego Parlamentu. Popieranie mimo jazgotu o zdradzie, Targowicy. Przecież takiej „Targowicy” dopuszcza się każdy polski obywatel, gdy skarży nasze państwo do rozmaitych europejskich trybunałów.

Zapamiętajmy tych, którzy podnieśli ręce i zagłosowali „za”. Bo to właśnie oni mieli odwagę, by odróżnić interes własnej partii od interesu własnego kraju. Odwagę bycia lżonym, bo to czeka „targowiczan”. Odwagę odrzucenia idiotycznej zasady, że brudy pierze się we własnym domu, bo konsekwencją tej zasady jest zmowa milczenia wokół przemocy domowej, mobbingu w pracy, molestowania seksualnego. Wszak ci sami, którzy teraz krzyczą, że nasze sprawy trzeba załatwiać w naszym gronie, jednocześnie przeklinają sędziów, że swoje sprawy rozstrzygali właśnie we własnym gronie.

Ale poparcie rezolucji Europarlamentu wymagało jeszcze innego, bardzo szczególnego rodzaju odwagi. Odwagi działania na korzyść PiS… czytaj dalej na Gazeta.pl (i nie narzekaj)

Co wolno wojewodzie, to nie Tobie rasismrodzie

15/11/2017 50 Komentarzy

 

Chyba już wszyscy powinni podziękować Mateuszowi Pławskiemu za jego słowa o separatyzmie rasowym, albowiem, jak widać, chyba już wszyscy mogą na swój sposób być zadowoleni. Protestujący od lat antyfaszyści mogą być zadowoleni, bo właśnie oficjalnie potwierdzono ich słowa o rasizmie narodowców. Zadowoleni mogą być subiektywni (i tzw. obiektywni) propagandyści rządu, bo, patrzcie, jak ostro ten nasz rząd się odciął, jaki wspaniały, odważny. Zadowolone mogą być zachodzenie media, bo wpisały marsz w opowieść o dzikusach ze wschodu i zadowoleni mogą być sami uczestnicy marszu. Wszak teraz robi się z nic ofiary pomówień o nazizm, a któż nie lubi być ofiarą na pluszowym krzyżu?  Nawet Polska Fundacja Narodowa może być zadowolona, i tylko księgowe spółek skarbu państwa gorzko przełykają ślinę, jak słyszą u Świrskiego o „active measures”.

Dlatego z tego miejsca powinno paść w stronę pana Mateusza serdeczne dziękuję i szapoba zwłaszcza za jego separastyczną uczciwość. Owszem, kto pamięta wiki Holochera z ONR, ten pamięta rasistowskie wątki rozmów, wątki krycia gwałciciela i straszenie przez Krzysztofa Bosaka odpowiedzialnością prawną za … retwittowanie tych materiałów. Owszem, wielu z nas pamięta, jak mazowiecki rzecznik ONR miał, ukochanego przez Hitlera, SSmana w tle na swym koncie profilowym. Ale nigdy jeszcze ktoś z organizacji narodowej z otwartą przyłbicą nie przyznał wprost, że popiera rasizm. I za tę uczciwość należy się właśnie dziękuję.

Na swój sposób trochę jednak pana Pławskiego jest szkoda. Szkoda, bo Pławski niczym uczniak wybiegł przed szereg i nie rozumie, że to jeszcze nie ten moment. Że on, owszem, może, ale po cichu. Że przesuwanie się dyskursu w stronę rasizmu to robota dla większych nazwisk, osób z większą pozycją. Że tak jak Marian Kowalski, przez powszechny bodyshaming nie może gadać bzdur o ewolucji, bo od tego są księża i ojciec Romana Giertycha, tak on, Pławski, nie może (jeszcze) gadać o rasizmie. A kto może? Może Marcin Wolski pisać w Gazecie Polskiej, że „Pani Szydło granic Polski ani jednemu „beżowemu” przekroczyć nie pozwoli”. Może Wojciech Cejrowski pisać, że w Afryce „trzeba przywrócić dyktaturę białego człowieka”. Może wreszcie Ziemkiewicz pisać o przedwojennych „sitwach żydowskich” i łgać, że apartheid w RPA „nie był systemem rasowej opresji, tylko oddzielenia różnych kultur”. Może ministerka edukacji opowiadać, że za mord w Jedwabnem odpowiadają „zawiłości historyczne”, a profesor KUL z IPN, że Żydzi w 1939 roku mieli lepiej od Polaków. Może wreszcie Jarosław Kaczyński opowiadać, że uchodźcy roznoszą egzotyczne choroby. Wszystko to w obecnym dyskursie politycznym mogą osoby z pewną pozycją, gdyby któreś z tych słów padło z ust narodowców, byłby to oczywisty dowód na ich rasizm, antysemityzm czy inne intelektualne zbydlęcenie. Gdy mówi to osoba o uznanej pozycji, nie ma sprawy, ot, to tylko opinia. Tak jak tylko opinią była głośna książka Kydryńskiego i jak opinią jest rasistowski i seksistowski komentarz Waldemara Kuczyńskiego, że Omena Menash to „boskie połączenie kakao z mlekiem na polskiej ziemi”.

 

 

 

 

Pytania do uczestników marszu niepodległości

12/11/2017 72 Komentarze

 

Mimo pokojowego marszu, w mieście doszczętnie spalonym przez nazistów (nie, nie tylko Niemców), doszło wczoraj do haniebnego głoszenia haseł rasistowskich i nazistowskich, czego świadkami byli również i prawicowi dziennikarze. Od rana w sieci trwa próba relatywizowania całego zdarzenia, wedle parcianej retoryki wyboldowanej poniżej.

To tylko margines

Czy skoro to tylko margines, a większość uczestników się z rasistowsko-nazistowskimi hasłami nie identyfikuje i dlatego nie można im nic zarzucać, to czy oznacza to, że osoby danej wspólnoty nie ponoszą winy za czyny swoich członków? Jeśli tak, to czy oznacza to, że skoro tylko margines sędziowski w liczbie sztuk jeden ukradł kiedyś kiełbasę, to wyzywanie sędziów od kast i złodziei jest kłamstwem? Czy skoro tylko drobny procent muzułmanów dokonuje zamachów, to wyzywanie muzułmanów od zamachowców, morderców jest tym samym, czym wyzywanie wszystkich uczestników marszu od faszystów?  Czy wobec tego uczestnicy marszu, oburzeni na utożsamianie marginesu z resztą, nie powinni teraz przeprosić sędziów, muzułmanów, dziennikarzy i każdego innego, kogo wrzucają do jednego worka razem z marginesem? Czy nie powinni tego zrobić na przykład na następnym marszu, nieść transparenty z napisem: przepraszamy, synowie Allaha, za odpowiedzialność zbiorową?

Zawsze może się trafić jakiś rasistowski idiota, nic z tym nie zrobisz

Doprawdy? Jak to się dzieje, że rasistowski idiota trafia się akurat zawsze na 11 listopada? Nie trafia się na dzień matki, dzień dziecka, święto pracy, Trzech króli, zaduszki. Nie ma go na marszu PO, SLD, PSL, a nawet na listopadowej demonstracji PIS w Krakowie.  Tylko zawsze na tym konkretnym marszu? Jak myślicie, dlaczego? I czy rzeczywiście nic się z tym nie da zrobić? Czy, skoro na marszu mogą bez przeszkód pojawić się rasistowskie transparenty i hasła, to oznacza, że na marszu może pojawić się transparent dowolnej treści? Czy może pojawić się transparent: „Rasizm do grzech”, „Tęsknię za to Tobą, Arabie”, „Refugees welcome”. No chyba nie, prawda? Chyba istnieje jakaś selekcja ex ante, a jak ta zawiedzie to selekcja ex post. I niechciani goście są z demonstracji wypraszani. Dlaczego ludzi od Sieg Heil nikt nie wyprosił z marszu? Czy Waszym zdaniem, skoro dla Was to hasła kretyńskie, organizator stanął na wysokości zadania? A jeśli nie stanął, jeśli jest takim lamerem, że nie potrafi, boi się, ze swojego marszu wyprosić tych od Sieg Heil, to czy nie powinniście sami z tego marszu zrezygnować? A jeśli nadal chcecie na niego uczęszczać, czy nie powinniście zrobić gównoburzy Bosakowi z Winnickiemu, że nazistowski syf tolerują? Dlaczego tego nie robicie? Za głupi kiks Agory czy Petru potraficie robić wielogodzinne gównoburze, a tutaj, co? Od kilku godzin jęczycie tylko, że panie to margines, margines. Wdepnęliście w gówno, i zamiast opierdolić kogoś, kto miał dbać o porządek, krzyczycie, że tylko czubek buta jest upaćkany. Podpowiem: śmierdzi tak samo. A może tak naprawdę Wam nie zależy, może całe te oburzenie na nazistowskie hasła jest trochę udawane, takie na niby. Prawdziwą wściekłość budzi w Was, że Lis z Olejnik coś tam napisał, a nie że ileś lat po Powstaniu Warszawskim znowu ktoś hajluje w centrum Warszawy? Bo cały ten Wasz patriotyzm polega tylko na maszerowaniu przeciw, na złość, niechby i w towarzystwie naziolstwa, ale na złość Michnikowi, Sorosowi a ostatnio pewnie i Romaszewskiej.

Prawdziwy marsz to marsz z kobietami i dziećmi

Serio? Te uśmiechnięte kobiety i dzieci wciskacie wszędzie, jak garnki emerytom po sanatoriach. Tylko z faktu, że gdzieś stoi uśmiechnięte dziecko nie wynika, że 100 metrów dalej ktoś nie wychwala Hitlera albo nie maszeruje w kominiarce z celtykiem, który tu i teraz oznacza tak bardzo średniowieczny krzyż celtycki, jak sierp i młot oznacza dziś żniwa za Kazimierza Wielkiego. Dlaczego używacie tych kobiet i dzieci jako retorycznej tarczy, przeciwko Waszemu tchórzostwu i konformizmie w maszerowaniu z naziolkami. Ba, czemu w ogóle przyprowadzacie własne dzieci na marsz, podczas którego, jak to zwykle bywało, obrzucają się kostką brukową, płoną auta, budki strażnicze i drzewka lecą do góry? Co z Was, do jasnej cholery, za rodzice, że ciągacie własne dzieci w tygiel, w którym dostać racą albo pałą wcale nietrudno? Czemu pakujecie się z w własnymi dziećmi w marsz, gdzie słychać jeden wielki bluzg? Czy serio chcielibyście, aby Wasz pięciolatek, Wasza siedmiolatka po przyjściu do szkoły krzyczało jebać pedałów? Czy serio uważacie się za dobrych rodziców, skoro ciągacie dzieci w miejsca, gdzie wiecie, jakie hasła się pojawią, jakie nazistowskie gęby będą świeciły? Kupujecie antyalergiczne kaszki, puchowe kurteczki na zimę, szczepicie (jeszcze) swoje dzieciaczki, wymagacie od nauczycieli i szkoły Bóg jeden wie czego, a na koniec zabieracie je na marsz, gdzie mogą się dowiedzieć jak to jest jebać gender. Nic tylko pogratulować.

Co pozytywnego daje nam marsz niepodległości?

12/11/2017 12 Komentarzy

 

Wiele się mówiło i wciąż mówi, o tym jak wielkie zło niesie za sobą marsz niepodległości. Rzecz jasna są to głosy słuszne. Ale marsz niepodległości ma też pewne plusy, na które mało kto chce zwrócić uwagę.

Po pierwsze, marsz niepodległości pełni rolę swoistego wentyla. Raz do roku grupa narodowców i FajnoPatrioPolaków rusza do Warszawy pokrzyczeć, potupać i poklaskać. Na filmikach, zwłaszcza filmikach z góry, owszem, wygląda to naprawdę imponująco. Ale nijak nie przekłada się to na znaczenie polityczne. Narodowcy, jak byli tak są planktonem wśród planktonów. O ile w przypadku, dajmy na to, stworzonej 3 lata temu, Partii Razem, ma ona realne szanse samodzielnie wejść do parlamentu, o tyle narodowcy nie są nawet ujmowani w sondażach. A przecież te marsze trwają już któryś rok z rzędu, przecież taka jest na nich siła. Tymczasem po marszu co? Nic, kebab na drogę, z buta na Centralny i pociągiem do domu, gdzie o żadnej narodowej partii nie ma mowy bez względu na to, ile wątrób wyrośnie Marianowi i ile kobiet obrazi endek Ziemkiewicz. W tym kontekście marsz jest więc dobry, bo pozwala narodowcom śnić słodki sen o urojonej potędze.

Po drugie, marsz niepodległości jest od kilku lat pokojowy… czytaj dalej na gazeta.pl

Win-win małpki w klatce

11/11/2017 5 Komentarzy

Do końca nie wiadomo, kto był inicjatorem świętowania Andrzeja Dudy z Donaldem Tuskiem i czy może, jak to często w polskiej polityce bywa, wyszło trochę przypadkiem. Wiadomo jednak, że dla obu polityków to typowe win-win i tylko trzecia, pisowska strona może być stratna.

Jest to spotkanie oczywiście korzystne dla Dudy. Po pierwsze, poprzez swą zaskakującą decyzję, staje się prezydent Duda kolejny raz graczem. Z politycznego przedmiotu staje się znów politycznym podmiotem. Po drugie, kradnie Andrzej Duda całe medialne show PiSowi, PO i faszystom, o ile ci ostatni znowu nie zaatakują drzew, kobiet i dzieci albo iluś policjantów nie wyślą do szpitala. Po trzecie znowu staje się Andrzej Duda twarzą „cywilizowanego PISu”. Gdyby nie ostatnie miesiące postępowania Ziobry i Błaszczaka można by nawet rzec, że za sprawą weta Dudy stał się PIS zwyczajną, polityczną partią polityczną. Dość rzec, że nawet najtwardszy antypiwoski beton nie ma do czego się za bardzo doczepić, więc wspomina sprawy Trybunału sprzed niemal 2 lat albo kompromituje się komentarzami o whistleblowerach…

 

Czytaj dalej na gazeta.pl 

 

Rudnickigate

08/11/2017 5 Komentarzy

 

Problem z Januszem Rudnickim jest taki, że ma ogromny talent. Nie, nie chodzi o talent literacki, chociaż tego też ma od groma. Znam ludzi, którzy twierdzą, że mógłby być Rudnicki najlepszym polskim pisarzem. I ja się z nimi zgadzam. Dość rzec, że Rudnicki jest jedynym dowcipnym, i to kurewsko dowcipnym, pisarzem w Polsce. A to wiele, bardzo wiele. Problem z Janusza Rudnickim jest jednak taki, że ma ogromny talent „w obszarze oddziaływania na ludzi”.

Ja to widziałem. Osobiście. Najpierw, rzecz jasna, czytałem. Jak Magda Cielecka Janusza Rudnickiego chce zabić, żeby wydał nową książkę. Ale potem widziałem. Widziałem Rudnickiego na żywo w jednej księgarni, gdzie do dziś w jego, to jest Rudnickiego, książce leży zalakowana koperta dla Marcina Świetlickiego od ZAIKSU. Widziałem wtedy, jak Rudnicki działa na ludzi, jak emanuje. A potem, widziałem jeszcze faceta, który relacjonował mi Rudnickiego opowiadającego na żywo. I ten facet mało co się nie zejszczał. Autentycznie, po prostu mało co się nie zejszczał. I tego jemu, temu facetowi, zazdrościłem – że potrafił tak się rozhuśtać, że aż  tak, że aż prawie, prawie popłynął.

Dlatego ja na RudnickiGate patrzę też trochę inaczej. Tak, owszem trochę patrzę jak wszyscy, patrzę na bronienie swoich, hipokryzję i podwójne standardy. Bardziej też może na nierozstrzygalny konflikt dwóch lojalności: lojalności kumplowskiej (bronisz kumpla bez względu za wszystko) i lojalności ideologicznej (bronisz poglądów bez względu na wszystko).

Ale też patrzę trochę inaczej. Ja na Rudnickigate patrzę jak na zbiór oszołomionych (urokiem osobistym) kobiet, bo to, zaiste, one go głównie bronią. Kobiet, które za Janusza gotowe są rzucić na szalę cały swój autorytet, cały dorobek, zakwestionować wiele, jak nie wszystko, co przez te lata same zbudowały. Bo to nie jest przypadek, że na raz tyle kobiet się rzuciło, by dawać świadectwo w obronie Janusza. Zresztą, z całym szacunkiem, większość tych świadectw na tyle jest bełkotliwa, że wręcz wygląda jak pisanie w malignie. Obserwowanie tego z bliska, to jest z bliska w sieci, jest  na swój sposób doświadczeniem historycznym. Bo to nie o jedną rzuconą „kurwę” tu chodzi, ale o to, że po raz pierwszy „na żywo” oglądamy medialne samobójstwo w afekcie. Dokładnie takie, o jakich nas uczono na pogadankach z literatury.

 

%d blogerów lubi to: