Seicento lżejsze od powietrza

12/02/2017 11 uwag

W dniu, w którym Beata Szydło przechodziła sarmacką wersję testu Turinga, Jarosław Kaczyński na 82 miesięcznicy katastrofy smoleńskiej mówił Idziemy cały czas tą drogą, która nas doprowadzi niedługo do prawdy, do zwycięstwa. Miesiąc wcześniej, na 81 rocznicy powtarzał Jesteśmy blisko, coraz bliżej prawdy, a w 79 rocznicę z kolei O tragedii smoleńskiej wiemy coraz więcej, ale ostateczne ujawnienie prawdy jeszcze przed nami.

Dziś, po ponad roku rządów, nie tylko nie ma wraku, którego nieudacznik, rzecz jasna, Tusk nie potrafił sprowadzić, ale nie ma dosłownie niczego poza rachunkiem podkomisji na 3 mln PLN. Nie ma, nie tylko dlatego, że wyborcy Jarka mają Smoleńsk w całkowitym poważaniu (stąd zerowa presja na Jarka, aby wreszcie podał wyjaśnienia). Nie ma także dlatego, że i sam Jarek na swej liście nażarcia się państwem aż do urzygu, Smoleńsk ma daleko, daleko w tyle. Oto przecież te same sądy, do których zwrócić się mają frankowicze o pomoc, orzekły, iż poseł Sasin nałgał o tym, że jego pracownicy nic nie wiedzieli o niebezpiecznym stanie smoleńskiego lotniska. I co? I nic. Sasin teraz powiększa Warszawę do rozmiarów Moskwy. Czy gdyby Wam brat prezydent zginął w katastrofie, trzymalibyście podwładnego, którego pracownicy swego czasu mieli taką wiedzę, a potem ów podwładny łgał, że je nie mieli? No właśnie.

Ale nie ma też dlatego, że oto PIS, literalnie wręcz mówiąc, natyka się na barierę, której nijak nie da się obejść. Natyka się na barierę praw fizyki, czy może raczej praw przyrody.  Możesz zatrudnić pieczeniarzy, aby gumkowali serduszka, gomułkowsko wyzywali opozycję, ale to nie zmieni faktu, że,jak nie wymienisz opony, to opona pęknie. Możesz brać do Trybunału plagiatorów, nieuków, agentów czy handlarzy długami szpitali, ale to nie zmieni faktu, że jak jeden z tych sędziów wyjeżdża pod furgonetkę, to kierowca furgonetki ląduje w szpitalu. I leczy się miesiącami. Możesz zakładać strony dezinformacja.net, denazyfikacja.net, dezynseksja.net, ale jak się przed krzyżówką rozpędzisz, to wnet na czerwonym świetle zaliczysz karambol. Możesz wreszcie postawić tchórzliwego mydłka, który zamiast brać odpowiedzialność na klatę, będzie winę za wypadek zwalał na hejterów od memeszmieszków. Ale jak robisz mijankę na podwójnej ciągłej, to BORowik ma złamane dwie nogi i miednicę. Możesz powołać komisje, podkomisję, podpodkomisję, kupić 100 000 puszek Redbulla i zapłacić sześć, osiem milionów PLN, ale jeśli ogólnie rzecz biorąc, pizda tutaj jest, a ty, słysząc terrain ahead, jeszcze raz będziesz pruł w kierunku skorupy ziemskiej, to znów będziesz miał 96 ciał w różnych kawałkach. I nie ma takiej komisji, która symulacją sterty desek przekonująco ujawni prawdę, że to musiały być 2 wybuchy, dlatego ich nie słychać na taśmach. Możesz mieć 40, 60, 80% poparcia, ale praw przyrody nie zakrzyczysz, a one, wcześniej czy później znów powiedzą ci: sprawdzam. Tak jak na pewne zapytanie powiedziały sprawdzam posłowi Gosiewskiemu.

Homeland homoseksualny

06/02/2017 24 uwag

 

Trzeba było postaci tak obślizgłej jak Rafał Ziemkiewicz, żeby głośno zasugerować, iż być może to stary, dobry romans stoi za polityczną nieusuwalnością kogoś tak absolutnie zbędnego partii jak Bartłomiej Misiewicz. Sam Ziemkiewicz pisze, że rozumem tego fatalnego zauroczenia nie idzie wyjaśnić, co dziwić nie powinno, wszak to rozum Ziemkiewicza, a więc skomplikowanego procesu myślowego nikt spodziewać się nie powinien. Oczywiście trzymanie przez Macierewicza kogoś przynoszącego tak potężne wizerunkowe straty jak Misiewicz, można tłumaczyć na inny sposób niźli tylko homoseksualny romans. Ot, choćby szeroko rozumiana lojalność, wojny frakcyjne, unikanie ryzyka ujawnienia przez Misia antoniowych finansów, czy wreszcie jako granicę, jaką w relacjach prezesem wyznaczyć mógł sobie Antoni (Ty mi, Jarku, kadr nie będziesz dobierał). Z drugiej strony nie oznacza to, że Ziemkiewicz nie mógł trafić, albowiem nikt z nas nie wie, co tak naprawdę kieruje Macierewiczem w utrzymywaniu tego balastu.

Załóżmy jednak na moment, że Ziemkiewicz ma rację. Rodzi to całą gamę teoretycznych pytań. Począwszy od tego, czy prawicowe homofoby powinny być outowane w ramach zemsty, czy może raczej bliższego im oko za oko, ząb za ząb? Wszak skoro swoją homofobią krzywdzą innych ludzi, czyż nie powinni samemu przekonać się jak to smakuje? Pojawia się też kwestia, na ile romans polityka powinien niejako ustępować przed interesem państwa, a na ile to prawo jednostki do szczęścia winno mieć pierwszeństwo nad sprawami państwowymi? Słowem kazus Moniki Lewinsky. Wreszcie, czy sam fakt niniejszych rozważań nie stanowi swoistej homofobii: oto, aby dopiec – co tu dużo mówić – nielubianemu ministrowi, rozważa się publicznie o jego orientacji? Sytuacja przypomina trochę problem żydowski, czy publiczne pisanie o żydostwie Agaty Dudy-Kornhauser jest maskowanym antysemityzmem, czy, jak sądzi jej brat, jest absolutnie dopuszczalne i dopiero omijanie tego tematu stanowi zawoalowany antysemityzm? Wydaje mi się, że w kontekście polityków potencjalne romanse homoseksualne powinny być analizowane podobnie jak heteroseksualne – tj. jako element pewnego politycznego scenariusza. Oczywiście pod warunkiem czystych, niejako analitycznych intencji oraz dużego prawdopodobieństwa, że ów romans jednak miał miejsce. W niniejszym przypadku poza domysłami Ziemkiewicza, i logicznie rzecz biorąc zaledwie jednego z wielu potencjalnych wyjaśnień, nic więcej nie ma. Toteż rozważania mogą być czysto teoretyczne, a ich lektura skierowana do tych, dla których fakt romansu heteroseksualnego nie jest czymś degradującym, a kto wie, może wręcz przeciwnie (a jednak ma Antek ludzkie cechy).

To, co więc najbardziej mogłoby niepokoić w owym ziemkiewiczowskim scenariuszu, to nie fakt, że ktoś jest homoseksualistą, niechby i nawet biernym. Bo to akurat nie niepokoi w ogóle, poza ewentualnymi kryteriami awansu w MON. Podobnie jak fakt, że ktoś trzyma swojego chłopaka, który destabilizuje mu wizerunek partii, co trafia akurat do tych wyborców, dla których nie tyle demolowanie Trybunału, co rozpasanie władzy jest nie do zniesienia. Bo to akurat same korzyści.  To, co mogłoby najbardziej niepokoić, to zestawienie faktu, że wyborcy Macierewicza by mu jego orientacji nie darowali z ewentualną wiedzą obcych wywiadów o owej tajemnicy. A więc akcja Hiacynt II. To, co mogłoby tłumaczyć, czemu Macierewicz wsypał kolegę za opozycji, czemu w latach 80tych namawiał do sojuszu z ZSRR, czemu skompromitował lustrację, a teraz skompromitował jakiekolwiek dalsze śledztwo smoleńskie, zawczasu uciekając z miejsca tragedii, którego po 7 latach nadal nie potrafił odwiedzić. Czemu rozbraja armię upokarzając NATOwskiego sojusznika, czemu ostentacyjnie obraża Chiny. I czemu, jak twierdzi Piątek, ma kontakty z kapusiami SB i jak zauważa Jan Śpiewak z podejrzanymi prorosyjkimi biznesmenami. A za kierowcę wybrał sobie faceta, co woził wierchuszkę PRLowskich generałów. To właśnie, ta koronkowa robota jakiegoś rzeczywistego Saula z Homeland mogłoby niepokoić, gdyby, rzecz jasna, było prawdą.

A ponieważ nie wiemy, czy to jest prawdą, powinniśmy nie tyle ziemkiewiczowsko fantazjować o przyczynach, co nie-ziemkiewiczowsko o skutkach. Bo to nie kwestia ewentualnego romansu jest tutaj niepokojąca, ale kwestia, że wszelkie ruchy Macierewicza układają się w pewną, niepokojącą całość. I jest odpowiedzialnością Jarosława Kaczyńskiego, czy na takie ryzyko w tak kluczowym resorcie się godzi. Bez względu na to, czy mogło to być spowodowane romansem, chorobą, czy kto tam jednej wie, czym jeszcze.

Murem przeciw sierotom

05/02/2017 1 komentarz

 

Nie jest prawdą, wmawianie przez wrogie siły Narodu, jakoby strach przed przyjęciem 10 sierot z Aleppo, dowodzić miał, że minister spraw wewnętrznych blisko 40 milionowego kraju kompletnie sobie nie radzi. I że skoro 10 dzieci go potrafi nastraszyć, to ta chodząca galareta powinna szybcikiem podać się do dymisji, bo co, gdy zamiast 10 dzieci, przyjdzie 3 pijanych Rosjan i 1 zawzięty Osetyjczyk? Nie jest prawdą, albowiem mamy przecież do czynienia z rządem, który nie tylko nie potrafi zapewnić, żeby na czas opony w prezydenckiej limuzynie zmienić, albo żeby się do niej nie włamywali, ale też nie potrafi bez karambolu ministra na nagrodę Proktologa Roku dowieźć, o policzeniu pasażerów rządowego embraera nie wspominając. Skoro więc nawet ze złośliwością rzeczy martwych sobie nie radzą, to jak mają sobie radzić z rzeczami (do czasu!) żywymi, nawet jeśli to tylko dzieci.

Zanim jednak dobra zmiana sama się pozabija w rozmaitych wypadkach drogowych, lotniczych, tudzież czołgowych, zanim minister Sasin z kolegami znowu informacje o stanie lotniska odbierze, warto zaryzykować i zastanowić się, co zrobić, żeby dzieci te jednak do Polski przyjechały.

Najpierw trzeba by je przewieźć, ale załóżmy, że one tu jednak już są. Ot, zostały po Światowych Dniach Młodzieży, wszak wiadomo, 10 dzieci syryjskich zagrożenie stanowi, a około miliona pielgrzymów z całego świata zagrożenia stanowić nie mogło, bo kto to słyszał, żeby muzułmańscy terroryści oszukiwali i się za chrześcijan śmieli przebierać. Za islamskie dzieci to co innego. Przypuśćmy więc, że syryjskie dzieci po całej tej jubie w Polsce zostały, dajmy na to w tych pokojach, co to je Episkopat miał opłacić, ale nie opłacił, więc opłacą wszyscy Polacy ze swoich podatków. Jak zapewnić, żeby ich zestrachany minister nie eksmitował?

Teoretycznie najpewniejsze byłoby zaszycie tych sierot w macicach polskich kobiet, bo wtedy wiadomo życie poczęte, i zamiast Jana Śpiewaka, dzieci syryjskie adaptowałby redaktor Terlikowski. Niestety praktycznie wciąż to jednak nie jest możliwe, być może kiedyś postęp medyczny to zmieni. Wszak, skoro macica to tylko i wyłącznie kraina dzidzi poczętej, to rząd mógłby w imię stanu wyższej konieczności kobiece macice po prostu wywłaszczać i przyznawać, na przykład, siostrom Bernadettom, żeby porodu w tym bożym ogrodzie dopilnowały.

Nie można z dzidzią poczętą, ale można z adopcją. Można by więc ogłosić, że syryjskie dzieci zostaną poddane zagranicznej adopcji. Wówczas podniósłby się gwałt i rwetes, że jak to można, dzieci, boże stworzenia, innym obywatelom, obywatelom do tego nieznanym, dzieci oddawać? Wszak to delikatne i bezbronne istoty. Dla lepszego efektu powinna to być, rzecz jasna, adopcja przez parę homoseksualistów! Nic tak nie wzburzy narodu ukochanego przez Jana Pawła II jak oddawanie dzieciątek tym perwersyjnym pedałom, najlepiej z Holandii albo innej Francji.

Gdy jednak i to by nie poskutkowało, zostaje jeden niezawodny sposób. Otóż dzieci te powinny łamaną polszczyzną ogłosić, że chcą poddać się eutanazji. A eutanazja, i to eutanazja dzieci, jest moralnie niedopuszczalna i prostą wiedzie ścieżką do upadku cywilizacji. Żeby więc dzieci te uratować, żebyśmy nie stoczyli się tam, gdzie skończyła Belgia, musielibyśmy, jako Naród, dzieci te od eutanazji odwieść. O ile by, ku naszemu, polskiemu szczęściu, dzieci owe po drodze z głodu po prostu nie zdechły.

A gdyby już udałoby się problem morderczych sierot rozwiązać, pozostałby problem tych kilkunastu tysięcy terrorystów, którzy tylko marzą, aby wysadzić w powietrze wolną Polskę wolnych Polaków. Wszak, drodzy rodacy, skoro tysiące terrorystów przyjęła do Niemiec Merkel, a na granicy z Niemcami nie ma żadnej bariery, to oni już szykują turbany i gotowi są Zgorzelec i Poznań najechać. Dlatego, aby uratować się przed rzezią, jaką Waszym mamom, żonom i babciom muslimy chcą lada chwila zgotować, musicie koniecznie zbudować wielki polski mur na granicy z Niemcami, a potem jeszcze Szwecją, a nawet Czechami. Tylko to zapewni Wam bezpieczeństwo, bo inaczej znani muzułmańscy terroryści jak gejabomber, Cyba czy Brunon K. Wam powiększoną stolicę wkrótce wysadzą.

 

Domykanie systemu

03/02/2017 4 uwag

 

Ze wszystkich systemów, z systemem karnym poszło najłatwiej. Od dobrego roku oskarżenie jakiegokolwiek człowieka władzy o jakiekolwiek przestępstwo jest praktycznie niemożliwe. Tak jak niemożliwe jest dalsze prowadzenie przeciwko niemu postępowania. W przypadku zaś, gdy jakimś cudem sąd zdąży wyrok zapodać, na końcu przewodu pokarmowego zawsze można spotkać klęczącego pana, który między mszą a festiwalem kaszy odpowiednią parafkę na dokumencie złoży. System jest więc poniekąd kompletny: zaryglowany od przodu, środka i końca. Ale system karny to nie wszystko. Ludzie władzy mogą bowiem zostać trafieni np. w procesie cywilnym albo w procedurze administracyjnej czegoś im się zabroni. Na przykład połączenia muzeów w dniu 1 lutego. I dlatego system trzeba domknąć.

Pierwszym krokiem jest przejęcie Krajowej Rady Sądownictwa tak jak przejęto Trybunał. Nie, to nie oznacza, że wszystkich sędziów się wyrzuci z roboty. Nie oznacza też, że sędziowie podczas orzekania będą mieli broń przystawioną do głowy. Ba, nie oznacza też, że być może rzeczywiście proces awansu nie zostanie w pewien sposób zrównoważony i zdemokratyzowany, jeśli chodzi o samych kandydatów. Oznacza to jedynie, że dany sędzia w tej jednej jedynej sprawie na sto, dwieście innych spraw, sprawie akurat dotyczącej obozu władzy powinien się w swoim orzekaniu poważnie zastanowić. Bo od tego zależeć będzie jego awans zawodowy. A zastanowić się powinien czym prędzej, bo zaraz nadejdzie krok drugi, czyli reforma sądów. I analogicznie do zarządzania korporacją, zmieni się strukturę tylko po to, żeby móc na nowo o awansach i przydziałach zadecydować. Sędzia Tuleja w wersji optymistycznej zostanie tam, gdzie został, a w wersji pesymistycznej uda się w stan spoczynku.  O ile nie będzie miał ludowej dyscyplinarki.

Czemu warto pisać te banały? Bo mam wrażenie, że wielkie punditowe umysły jak prof. Łętowska czy Ludwik Dorn nie do końca to rozumieją. Nie, pani profesor, nie chodzi o odstraszenie i efekt mrożący w stosunku do uczestniczących w zgromadzeniach. Protestować nadal będzie można, co notabene dla mniej bystrych propagandzistów stanowi dowód, iż demokracja kwitnie (Poznań 56 to musiała być demokracja, skoro tyle ludzi na ulicach). I nie, panie Ludwiku Dorn, to nie jest tak, że nikt pana, na rozkaz władzy, nie będzie aresztował, bo się boi konsekwencji w dłuższej, ponad jednokadencyjnej perspektywie. Chodzi tylko i przede wszystkim o to, żeby władza mogła uderzyć punktowo. Nie masowo, jak przy zgromadzeniach, bo to wymaga iście totalitarnego wysiłku, ale punktowo, czy to w stosunku do Dorna czy innego Ludwika. A jak uderzy punktowo, to nie będzie co zbierać. Istotą całego projektu jest przecież skopiowanie Orbanizmu. Istotą Orbanizmu jest z jednej strony trudno usuwalna władza, władza, która tak gorąco wierzy w omnipotentny układ, że chcąc być równie omnipotentnym zastępuje go układem własnym. Ale też Orbanizm to władza, w stosunku do której niezadowoleni wyborcy mogą heheszkować, fejsbukować, twitterować, robić memy, a nawet chodzić na demonstrację. Władza, z której można się śmiać, którą można zwyzywać, wreszcie władza, która nie rości sobie totalitarnych pretensji. Ta władza tylko nie lubi, gdy ktoś lub coś staje jej na drodze. Czy to sędzia, polityk, urzędnik czy dziennikarz. I jak stanie na drodze to trzeba go zdeptać. Tylko wedle newsów ostatnich dni z roboty wyrzucono gen. Skrzypczaka, bo skrytykował Misiewicza, zawieszono dziennikarz radia Merkury, bo śmiał przepytywać Czarneckiego Ryszarda, a PAP wycofał wywiad z Łuszczyną o książce Polskie Obozy Śmierci. Dlatego prof. Gersdorf mówi o czasach próby, mimo posiadanych kredytów, a dziekan warszawskiej rady adwokackiej o latach 80tych.

Powiada z kolei prof. Łętowska (i nie tylko) o inflacji słów i nadużywania słów faszyzm etc. Tyle że to działa w obie strony. Utarło się przekonanie, że kraj faszystowski to od razu piece krematoryjne. A przecież krajem faszystowskim były Włochy, przecież dyktaturą była ta ukochana przedwojenna Polska. Ich obywatele też pewnie zadawali sobie pytania: a na co nam trójpodział władzy, do michy ci trójpodział władzy nic nie naleje, a są z nim same kłopoty, bo nie ma tego jednego, jedynego, co walnie pięścią w stół i powie, że ma być tak i tak.

Pytanie: po co to reżimowcy robią, skoro niejako na tacy podają przepis jak ich w przyszłości prześladować? Wszak skoro można jednym przepisem zakazać kolejny kandydować Gronkiewicz Waltz, to można i jednym przepisem zakazać kandydować posłowi Kaczyńskiemu.

Ano robią tak, bo serio są przekonani, że porządzą 2-3 kadencję, gdyż żelazne 25% elektoratu da się zamienić na 30-40 poprzez oszukiwanie na ordynacji. Serio są przekonani, że tak jak teraz Trybunał zamilkł, tak gdy opozycja dojdzie do władzy milczeć przestanie i zbombarduje każdą odważniejszą ustawę opozycji. I wreszcie serio są przekonani, co do braku odwagi opozycji co do Trybunału Stanu czy wsadzania do pierdla. Polska jest krajem jednej wielkiej nieodpowiedzialności: nie poniósł odpowiedzialności Kwaśniewski, nie poniósł Ziobro, nie poniósł Chlebowski z Drzewieckim, nie poniósł Wałęsa za swoje lustracyjne matactwa, więc nie poniosą i oni.

Jeśli więc Rafał Woś pyta, co po PiSie – w pierwszej kolejności odpowiedzialność i jeszcze raz odpowiedzialność za dawne grzechy.

Szczuj i rządź

01/02/2017 2 uwag

 

Długo nie trzeba było czekać na samorządowe manipulacje wyborami w Warszawie, właśnie się dowiedzieliśmy, że Warszawa będzie miastem od Grodziska Mazowieckiego do Wołomina, ale już nie z Podkową Leśną, co nota bene nie tylko pokazuje podręcznikową wręcz bezczelność panującego reżimu, ale też wprost wyznacza miejsca wciąż nieskalane brunatnymi popłuczynami.

Nie wiedzieć czemu, rozmaite pundity, jako główną intencję reżimu, co do przejęcia, a właściwie to uprowadzenia, władzy w Warszawie podają rzekomy prestiż, a przecież chodzi o coś zupełnie innego. Po pierwsze, reżim nie toleruje ośrodków jakiejkolwiek władzy alternatywnej, stąd zamach na niezawisłe trybunały czy sądy. Jak teoretyzuje Benajmin Barber, czy praktycznie pokazuje Nowy Jork przy muslimban albo Poznań przy invitro, samorząd poprzez swoje fundusze potrafią rozgrywać sprawy polityki krajowej, potrafią być realną, bo mającą realną władzę, opozycją. Po drugie, Warszawa to miejsce zamieszkania Naczelnika, a więc i pewnego dyskomfortu. A gdy Naczelnik ma dyskomfort podczas miesięcznic smoleńskich, to się zmienia ustawę o zgromadzeniach, gdy ma dyskomfort, co do mikrofonów na korytarzach sejmowych to się wyrzuca media. Gdy ma dyskomfort, co do włodarzy miasta Warszawa, to się im zakazuje kandydować i powiększa się miasto, tak żeby swoje ugrać.

Kluczowe jest oczywiście nie tylko powiększenie 18 dzielnicowej Warszawy o 32 gminny, ale mechanizm wyboru radnych do miasta Warszawy i podejmowania przez nich decyzji. Oto radni zostaną wybierani po jednym z każdej gminy, co oznacza, że na 18 radnych przypadać będzie 32 radnych warszawskiego obwrzanka, czyli warszawscy radni będą w Warszawie mniejszością. Jako proporcjonalny ochłap – moim zdaniem ochłap w ostatniej chwili będzie wykreślony – pojawił się mechanizm podwójnego głosowania, czyli większość ma być wtedy, jeżeli za przyjęciem uchwały głosuje: 1) większość́ ustawowego składu rady; 2) taka liczba radnych, że mieszkańcy reprezentowanych przez nich gmin lub dzielnic stanowią̨ większość́ ludności zamieszkałej na obszarze miasta stołecznego Warszawy. W praktyce może to oznaczać, że głos radnych w obwarzanku warszawskim jest w stanie zawetować radnych warszawskich, a zwycięstwo w jednej z większych dzielnic de facto daje obwarzankowi większość. Co najważniejsze gminy/dzielnice są jednomandatowymi okręgami wyborczymi, co pozwala PiSowi w obwarzanku wygrać do zera (przy podzielonej opozycji i zakazie kandydowania popularnym samorządowcom), wyeliminować lewicę (sorry Razemki) oraz ułatwia kontrolowanie radnych przez pisowską centralę.  A jeśli opozycja pójdzie po rozum do głowy i wystawi wspólnego kandydata, to takiego jednego kandydata zawsze łatwiej zdyskredytować zarzutami prokuratorskimi (kazus Zdanowskiej) i pomówić w partyjnych mediach. Słowem, same, znane od lat, „plusy” JOWów.

Dla dawnej Warszawy będzie to miało skutki tragiczne, bo oznacza, że bez względu na układ polityczny, radni z obwarzanka będą mogli przeciągnąć znaczną część środków budżetowych dla swoich gmin, kosztem warszawskiej centrali. Dla miejscowości obwarzanka teoretycznie oznaczają większe wpływy, ale też tylko w przypadku, gdy radni obwarzanka będą trzymali wspólny front. Jeśli zaś kilku z nich dogada się z radnymi ze centralnej Warszawy, wówczas pozostali radni z obwarzanka zostaną na lodzie. I, dajmy na to, gmina Kobyłka będzie finansować trasę Józefów – Karczew.

Oczywiście, to nie jest tak, że pomysł powiększenia Warszawy ma same minusy. Propagandyści władzy, pożyteczni idioci, idioci zwyczajni, czy wreszcie symetryści, znajdą pewnie wiele zalet, bo rzadko jest tak, że nawet najgłupsza rewolucyjna zmiana przynosi tylko same straty. Stąd robotą propagandy, czy to autentycznie zaangażowanej, czy symetryczna heheszkowej jest wyłuskiwanie tych złotych ziaren z krowiego placka i pokazywanie wszem wobec jak to krowi placek złotem błyszczy.

Kolejne zawłaszczania państwa przez reżim ma jednak tę wadę, że obróci się przeciwko niemu, gdy reżim wybory przegra. Opozycja ma więc szansę na próbę odzyskiwania wyborców, bo podpowiem: właśnie od tego jest opozycja. Można to robić, apelując do wyborców, ile politycznie stracą na połączeniu, wszak teraz oddzielne samorządne miasta staną się ledwie gminami, masę ich spraw bez nich może decydować Warszafka. A to nie każdemu się tak bardzo uśmiecha. Można robić analogiczne NieDlaDużego Opola w każdej gminie, ale do tego potrzeba czegoś więcej niż rozbrajająco cynicznej wizyty Schetyny u protestujących na głodówce.

Moim skromnym zdaniem stanie się jednak inaczej, dojdzie bowiem do jednego wielkiego hejtu, mieszkańcy Warszawie słusznie oburzeni „okradaniem ich z własnego miasta” skierują całą nienawiść na „wieśniaków”, co za nich będą decydować, w odwecie owi „wieśniacy” będą z uśmiechem na ustach miastowym paniczykom „dojebywać” w wyborach. Istotą pisowskiego zamachu jest bowiem ten zgrany, acz wciąż skuteczny chwyt, gdy jednych napuszcza się celowo na drugich, tak aby na tym konflikcie robić sonie wyborcze rodeo. Polska liberalna vs Polska solidarna, elity vs kochając lud władza, 500+ vs komuniści i złodzieje, wszystko to już było grane, miasto vs wieś – to tylko kolejna odsłona tej karuzeli, na którą z ochotą wskoczą obie strony sporu, rzecz jasna, zagrzewane przez media.

Płonne nadzieje

27/01/2017 2 uwag

 

Powtarzane z ust do ust marzenie, jakoby chaos edukacyjny miał zaszkodzić PIS, PiS stłamsić albo z PISu zrobić wyborczą miazgę, więcej mają tradycyjnego wishful thinking niż faktycznej analizy.

Po pierwsze timing. Reforma jest szybka, bo następne wybory dopiero za 3 lata. Do tego czasu system okrzepnie, gimnazja będą już tylko wspomnieniem, zmiany lepsze już gorsze staną się codziennością. Na tym właśnie polega administracja – że z jednej strony nigdy do końca nie działa, a z drugiej działa zawsze i nawet najdziwniejsze zmiany wchłonie, przetrawi i jakoś zaadaptuje. Ba, do marca 2017 trzeba zmienić siatkę szkół. A to oznacza, że nawet jeśli ZNP zrobi strajk generalny, dajmy to nawet i w owym marcu, to i tak będzie już pozamiatane, bo przecież nikt na nowo żadnej nowej siatki szkół tworzyć nie będzie. Nikt nie będzie chciał przechodzić przez to piekło ponownie. A to z kolei oznacza, że protest z góry będzie skazany na niepowodzenia, bo się z reformy i tak nie będzie można wycofać. To, co ładnie opanował PiS to działanie metodą faktów dokonanych, po których już nie ma odwrotu. Budżet? Jakie wątpliwości, przyjmujemy przez Senat, Żyrandolowy klepie i co? I jest po ptokach. Edukacja, wprowadzamy i tyle, macie 12 tygodni na zmiany i szlus. Opozycja, czy to ta polityczna, czy społeczna tego nie potrafi, więc przegra. Bo zawsze na koniec klepnie w matę.

Po drugie, powie ktoś, że będą przecież wybory samorządowe. No właśnie. Zarzucanie obowiązków na samorząd bez finansowania to stara sztuczka, sztuczka, która przy obecnej świadomości elektoratu, może się udać. Ba, jestem przekonany, że, jak wzrośnie krzyk, PiS, tuż przed wyborami, rzuci trochę pieniędzy, że niby pomaga, w końcu nie po to wstawili figuranta do Ministerstwa Finansów, żeby ten mógł jakieś veto co do wydatków postawić.  A potem ruszy się do wyborów z hasłami, że burmistrz sobie nie radzi, wójt nic nie potrafi, a dobry rząd pracuje i nawet daje pieniążki na adaptację. A oni nie potrafią. Że to czysty Orwell? A co jest od roku? Ojczyzna Polszczyzna Miodka?

Po trzecie rodzice. Oni będą mieli w poważaniu polityczne przepychanki, tak jak je mieli przy 6latkach w szkołach. Owszem, trochę się powściekali, ale przecież w pierwszej kolejności cała furia szła w stronę nauczycieli, dyrekcji a potem samorządu. Dla nich najważniejsze są ich własne pociechy, podepczą resztę, byleby moja Zosia i Zdzisiu trafili do odpowiedniej klasy.  Znacie kogoś, kto się martwił, że np. przy okazji powrotu sześciolatków do zerówek, zostały wystawione do wiatru trzylatki? Poza rodzicami tychże trzylatków? No właśnie. Więc przy okazji jakiejkolwiek akcji protestu nauczycieli, kochani rodzice ich po prostu zmieszają z błotem za roszczeniowość i Bóg jeden wie co jeszcze, że ich Brajanek się uczyć nie może, a oni tak ciężko pracują, nie to co nauczyciel, co ma 2 miesiące wakacji! Posłuchajcie prawicowych matek, one są całkowicie utwierdzone w reformie, bo serio wierzą, że im się dzieci nie będą puszczać, jak zlikwidują gimnazja, bo przeca one się nie puszczały w ich wieku, a gimnazjów wtedy nie było. Proste? Proste. Jak obalanie globalnego ocieplenie przez okno.

Rzecz jasna, samorządy większość tych dziwnych dwujęzycznych, specjalnych czy innych szkół niestandardowych pozamykają, bo takie fanaberie, to był zawsze dodatkowy wydatek. Nie szkoda róż, gdy płoną lasy. Te edukację przejmą szkoły prywatne, które zasilone strumieniem 500+ klasy średniej ładnie dopasują się do rynku. Już się dopasowują. Że to będzie powrót do klasyki niesprawiedliwości społecznej? A kogóż to obchodzi, istotą kontrrewolucji jest konsekwentne wymazywanie wszystkiego, co przedtem, bez patrzenia czy sens miało czy nie miało, czy czasem nie wracamy do rozwiązań gierkowskich czy neoliberalnych. Na ch..olerę suwerenowi szkoły dwujęzyczne, jak mu władza ciągle nieba przychyla?

Jedna byłaby możliwość, aby ten strajk uszczknął coś PISowi. Powszechny, kilkumiesięczny strajk generalny, ale taki, że nie ma żadnych lekcji, wszelkie szkoły stają, dzieci na świetlicach, a rodzice na megawkurwie drą japy, czemu władza nic nie robi! Strajk, podczas którego nauczyciele serio są gotowi protestować do końca, choćby to miało wszystko się zapaść. Ale czegoś takiego nie będzie. Takie coś było w sierpniu 80ego i się raczej nie powtórzy. Skończy się na kilku pikietach, trzech marszach, ośmiu memach, wyciągnięciu kwitów na Broniarza i wyrzuceniu, dla przykładu, kilku krnąbrnych dyrektorów w ramach tzw. wizytacji monitorującej. A na koniec człowiek wolności – ten mistrz wywiadów wszelakich – sobie erudycyjnie popuści, wyzywając nauczycieli od Ubeków i ludzi specjalnej troski. Nikt nie będzie umierał za gimnazja, tak jak nikt nie umierał za Trybunał, budżet, obronę terytorialną, czy nikt nie umrze za niezależne sądy.

Pogódźcie się i nie histeryzujcie!

24/01/2017 2 uwag

 

Chciałoby się rzec, że zmiany w ordynacji niczym zima zaskoczyły drogowców, ale przecież nie zaskoczyły albo lepiej: jeśli zaskoczyły to tylko drobną dość skalą. Widać najlepsze jeszcze przed nami. Moment też jest odpowiedni: raz, że PiS ma znowu sondażowe momentum, dwa, że posłowie opozycji, słuchających, jakże błyskotliwych, strategicznych porad Ludwika Dorna, właśnie dostają sondażową wypłatę. Życzę smacznego i ich pozdrawiam.

Rzecz jasna, w dawnej, oligarchicznej Polsce, Polsce w ruinie, poniższe postulaty zmian ordynacji wyborczej, byłyby naturalnie nie do pomyślenia, albowiem w epoce imposybilizmu każdy doskonale zdawał sobie sprawę, że ów ponoć „peowski” Trybunał by owe peowskie szycie pod siebie ordynacji po prostu spuścił tam, gdzie prezydentowi pozwalają klęczeć piechotą. Tak jak spuścił pomysły Komorowskiego w sprawie anty-wolności zgromadzeń. Dziś jednak w czasie Polski wstającej z kolan, epoce „pluralizmu”, „ładu konstytucyjnego” i odzyskanego Trybunału, którego prestiż lada moment, rzecz jasna, wzrośnie, pomysł, że cokolwiek konstytucyjnie jest niemożliwe, jest sam w sobie niemożliwy. Ot, nastała era posybilizmu, skoro Naczelnik zapowiedział, że wybranych w demokratycznych wyborach burmistrzów z urzędu wypierdoli, to wypierdoli. W krajach miękkiego autorytaryzmu tak właśnie załatwia się sprawy, a Polak lubi, gdy jest porządek, samodzierżawie jest dobre, a podział władzy lewacki, to jest pedalski.

Sęk w tym, że czasami, gdy zbyt dużo jesz, może ci się ulać. I nie zawsze Jojo zdąży z chusteczką. Na przykład w sprawie dwukadencyjności. Sam nie jestem aż tak wielkim fanem tego rozwiązania, doskonale sobie bowiem potrafię wyobrazić burmistrza, który, mając świadomość, że za 2 lata odda władzę już teraz pozycjonuje się pod biznes, w którym za owe 2 lata będzie pracował.  Kadencyjność miałaby sens, gdyby po jej upływie decydent miał zakaz konkurencji i odpowiednie wynagrodzenie, choć naturalnie i tak zdarzałyby się wyjątki. PISowski pomysł liczenia kadencji wstecz z żadną reformy nic wspólnego nie ma. Ot, trzeba wyrzucić tych, którzy z nami wygrali, bo może Morawiecki być kilka kadencji CEO banku i nie ma patologii, może Kaczyński być kilka kadencji szefem partii i też nie ma, ale gdy ktoś jest wójtem to już jest patologia, bo powiedzieli o tym w serialu Ranczo. Elektorat to łyknie, bo ten elektorat ma ciągle otwarte usta. Tyle że zakaz kandydowania dla popularnych samorządowców, może im tylko pomóc. Raz, że zrobi z nich męczenników, dwa, jak wskazuje Jarosław Flis, ludzie ci mogą być lokomotywami w wyborach do Sejmiku, a później do Sejmu, trzy, że zakaz zawsze łatwo obejść, wystarczy dać nazwisko jako poparcie, a potem zatrudnić się jako wiceprezydent. Jarosław Majmurek wskazuje, że celem może być wieś i PSL, i ruszenie tam władzy, aby każdy jeden Misiewicz wreszcie mógł znaleźć rządową pracę. Tu gra jest warta świeczki, ale też pojawia się pytanie czy właśnie to nie zaktywizuje elektorat PSLu, który walczył będzie o swoje lokalne być albo nie być?

Po drugie zmiana okręgów wyborczych. Zmiana naturalnie pod PIS, w kraju posybilizmu Naczelnik bierze ołówek i rysuje sobie taki okrąg, jaki chce. Kiedyś w daczy pod Moskwą, gdy inny Naczelnik rysował granicę, miał ponoć kazać Bermanowi tańczyć z Mołotowem, czy innym ministrem.  Ciekawe czy teraz też Błaszczak musi tańczyć z Suskim przy gramofonie? Tyle że z rysowaniem też jest pewien kłopot. Amerykański gerrymandering jest poprzedzony szczegółowymi badaniami i analizami elektoratu (stąd te przedziwne kształty), polski gerrymandering będzie robiony na chama pod sondaże, w których ludzie łżą na potęgę i którzy zmieniają zdanie, bo ktoś zjadł ośmiorniczki. To trochę utrudnia zadanie i nagle może się okazać, że ta Zdanowska kasuje nam nie dawny jeden a dawne dwa okręgi. W końcu nowe okręgi nie tylko rysować będą ale i w nich kandydować geniusze pokroju Waszczykowskiego czy Jacka Sasina.

Po trzecie, próg 10% w wyborach do Sejmu. Paradoksalnie może wyrzucić z Sejmu Kukizowców, co byłoby zabawną odpłatą za lata sejmowej uległości i warowania. Albo zmuszało do sojuszu Kukiza z Korwinem, co znowuż zrobiłoby strategowi Jarkowi około 14% prawicową alternatywę w Sejmie. Mogłoby to też doprowadzić do, nie tak znowu egzotycznego, sojuszu SLD-PSL, gdyż tylko to dawałoby obu partiom wejście do Sejmu. Wyrzucałoby też z Sejmu partię Razem, ale przecież ich politycy i polityczki ciągle powtarzają, że to bieg długodystansowy, więc 7 lat jeszcze mogą poczekać. A i duża część Razemowych wyborców uważa PO za większe zło, więc z zaciśniętymi zębami zagłosowaliby za Beatą Kempą, co najwyżej cichutko tylko popiskując: PISie przegiąłeś, PRZEGIĄŁEŚ!

Nie ma więc się czym przejmować, oczywiście do czasu, gdy poznamy szczegóły tego projektu, a póki co warto napisać jeszcze 30 postów o fakturach Kijowskiego i 10 o Maderze Petru, no i pogratulować ministrowi Marczukowi, że niepełnosprawne dzieci wreszcie, zamiast do zagranicznych rodzin, zostaną w polskim bidulu do osiemnastki.

%d bloggers like this: