Ronaldo i teoria agencji

11/07/2018 6 Komentarzy

Aby zrozumieć, czemu Cristiano Ronaldo zostaje sprzedany za marne 100 milionów, a więc w cenie dwóch Paulihno, trzeba zrozumieć, czym jest teoria agencji. I jak dobrze rozumie ją, być może najlepiej zarządzany obecnie klub, jakim jest Real Madryt.

Otóż zakłada ta teoria, że przy rozdziale własności (socios) od zarządzania (pracownicy) istnieje ryzyko sprzeczności interesów tychże właścicieli i pracowników. Interesem socios jest dobro klubu, interesem pracownika Ronaldo jest interes Ronaldo. Interesem socios jest wygrywanie więcej niż 2 mistrzostw La Liga w dziesięć lat, interesem Ronaldo jest zdobywanie złotych piłek. Dla socios liczy się cały rok, dla Ronaldo dziś liczy się już tylko 10 spotkań w fazie grupowej ligi mistrzów. Widać to było po tym, jak się smuci, że to Bale był bohaterem finałów. Do pewnego momentu zbieżność interesów istniała, ale w momencie, gdy klub chce wreszcie wygrywać najtrudniejszą ligę krajową świata, a Ronaldo wie, że czwarta liga mistrzów z rzędu w tym samym klubie jest mniej prawdopodobna niż w pierwsza w innym, nastała pora, aby się rozstać.

Powiadają, że Real nie znajdzie piłkarza, który dostarcza po 50 goli w sezonie. Owszem, ale na gole Ronaldo trzeba patrzeć w pakiecie z golami Benzemy. Ronaldo, zwłaszcza w tym wieku, potrzebuje Benzemy robiącego przestrzeń, wystawiającego piłki i przede wszystkim strzelającego mało bramek. Tak, aby splendor spadał tylko na numer 7 z Madery. Zastąpienie strzelca 50 goli jest niemożliwe, ale zastąpienie dwóch strzelców strzelającymi średnio po 30 goli jest możliwe jak najbardziej.

Fakt, że Real okazał się puścić Ronaldo tak szybko, znaczy że ma już nagraną parkę. Ten mundial trochę namieszał, ludzie patrzą na zawodników przez pryzmat tych kilku spotkań, tymczasem jeśli chcesz wydawać osąd, musisz mieć więcej danych z dłuższego okresu. A te dostarcza tylko sezon ligowy.

Osobiście nie chce mi się wierzyć, że szejk z PSG puści dwie gwiazdy. Rok temu puściłby Mbappe, teraz nie puści za nic. Osobiście uważam, że Hazard i jakiś nr 9 przyjdzie do Madrytu. Osobiście uważam, że niepotrafiący strzelać wielu goli, holujący piłkę i dryblujący Hazard i niepotrafiący strzelać wielu goli, holujący piłkę i dryblujący Isco to za dużo grzybów w barszczu. Osobiście uważam, że Mane z Liverpoolu i Lewandowski z Bayernu byłby najlepszym możliwym wyborem.

Wielu śmieje się, że po słabym mundialu Lewandowski nie ma szans na transfery. Tymczasem, przy tak słabym mundialu, jest Real go w stanie wyjąć z Bayernu o wiele łatwiej. Po prostu aktywa spadły na wartości.

A Ronaldo? Cóż, istnieje kilka klubów kluby, które co roku potencjalnie (!) liczą się lidze mistrzów: Real, Juve, Bayern, Barca, Atleti i chwilowy przebłysk z Anglii albo Francji. Wybrał Ronaldo więc klub, który kolejne złote piłki mu może zapewnić przy kolejnych finałach. A że we włoskiej lidze będzie strzelał mniej, bo tam lepiej grają w obronie? Cóż, ligi krajowe nie mają przecież dla niego żadnego znaczenia. Tymi fascynują się tylko ci, co klubom są naprawdę oddani.

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Mundialowo: Czeryszew Czernyszewski

08/07/2018 1 komentarz

 

 

Ktoś zapoznał mnie z Andrzejem Derenkowem, właścicielem małego sklepiku spożywczego ukrytego przy końcu ubogiej, wąziutkiej uliczki nad parowem zawalonym śmieciami.

Derenkow, poczciwina o uschniętej ręce, o dobrej, okolonej jasną bródką twarzy i mądrych oczach miał najlepszą w mieście bibliotekę zakazanych i rzadkich książek, korzystali z nich studenci licznych zakładów naukowych Kazania i różni ludzie o rewolucyjnych przekonaniach.

Sklepik Derenkowa mieścił się w niziutkiej przybudówce przy domu należącym do skopca wekslarza. Drzwi ze sklepu prowadziły do dużego pokoju, do którego sączyło się skąpe światło przez okno wychodzące na podwórze; za tym pokojem – w jego przedłużeniu – mieściła się ciasna kuchnia, a za kuchnią, w kącie ciemnej sionki łączącej przybudówkę z domem, kryła się niewidoczna komórka, która służyła za schowek dla „podstępnej” biblioteki. Część książek stanowiły odręcznie przepisane, grube zeszyty; były wśród nich Pisma historyczne Ławrowa, Co robić? Czernyszewskiego, niektóre artykuły Pisariewa, Car-Głód, Przemyślna mechanika. Wszystkie te rękopisy przeszły przez wiele rąk, były postrzępione, zmięte.

Maksym Gorki, Moje uniwersytety, tłum. Krystyna Bilska

Mało na tym mundialu jest Rosji. Właściwie nie ma jej wcale. Nie ma reportaży, wywiadów, oburzeń, zachwytów. Nie ma architektury Petersburga, dzikiej przyrody, nie ma nic. Tak jakby całe te święto odbywało się na dziwnej planecie bez ludzi, bez historii. Tak jakby to Czaadajew miał rację.

A racji mieć przecież nie może. Nie dalej jak kilka miesięcy pisał Wojciech Orliński notkę o Czernyszewskim, o tym, jak Czernyszewskiemu zawdzięcza Rosja Lenina, bo to Czernyszewskim w swoim „Co robić?” dał pierwowzór zawodowego rewolucjonisty. Naiwne i źle napisane, ale przeszło do historii za sprawą Rachmetowa – pisał Orliński, o książce, którą tak samo wyśmiewał Kołakowski z Nabokowem, a która zmieniała losy tej części świata.

Albowiem, to nie Rachmietow dał bilet do historii. Tego opisano w Biesach. „Co robić?” przeszło do historii na skutek pewnej wizyty w Londynie, na pewnych targach, gdy w odstępie kilku lat pewnych dwóch Rosjan, niejaki Fiodor Dostojewski i niejaki Nikolai Czernyszewski ujrzeli w Londynie pałac z kryształu. Przeogromną konstrukcję ze stali i szkła, która tego pierwszego tak przeraziła, a tego drugiego tak zachwyciła, że właśnie w „Co robić?” opisał życie w szklanych domach. Tak, tak: w szklanych domach. Tych szklanych domach, które pod tą szerokością geograficzną stały się memento dla każdej lewicy, tych szklanych domach, o których czytano w komórkach, przekładano sobie je z rąk do rąk.  Tych szklanych domach, na który budował także i polski PPS.

Dziś mało kto o tym pamięta. Dziś, czytając „Co robić?” wydobyte z czeluści bibliotecznych magazynów, musiałem przerywać kartki, nikt już do tego nie zagląda. Nikt nie rozumie. Dopiero Grzegorz Przebinda (tak, ten od „rodzinnego” przekładu Bułhakowa) w swojej monografii o Czernyszewskim jako późnym wieku Oświecenia odpowiednie daje rzeczy słowo.

Co ma wspólnego Czernyszewski z Denisem Czeryszewem – piłkarzem reprezentacji Rosji? Poza skojarzeniami skaczącymi po nazwiskach (Hume powiedziałby asocjacjach)? Poza miejscem urodzenia Czeryszewa, gdzie cichej, ukrytej komórce Derenkowa studenciaki też czytali „Co robić?”. Poza faktem, że Crystal Palace jest już pamiętane, właśnie jako klub piłkarski, a nie pałac z kryształu? Co ma wspólnego z tym, że tak jak Gorki w tej komórce, tak i Czeryszew zniknął w światowym futbolu?

Nic a jednocześnie wszystko. Nic, po na podobnej kaskadzie skojarzeń zbudować można wszystko. I wszystko, bo tak, jak Czernyszewski dał Rosji historie lewicy, tak Denis Czeryszew dał im historię futbolu.

Mundialowo: Kogo szkoda, kogo?

06/07/2018 2 Komentarze

 

Ze wszystkich dzisiejszych przegranych najbardziej nie szkoda Neymara. Od dłuższego czasu, w tandemie ze swoim tatusiem, reprezentuje wszystko, co w tym sporcie najgorsze. Drodzy kibice Realu: „Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami (Mt 23,10), bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Galopujacy major. Znaczy Ferenc Puskas ;)

Nie szkoda mi było Mbappy, który kolejny raz dostał lekcje, że nie zawsze, a właściwie to prawie nigdy, nie będzie miał tyle przestrzeni, co z Argentyną. W jednej z piękniejszych scen, serialu mojego dzieciństwa, zwanego „Cudowne lata”, jedzie Kevin z ojcem na mecz koszykówki podpatrywać lokalnego gwiazdorka i gdy wszystko do przerwy jest bardzo blisko OK, stary Jack Arnold mówi: teraz go podwoją i przegracie. I rzeczywiście, przegrywają. Mbappe nie przegrał, ale on już wie, w przeciwieństwie do piknik-dziennikarzy, że od teraz będzie dwa razy trudniej. Dlatego zaczął nurkować.

Nie szkoda mi było Urugwaju. Z całą moją sympatią do tego państwa, które w swoim lewicowym modernizmie zdaje się wyprzedzać ten nasz odstręczający kupa-niezłomny grajdół o kilka dekad, prawdziwe drużyny weryfikuje to, jak się zachowują po stracie bramki. A strategia ofensywna półfinalista mundialu nie powinna tylko zakładać 48 wrzutek w pole karne.

Nie żal mi też Kevina de Brune, gdyby tylko liga angielska nie była taki pośmiewiskiem i futbolem troglodytów uczonych podstaw przez Guardiolę i Kloppa, byłby Kevin wymieniany wśród faworytów Złotej Piłki. Wszyscy jesteśmy tylko dziećmi z zawiedzionymi nadziejami na prawdziwe granie, Kevin jest do nas najbardziej podobny, dlatego tak mocno bije nam serce.

Nie żal mi Edena Hazarda, że znów się okazał piłkarskim kretynem. Zapłaci, biedak, za to swoją cenę klubową karierą.

Nie żal mi nawet Coutihno – ten, grzeczny chłopiec miał tak bardzo elegancki mundial. Ale, zaprawdę, powiadam Wam: to będzie Barcelonki transfer na miarę Rivaldo albo nawet lepiej. Gdybyś wiedział, co zaplanowali dla ciebie Bogowie?– usłyszał Rollo w Wikingach od faceta od lizania dłoni. Będzie dobrze, człowieku z dziwnie białymi zębami, zrobisz karierę.

Żal mi tylko Tite. Nawet ja, agnostyk, czuję, jak łamie mi się serce, gdy widzę autentyczne chrześcijaństwo doznające porażki. Gdybyśmy wszyscy byli gorący w wierze jak Tite, mielibyśmy piękną teologię wyzwolenia, ale nie jesteśmy, więc mamy tylko Baudelairowską  biedną Belgię i Own gole walczące o króla strzelców.

 

Pierwsze krzesło przy stole bez kantów

04/07/2018 Dodaj komentarz

 

Niestety izraelski Mossad nie jest tak bardzo zainteresowany stanem praworządności w Polsce, nie możemy więc liczyć, że w ambasadzie w Wiedniu podyktuje nam przepisy o Sądzie Najwyższym, a my w 8 godzin posłusznie je uchwalimy. Musimy, jako Polacy, radzić sobie sami. A radzić sobie nie potrafimy, bo z jednej strony mamy autodestrukcyjny pęd jedynowładztwa PIS-u, a z drugiej histerię opozycji podlaną martyrologią. Histerię, która podobnie jak w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, krzyczy, że już jutro, pojutrze, obywatele obudzą się w dyktaturze i cały świat im się zmieni.

Tymczasem nie zmieni się przecież nic… czytaj dalej na gazeta.pl

Mundialowo: Dyskretny uśmiech Brendana Rogersa

03/07/2018 4 Komentarze

It’s easy to defend – równie słynny, co niemiłosiernie uproszczony cytat Rogersa ciągnie się za mną, niczym za nieszczęsnym Brendanem, za każdym razem, gdy przyglądam się kto, kiedy i na jakich warunkach na tym mundialu wygrywa.

Wiele musiał wysłuchać drwin ówczesny trener Liverpoolu, wiele musiał przełknąć, zwłaszcza gdy tracił majstra Anglii w dość kuriozalnych okolicznościach. Dziś też na boisku pomylił się akurat Henderson – ten, który czasy Rogersa doskonale pamięta. I pamięta te wszystkie szyderstwa

Tymczasem ten mundial przyznaje Brendanowi rację. Tak, bronienie jest relatywnie łatwe. Na pewno łatwiejsze niż atakowanie. Dlatego sukces na mundialu odnoszą te drużyny, które nauczyły się bronić. Gra ofensywna wymaga finezji, zgrania, wypracowanych schematów a przede wszystkim czasu. Bardzo dużo czasu. A tego reprezentacje nie mają. Sięgają więc po to, co jest pod ręką. I jest łatwiejsze. Sięgają więc po obronę.

Nie chodzi tu tylko o Urugwaj. Chodzi o Szwecję, która wyrzuciła Niemców i Szwajcarów. Chodzi o Chorwację, która ledwo przeszła Danię. Czy też o Anglię, która psim swędem wyrzuciła Kolumbię. Chodzi o Argentynę, która została wicemistrzem świata, bo straciła tylko 1 bramkę. I o reprezentację Polski, która na Euro niemal otarła się o półfinał, ale ostatnie trzy z pięciu meczów zremisowała.

To, że widzimy w tym mundialu coraz częściej karne. To, że widzimy tak mało bramek, gdy tylko drużyna zdecyduje się bronić, jest właśnie najlepszym potwierdzeniem tezy Rogersa. Wystaw na mundialową imprezę mocno defensywną drużynę, a radykalnie wzrosną Twoje szanse na sukces. Bo rywal, co do zasady, ma ofensywę w rozsypanej mozaice graczy różnych klubów. I wielu schematów raczej się nie nauczy.

Gdy patrzyłem więc dziś na Anglię, obstawiając, który z piłkarzy zostanie scapegoatem w serii jedenastek, nie patrzyłem na Harrego Kane’a, który zagrał przecież o wiele gorzej od wyjadacza Falcao (gość, do kupienia natychmiast). Patrzyłem na grę Anglii bez piłki, pressing i niedopuszczanie elektrycznych Kolumbijczyków pod pole karne. Jeden błąd przy strzale Miny obrazu nie zmienia.

Anglicy wreszcie mają szansę nie dlatego, że Kane dobrze współpracuje ze Sterlingiem. Nie dlatego, że wreszcie mentalnie się przełamali. Ale dlatego, że ich 3-5-2 jest w stanie na ten moment zabiegać każdego. Pytanie tylko, co zrobią, skoro wycofana Szwecja jeszcze bardziej do siebie wzięła słowa Brendana Rogersa.  Wszak na koncie ma już odesłanych do domu Włochów i Niemców.

Mundialowo: Japonia tylko jest najpiękniejsza

02/07/2018 Dodaj komentarz

 

Najmądrzejszym momentem tego meczu była ta krótka chwila, gdy tuż po strzeleniu drugiej bramki Japończycy ruszyli pressingiem na bramkę Belgów. Pomyślałem wtedy: wow, to się naprawdę może udać.

Kto oglądał mecz Japonii z Kolumbią ten widział, jak wspaniała technicznie jest to drużyna. Jaki ma luz w kontroli tempa, panowania nad piłką, grze na jeden kontakt. Jak przerzuca w poprzek, przyjmuje, gra na obieg, jak szuka uderzeń z dystansu. Mecz z Polską to był tylko przykry obowiązek z futbolowymi troglodytami.

Dziś przez całe 90 minut dodali Japończycy do tego wszystkiego boiskową inteligencję. Nie trzeba grać tylko sercem, albo jajami, można też grać z głową. Wykorzystali nawet swój niski wzrost, co przecież miało być ich wadą.

Czasami, gdy gram z synem na szkolnym boisku, widzę, jak starszaki, zwłaszcza ci wysocy, mają z takimi łepkami problem. Bo są mniej zwrotni i punkt ciężkości mają ciut wyżej. Więc szybki, niski piłkarz może im nie tylko błyskawicznie piłkę wyłuskać, ale i nawinąć, tak jak Japończycy nawijali dziś obrońców Tottenhamu. Nieprzypadkowo najniżsi są najlepszymi dryblerami.

Tak, przez całe 90 minut szokowali Japończycy świat swoją boiskową inteligencję. Niestety, spotkania trwają ostatnio ciut dłużej. Wyuczone, bo przecież nie spontaniczne, wystawanie dwóch Japończyków tuż za dwuosobowym belgijskim murem w 94 minucie było prawdopodobnie najgłupszym, co widzieliśmy na tym mundialu. I otworzyło drogę do bramki mądrym Belgom.

Belgowie bowiem też w pewnym momencie podrapali się po łepetynie. Też zaczęli wykorzystywać wzrost, a Hazard, być może sam do siebie wyszeptał: Eden, jeśli chcesz być w raju, przestań wykańczać, a zacznij podawać, bo wykończysz się sam. Nie potrafisz zdobywać bramek, ale potrafisz wykładać piłkę.

Nieszczęściem Japończyków był ten przykry fakt, że w momencie ich całkowitego umysłowego zaćmienia, pełne oświecenia nastało po stronie Belgów. Oświeceniem nazywamy wyjście człowieka z niepełnoletności, w którą popadł z własnej winy – jak pisał pewien pan K. Podanie Kevina De Brunye i pierwszy ruch Lukaku wyciągający obrońcę, a potem drugi ruch Lukakku przepuszczający piłkę był brutalną lekcją piłkarskiej dorosłości, którą, jak na ironię, przez 90 minut udzielali Japończycy.

 

 

Mundialowo: John Luka Andrea Modric Coltrane Pirlo

01/07/2018 4 Komentarze

 

Trane was the loudest, fastest saxophonist I’ve ever heard. He could play real fast and real loud at the same time and that’s very difficult to do,” Davis continued, „because when most players play loud, they lock themselves. I’ve seen many saxophonists get messed up trying to play like that, But Trane could do it and he was phenomenal. It was like he was possessed when he put that horn to his mouth. He was so passionate-fierce-and yet so quiet and gentle when he wasn’t playing. A sweet guy.”

Miles Davis

Gdybym miał do kogoś porównywać mojego ulubionego piłkarza Realu, kogoś absolutnie unikalnego, to wybrałbym właśnie Coltrane’a. Tak jak Trane grał jednocześnie głośno i szybko, tak Luka jednocześnie broni, podaje, strzela. Piłkarz absolutnie kompletny. Pressing? Proszę bardzo. Długi pass? Tiki-taka? Wolny? Odbiór? Dyktowanie tempa? Strzał z daleka? Drybling? Wszystko to ma Luka, co ważniejsze, wszystko to ma w jak najlepszym wydaniu. Nie wiem, czy widziałem równie kompletnego zawodnika. Dlatego muszę szukać u jazzmanów.

Ale dziś zagrał Luka jak Andrea Pirlo. Nie, nie ten Pirlo z 2010, ale ten z 2014. Ten Pirlo z brodą, nad którym tak się cmokało w dziennikarskim światku, ale który nie wyszedł z grupy z Kostaryką. Nie tylko Modrić zmarnował karnego w dogrywce, ale prawie, prawie zmarnował go w serii po dogrywce, dosłownie sekundy dzieliły Schmeichela juniora od wyjęcia tego czubkiem buta.

Pisałem, że nie zachwyca mnie Chorwacja, że z otwartą na oścież Argentyną męczyli się do 70 minuty. Że jak się zabarykadujesz w środku, to jej wolne, mimo wszystko, skrzydła i ociężały Mandzukić mogą nie wystarczyć.

Ale dziś chyba był ten moment. Dziś chyba był znak. Schmeichel senior zerkający na Davora Sukera, który w 1996 tak pięknie mu włożył za kołnierz i Schmeichel junior wyjmujący 3 karne, a mimo to pakujący się właśnie do domu.

I cichy Sancho Pancho Ivan Rakitic, nasz Cannonball Adderley, który nie tylko wślizgiem na linii bramkowej ratował w meczu z Albicelestes, ale dziś wytrzymał ciśnienie przy karnych.

Gdyby świat był sprawiedliwy i ta dwójka doszła do finału, powinni być na podium Złotej Piłki. Ale świat (patrz młody Schmeichel) sprawiedliwy nie jest, więc niech chociaż Luka Modrić dostanie. Zasłużył sobie bardziej niż kolejni, kilkudniowi faworyci.

%d blogerów lubi to: