Likwidacja działu „Opinie” na gazeta.pl

21/09/2018 Dodaj komentarz

 

Ostrożnie zachwalaj, bo jeszcze świat powie ci sprawdzam – brzmi nieistniejące przysłowie i jak widać, trzeba było się go posłuchać. Inaczej człowiek nie musiałby kilka dni po tym tekście pisać o likwidacji działu Opinie na gazeta.pl

W soszialach, co dziwne (choć może nie aż tak do końca), zamknięcie tego działu ukazuje się głównie w kontekście Rafała Wosia i Grzegorza Sroczyńskiego i walki z symetryzmem. Ja jednak bardziej patrzę na to, jako na walkę z pluralizmem i wyrugowanie wielu autorów, którzy tam debiutowali, nie mieli jeszcze nazwiska albo dopiero je budowali, słowem: stawali pierwsze kroki na gazeta.pl. I właśnie im też podziękowano. Nie, bynajmniej nie chodzi o mnie, ja publicystkę taktuję od lat raczej hobbystycznie. Zresztą podobna przygoda spotkała mnie lata temu w … Gazecie Polskiej, gdy śp. Paweł „Kambei Shimada” Paliwoda publikował naraz mnie i blogera Rybitzkiego. I skończyło się szybciej niż się zaczęło.

Rzecz jasna święte prawo Agorze otwierać działy i działy zamykać, robić to, co uważają za słuszne. Ze swojej strony jednak uważam to za ogromny błąd, który jest tylko kolejnym facepalmem stopą, jaki obóz liberalny robi sam sobie od kilku lat, a potem stoi z otwartymi oczami i się dziwi, że im ktoś inny świat mebluje. Na czym polegają te błędy?

Po pierwsze „ukąszenie szubartowiczowskie”

Istnieją dwie teorie. Pierwsza, że na skutek strachu obóz liberalny pragmatycznie skręca w stronę progresywną, by poszerzyć swą bazę i druga, że odwrotnie: na skutek strachu zamyka się w sobie w imię nieśmiertelnego: „wszystkie ręce na pokład”. Polscy publicyści liberalni, co ciekawe niekoniecznie politycy (patrz Tusk-Arłukowicz, Schetyna-Nowacka), wyznają tę drugą teorię. Najlepszym tego przykładem Przemysław Szubartowicz, który obsesyjnie pisze wciąż tego samego twitta, zmieniając tylko katalog coraz bardziej wyszukanych obelg. Rzecz jasna, skoro twitt numer 1058 nie pomógł, nie pomoże zapewne twitt numer 2068, ale Szubi stachanowiec wciąż nuci minecraftowe „kopać tunel, kopać tunel” w nadziei, że dokopie się wreszcie do polskich serc. Otóż nie: nie dokopie się. I agorowa publicystyka też się nie dokopie. Sięgnęła bowiem dna (albo sufitu, jak ktoś woli), zatrzymała się na granicy i teraz drąży już tylko w miejscu. Zresztą to nawet już nie tyle o publicystykę i nie tylko Agory chodzi, ale w ogóle o całe imaginarium liberalne, one już nie dostarcza, nie tłumaczy świata, nie porywa, nie daje nadziei. Dlatego populistom z prawicy nie spada. I dlatego zamiast kopania tunelu razem z Szubim, można spróbować przerzucić most, zaprosić tych z drugiej, trzeciej strony, odłożyć kilof i się zastanowić, co do jasnej cholery poszło nie tak, że tkwimy w czarnej dupie, kilometry pod ziemią z kilofami w łapach i na krok się nie potrafimy ruszyć z miejsca?

Po drugie potwierdzenie stereotypów

Polski obóz liberalny, którego Agora przez lata była najważniejszym flagowcem od zawsze był przez przeciwników oskarżany o sekciarstwo, zamykanie się w wieży z kości słoniowej, brak otwarcia na debatę.  I teraz jedną decyzją te wszystkie stereotypy potwierdził, mimo iż wciąż przecież trzyma u siebie publicystów z różnych ideologicznych światów jak Orliński i Gadomski. Przecież to PRowa katastrofa. Mało tego, potwierdza się też stereotyp liberalnego czytelnika, który chociaż uważa się za tak niesamowicie bystrego, tolerancyjnego i lepszego od innych, wpada w stupor, gdy mu ktoś napisze: ryba zamiast wędki, aborcja jest ok, Kaczyński jest człowiekiem.

Po trzecie konkurencja, głupcze

Powiadają, że timing jest wszystkim. I właśnie w momencie, gdy onet publikuje tekst Schwertnera o Stryczku, ogłaszana jest decyzja o zamknięciu działu Opinii na gazeta.pl. Co najciekawsze, tekst o Stryczku nie był wcale żadnym warsztatowo tekstem trudnym, żadnym wybitnym, był owszem bardzo, bardzo ważnym (i odważnym), ale takich reportaży choćby we wspomnianym Dużym Formacie jest w miesiącu kilka jak nie kilkanaście. Ot, zestawiasz teksty świadków i już. Mimo to Bartosz Węglarczyk opowiada o Himalajach rozmaitych trudności, jakby reportaż tego typu nie był z definicji trudny (świadkowie, naciski itp.). Ale ma też Węglarczyk do tego prawo, bo podźwignął onet. Pamiętam jeszcze, jak kilka temu na prawicy istniało zawołanie „idź na onet”, co miało oznaczać pójście na najbardziej śmieciowy portal. Dziś na Onecie czytam o największej aferze w Kościele ostatnich lat, a na gazeta.pl o wielkiej polemice Rozenkowej z Rusinową, z Majdanem i ojcem wujka trzeciego szwagra męża pierwszej żony.

Po czwarte #nikogo

Prawdziwą miarą upadku wagi Gazety był dla mnie jednak szereg, skądinąd świetnych, publikacji w Dużym Formacie sprzed bodajże roku o pedofili w Kościele. Było tam wszystko; opis mechanizmów wyparcia, tuszowania, przerzucania winy na ofiarę, skąpstwa, chciwości itd. I co? I nic. Nikt tym się nie przejął. Nikogo to nie obchodziło. Tak, jak nikogo nie obchodzą już śledztwa Wojciecha Czuchnowskiego, histeryczne jedynki w papierowej Wyborczej, stutysięczne bicie na alarm. Po prostu każdy wzrusza ramionami. A nie ma nic gorszego dla mediów niż obojętność. Tak, Gazeta Wyborcza stała się obojętna. Już nawet hejtowana jest tylko siłą rozpędu. To nie ona, a Newsweek i TVN są nowymi gwiazdami śmierci. Dział Opinii mógł to zmieniać, nawet za cenę gównoburzy, nawet za cenę kolejnej awantury. Po prostu o tekstach „z Wyborczej” (nikt podziału na gazeta.pl i wyborcza.pl nie traktuje poważnie) znów by się mówiło. Znów warto byłoby tam zajrzeć.

Po piąte jak wyłamać sobie kciuki

Żeby było ciekawiej, lada moment zacznie się fala repolonizacji mediów, a więc po prostu wywłaszczania mediów, podkupywania przez spółki skarbu państwa, ograniczenia i niszczenie niezależnych mediów. Dała dziś przykład Romaszewska, jak to po białorusku wygląda. I ta sama Agora, ta sama Polityka będą najgłośniej krzyczeć, że tak się nie robi. Ale wtedy najpierw padnie nazwisko Wosia i Sroczyńskiego, a potem padnie zaskakująca cisza i na koniec nieśmiałe obelgi na symetrystów. Tyle że wolność debaty, ale nie dla tych, co myślą inaczej nie jest żadną wolnością tylko intelektualnym samogwałtem.

Po szóste podkręcenie debilówki

Zresztą, gdyby tylko o kilka nazwisk chodziło. Ale tu przecież idzie o wiele, wiele więcej. Zamykając pole debaty i zastępując je tekstami o grzybicy nóg i co tam Pawłowicz zabluzgała na twitterze robi się kolejne i kolejne miejsce populistom. Oni w tej grze zawsze wygrają, zawsze będą lepsi. Przecież najlepiej widać to na przykładzie pierwszego i drugiego rządu PISu. Ten pierwszy jeszcze bał się mediów, jeszcze z nimi się liczył, jeszcze wiedział, że debatą w gazetach można przegrać wybory. Ten drugi ma to już w rzyci, dzień w dzień możecie po nas jechać, ale skoro debata nie istnieje, a liczy się tylko kolejny clickbait, to kłamstwo ma dokładnie taką samą wartość rynkową co prawda. Przecież nikt nas nie zgrilluje podczas polemik, bo polemiki wycofaliście na rzecz serialu o Majdanach-Rozenkach, więc raz skłamię, raz powiem prawdę i świat będzie się toczył wedle trzech haseł na krzyż. A w grę w „trzy hasła” prawica wciąż potrafi wygrywać.

Reklamy

Agnieszka Romaszewska – kobieta wrażliwa

21/09/2018 7 Komentarzy

 

Sztuczni ludzie … powiem im to, powiem…

 

 

Podobno nie stać cię na kupno książki…

 

 

 

 

Ściganie dziennikarki w postępowaniu karnym? Jako wiceszefowej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich nie interesuje mnie to…

 

 

 

 

Pracownicy Biełsatu nie mogą uczestniczyć w politycznej nawalance…Porozumienie o współpracy wojskowej ze Stanami ma ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa Polski i to jest jeden z niewielu tematów, które nie są powodem do żartów dla pracowników Biełsatu….

#SzlachetnaPaczka czy #SzlachetnaSraczka

20/09/2018 5 Komentarzy

 

 

Po krótkim szoku, jakim się okazało działanie balcerowiczowskiego Stryczka wobec swoich pracowników, siły liberalne od razu zabrały się do ataku i obrony wspaniałej idei Szlachetnej Paczki. Tymczasem sama ta idea jest dla mnie rakiem, skandalem, a czytanie o zasadach przyznawania pomocy wzbudza u mnie po prostu mdłości.

Nie pomagamy biedzie roszczeniowej. Nie pomagamy tylko dlatego, że ktoś krzyczy.

Pomagamy mądrze. Mądra pomoc to taka, dzięki której ludzie sami radzą sobie w życiu. Głupia prowadzi do tego, że ludziom się nie chce.

Do SZLACHETNEJ PACZKI włączane są rodziny, które znalazły się w trudnej sytuacji materialnej z przyczyn od siebie niezależnych. Docieramy do prawdziwej biedy – tej ukrytej, a nie tej, która krzyczy i żąda pomocy. W Polsce nie brakuje osób, które nauczyły się wyglądać na ubogie i dzięki wzbudzaniu litości, zarabiają na swojej „biedzie”. Takim ludziom nie pomagamy.

Już pierwsze zdanie jest, prawdopodobnie, najbardziej obrzydliwym wstępem na wszystkich stronach wolontariatu w Polsce. Zawiera w sobie bowiem wszystkie klisze, uprzedzenia i pogardę, jak ludzie, którym się udało, mogą nomen omen żywić do tych, którym się nie udało. Mamy więc przejęte z języka prawnego pojęcie roszczeniowości oznaczające po prostu zgłaszanie określonych żądań. Jest smutnym i strasznym banałem, jak sam fakt zgłaszania żądań stał się w III RP czymś, czego należy się wstydzić. Tymczasem roszczeniowi są przecież wyborcy, albowiem zgłaszający politykom swoje żądania, to jest właśnie roszczenia. Roszczeniowi są politycy, non stop żądający coś od swoich przeciwników, roszczeniowi są księża zgłaszający publiczne żądania z ambony. Roszczeniowi są przedsiębiorcy i ich samozwańczy rzecznicy, twitter Balcerowicza albo Kazimierczaka to jeden wielki roszczeniowy skowyt. Ba, roszczeniowi są nawet antyroszczeniowcy, zgłaszając roszczeniach do… zaprzestania zgłaszania roszczeń. Z niewiadomych (a w zasadzie niestety wiadomych), względów piętnowana jest jednak tylko roszczeniowość biedoty. Gdy przedsiębiorca woła o zwolnienia auta z kratką z VAtu, a dziennikarz o 50% kosztów uzyskania przychodu to są to po prostu reformy. Gdy biedna matka wręcz wyje, że potrzebuje na już leki dla dziecka, to jest… roszczeniowa.

Wyć, a nawet krzyczeć o własnej biedzie, też w szlachetnej paczce w zasadzie nie można, albowiem szlachetna paczka dociera do prawdziwej biedy – tej ukrytej, a nie tej, która krzyczy i żąda pomocy. Zaiste, jak wielkim trzeba być epistemologicznym mędrcem, żeby kryterium „prawdziwej biedy” wywodzić nie z warunków materialnych danego człowieka, a tego, jakie człowiek ten wydaje publicznie odgłosy. Czy jeśli jutro, stanę się biedakiem i będę na rondzie Kaponiera krzyczał o swojej biedzie, to mi tej biedy ubędzie, mniej prawdziwa się ona stanie, nie wiem, cudownie zyskam tak potrzebne dobra materialne?

Do SZLACHETNEJ PACZKI włączane są rodziny, które znalazły się w trudnej sytuacji materialnej z przyczyn od siebie niezależnych – czytamy dalej. Czyli na białym (oby cichutkim) koniu wjeżdża nam pojęcie winy. To chyba najbardziej uderzający fragment. Oczyma wyobraźni widzę tę wizytę. Tę biedną rodzinę, która musi obce osoby przekonywać, dowodzić, łasić się wręcz do obcych, którzy nic a nic nie rozumieją z ich sytuacji, bo tak se ponoć po pracy przyszli, że nie, nie, nasza bieda jest niezawiniona, nie to, co innych, tamtych. Tamci winni, my nie, nam się niebo zwaliło na głowę przypadkiem. Mamy czterostopniowy system weryfikacji rodzin w  potrzebie – czytamy na stronie. Najwięcej czasu na sprawdzanie mamy… w  nocy. Ta nocna inwigilacja, rzecz jasna obciążająca pracowników, ma nawet swoją półoficjalną nazwę: noc audytorów. Aczkolwiek ja bym zmienił nazwę na „noc rewizora”.

Ale właściwie to czemu wina ma wykluczać z pomocy? Czemu, czasami nawet jeden, błąd ma kogoś wykluczać z bycia obdarowanym? Jak bardzo trzeba być bezwzględnym, żeby ludziom, niechby i przez moment upadłym, odmawiać paczek? Sądy potrafią błędy wybaczać, najgorsi wrogowie potrafią, tylko nie oni, nie Szlachetna Paczka. Zaiste, chrześcijaństwo opierające się na grzechu pierworodnym, na naukach Jezusa i jego stosunku do Marii Magdaleny, wykluczające tysiące ludzi, którzy kiedyś popełnili błąd i popadli w biedę – oto wizja szlachectwa Szlachetnej Paczki. Nic tylko klękać.

Mentalność wędkarza. Mówi się, że nie ryba, ale wędka. Ale jeśli ktoś nie ma mentalności wędkarza, to sprzeda wędkę i kupi ryby. Jeśli ktoś ma mentalność wędkarza, to weźmie kij i złowi rybę. Zawsze sobie poradzi w życiu.

Rak metafory. Toczący tę krainę przez kolejne lata rak metafory, mającej tłumaczyć wszytko i wszędzie. Takim rakiem jest właśnie wędkarz. Pomijając, że metafora zasadza się na rozumieniu pracy głównie na bogaceniu się w usługach, a więc poza nawias wysuwa całe zawody misyjne, jest czymś niesamowitym, że ktoś serio potrafi rozumieć życie ludzkie jedynie w kategoriach inwestowania. Tak, to z tej metafory biorą się kolejne owce nierozumiejące, że istota zarządzania kapitałem, w ogóle istota życia, polega właśnie na tym, żeby nie tylko kupować wędki, ale również ryby, żeby te ryby, do jasnej cholery, gromadzić i tymi rybami się dzielić, bo twoje życie ma tylko kilkadziesiąt lat, a pomysł, żeby całe życie siedzieć nad jeziorem jest z gatunku pomysłów psychopatów. Rzecz jasna, w przypadku biednych, ludzie chorych, tak również na chorobę alkoholową, którzy od wielu lat pracowali, pomysł dawania wędki jest trochę jak wrzucanie dziecka na środek jeziora.  No i trudno się łowi, gdy, ja wiem, od dłuższego czasu się niczego nie jadło, a kolegowie z Warszawy zasadzili się na twoje mieszkanie w kamienicy.

Wszystkie projekty SZLACHETNEJ PACZKI oparte są na pracy na mentalności. To jest zmiana trwała. Chcemy, aby ludzie sami radzili sobie w życiu.

Owa „zmiana trwała” to oczywiście bzdura. Nie, ludzie nie zmieniają się, bo dostaną parę butów i worek ciuchów albo koszulkę Jurka Dudka. Świat tak nie działa. Gdyby działał, wystarczyłoby zamiast 500+ wysłać każdemu po takiej paczce i nagle bieda w ogromnej mierze by zniknęła. Ona nie znika, jeśli straciłeś cały majątek albo wszystkie oszczędności, bo, suprajz, po szlachetnej paczce nadal ich nie masz. Jeśli wpadłeś w depresję to tak jak nie uleczą cię dobre rady blondynki z ukajali, tak nie uleczy cię wizyta dwojga studenciaków- wolontariuszy. Uleczą cię tylko lekarze, długotrwałą, często kosztowną kuracją, Twoje życie będzie ciężką udręką, a nie, kurwa, radością po otrzymaniu, zwykle jednorazowej paczki.

Chcemy Polaków uczyć jak zarabiać więcej. Jeśli wszyscy będą dobrze zarabiali, nie będzie biedy. To jest nasz ideał.

Abstrahując od kompletnej utopijności tego celu, szlachetna paczka niczego nie uczyła. Do niedawna (teraz się to zmienia) nie prowadziła żadnych kursów, nie pomagała w przebranżowieniu, nie pokrywa ryzykownych kredytów. Szedłeś w korpo do pokoju ze zbiórką, wrzucałeś coś do kartonu albo dawałeś kasę i szlus. A Szlachetna Paczka rozdawała karton i nic więcej. Najpierw musisz, zaudytowany biedaku zasłużyć, a potem może i dostaniesz. I koniec nauki. Nikt potem przecież niczego nie monitoruje rok do roku, nikt nie prowadzi żadnej długoletniej terapii.

Lubię ludzi. Nie mówimy o tym, co czujemy. Wydobywamy z ludzi to, co mają w sobie najpiękniejsze. Naszą misją jest służyć ludziom w ich rozwoju: ubogim, wolontariuszom i darczyńcom.

Jak bardzo ks. Stryczek „lubi” ludzi, to już wiemy. Pytanie, dlaczego ludzie lubią Stryczka? Ano lubią dlatego, że Stryczek uszlachetnia klasową pogardę. Przedmiotowe traktowanie ubogich jako domniemanych oszustów, których trzeba poddać jakże upokarzającemu rytuałowi dopuszczenia do skorzystania z naszych czułych serc i portfeli idealnie wpasowuje się w to, czego, dziś już na głos nie da się wprost powiedzieć. Ale ciągle się myśli. Coś, co ciągle wybucha przy dyskusjach o 500+, o ścianie wschodniej bez dostępu do kanalizacji, o disco polo.

Jesteśmy w stanie, jako klasa średnia, znieść wałki na miliony złotych przez panów i panie w garniturach i garsonkach, ale niech tylko ten żebrak przepije nasze ciężko zarobione 5 złociszy, to zaraz zaczynamy drzeć mordę i mu wygrażać. Stryczek doskonale to wyczuł, doskonale wie, jaką błogość na duszy zapewnia fakt, że biedak „nie wydał na wódkę”. Zbudował na tym cały model biznesowy i teraz cały liberalny świat rzuci się, aby tego modelu bronić.

 

Stryczek w celi

20/09/2018 4 Komentarze

 

Historyczny wyrok w Polsce!

Sąd Okręgowy w Poznaniu przyznał mojej bohaterce Kasi milion złotych zadośćuczynienia od Kościoła i 800 złotych dożywotniej, comiesięcznej renty.

Kasia miała trzynaście lat, gdy ksiądz porwał ją od rodziców. Więził i przez kilkanaście miesięcy gwałcił. Zakon wynajął mu świetnego adwokata. Jego matka mieszkająca w Stanach Zjednoczonych opłaciła drugiego.

Justyna Kopińska

„Zakon wynajął mu świetnego adwokata”. Ze wszystkich tekstów okołopedofilskich, opisów dramatów i zakłamania, te jakoś uderzyły mnie najbardziej. Zakon za swoje pieniądze wynajął świetnego adwokata facetowi, który więził i przez kilkanaście miesięcy gwałcił. Zakon nie chciał płacić ofierze, chciał płacić adwokatowi sprawcy.

Jeśli chcesz wiedzieć, jak oceniać Kościół, który, owszem, nie jest w stanie wprowadzić absolutnie skutecznej prewencji (bo nikt nie jest), nie potrafi w krótkim czasie poprawić detekcji (to rzeczywiście trudne), to zawsze możesz spojrzeć na to, jak działa u niego korekcja. Jak zachowuje się, gdy już mleko się rozleje i krzywda nastanie.

Czy lituje się nad dziećmi, czy nad księżmi, które przez dzieci są kuszeni? Czy płaci ofierze, czy adwokatowi sprawcy?

Teraz Kościół znów ma szansę.  Pojawiła się sprawa księdza Stryczka. Chociaż słowo „sprawa” to pewien eufemizm. Pojawił się dramat kilkudziesięciu osób wyzywanych, pomiatanych, wykorzystywanych przez neoliberalnego księdza, który władzę i pieniądze, pieniądze i władzę ukochał bardziej nad Jezusa i tych, których miał zbawić. Zwykle nazywamy to mobbingiem, co jest słowem zbyt obłym i pustym emocjonalnie. Powinno to się nazywać wprost: znęcaniem.

Wedle ofiar, ksiądz Stryczek znęcał się nad swoimi pracownikami.

Bacznie obserwujcie teraz, jak Kościół zareaguje na poniżanie i gnojenie ludzi. Komu opłaci adwokata, kogo przeniesie do innej parafii, kogo usunie z swojego stanu, kogo ukaże, kogo da do celi, nawet jeśli tylko klasztornej. Bacznie obserwujcie reakcję księży na twitterze, którzy na codzień tak wiele i często potrafią pisać o tym, z kim macie sypiać i dlaczego. Pytajcie, wyjaśniajcie, a potem zestawcie to z karami za „zbrodnie” księdza Lemańskiego i Bonieckiego.

I zapytajcie siebie, czy to jest ta wspólnota, bez której „człowiek staje się zwierzęciem”.

Najdroższe paciorki świata

19/09/2018 16 Komentarzy

 

W dniu, w którym Andrzej Duda poczuł się w Białym Domu jak harcerz przy ore ore szabadaba amore, że aż powinni sprawdzić, czy ręczników na pamiątkę nie zapożyczył, miało miejsce nieco poważniejsze wydarzenie. Otóż Victor „bądź nam przewodnikiem” Orban kolejny raz spotkał się z Vladimirem Putinem złożył hołd lenny i pochwalił się kontraktem na dostawę gazu od Rosji.

Zważywszy więc na fakt, że z Niemcami ma Polska kosę o Hitlera, pucz Kramka, UE, Merkel, uchodźców, z Francuzami o caracale, a Czesi (i inne państwa o podobnym potencjale) patrzą na Polaków jak na pacjentów, to lista aktualnych polskich sojuszników liczy całe dwie pozycje:  tj. Węgry Orbana i (być może) USA Trumpa. Z czego ten pierwszy jest wasalem naszego (ponoć) największego wroga Rosji, a ten drugi – facet o umysłowości 12-latka – jest podejrzewany o to, że Rosjanie dopomogli go wybrać na stanowisko prezydenta. A w obecności Putina merda ogonem i piszczy.

I w takich oto okolicznościach Polska, tak sama z siebie, decyduje o tym, żeby płacić dwa miliardy za stałe bazy USA, aby przeciwko owej Rosji się zabezpieczyć. Otaczać się ruskimi sprzymierzeńcami, aby im płacić przed atakiem…rusków – tak, to ma sens, prawie jak zwycięstwo 1-27 Beaty Szydło. Oczami wyobraźni widzę nawet ten błysk u pożytecznego … Kornela Morawieckiego albo ministra Brudzińskiego, który kolejnego Czeczeńca wyda, aby go zamęczył putinowski kundel.

Oczywiście pomysł, że dwie amerykańskie dywizje pancerne rzucą się walczyć z mocarstwem atomowym z Moskwy w imię interesów kraju, który światowym jest pośmiewiskiem i popychadłem oraz w imię nadwyrężania strategicznych interesów własnych, jest jak pomysł, że Amerykanie powstrzymają wspomaganego przez Rosjan Assada w Syrii.

Wydawałoby się więc, że po frajerstwie z Czartoryskimi, gdy za 0,5 mld kupiono kolekcję, która i tak bez zgody ministra nie mogła opuścić kraju (lol), albo budowy za 12 miliardów trzeciego lotniska w promieniu 100 km mającego konkurować z tymi zacofanymi technologicznie i organizacyjnie Niemcami, nic głupszego nie da się wymyśleć. A jednak okazuje się, że się da.  Płacić dwa miliardy firmie ochroniarskiej US Army, która przy pierwszej awanturze po prostu się  zwinie jest jak, ja wiem, ubezpieczać łódź od zatonięcia na pustyni. Nie dziwne, że Trump się uśmiecha: pakuje się frajer z forsą, więc rób deal jak najszybciej.

Rzecz jasna, te 0,5 miliarda na Czartoryskich, te 12 miliardów na lotniska i te 2 miliardy na bazy wojskowe – czyli inwestycje całkowicie zbędne – to jest niemal cały koszt 500+ na pierwsze dziecko, a gdyby wykluczyć najbogatszych rodziców, to pewnie starczyłoby dla wszystkich samotnych matek.

Tym się właśnie różni wrażliwość społeczna od socjalnej łapówki. Ta pierwsza, każe ci szukać kasy, gdzie tylko się da, by jak największej liczbie osób pomóc. Ta druga polega na przekupstwie, aby potem można było bawić się w budowanie żołnierzyków i samolocików na piasku.

Czy boty pomogły Dudzie?

17/09/2018 8 Komentarzy

cuz3akfweaa_9o1

cuz3akiwiaavp1x

cuz3akfxaaa51lg

 

Lata temu odnosił sukcesy pewien polityk. Sukcesy wręcz niebywałe. Kilka lat po przełomie roku 1989 przejął władzę i jako jedyny dwa razy z rzędu został wybrany prezydentem. Nazywał się Aleksander Kwaśniewski. Facet potrafił uchlać się nad grobami w Charkowie albo robić podejrzane deale z dziwnymi ludźmi. A mimo to wyborcy go kochali. Czy dlatego, że był tak świetnym politykiem? Czy dlatego, że nie miał nic na sumieniu? Nie, nie dlatego. A dlaczego? Dlatego że wtedy jeszcze nie było netu. Gdyby Kwaśniewskiego tamtych czasów przenieść chociaż na moment do czasów dzisiejszych z jego ówczesną popularnością, to szybko by go zaszczuto i z drugiej kadencji byłby nici. Tak działa infotainment.

Ot kilku dni pojawia się pytanie: czy boty pomogły Dudzie? Otóż tak, boty Dudzie pomogły. Tak jak pomógł Dudzie wskazany powyżej Pereira, Krysztopa i wolontariusze. Tak jak pomógł Dudzie cały internetowy przemysł nienawiści, który zawładnął kampanią w 2015 roku, a potem rzucił się szabrować publiczne środki. Oczywiście, że Komorowski robił błędy, ale gdyby żył w czasach Kwaśniewskiego, to spokojnie wygrałby drugą kadencję.

Teraz, rzecz jasna, PIS swoją strategię powtarza. I wcale nie zdziwiłbym się, gdyby masa botów kilkała Dudę i Siebe Kaletę. W końcu, jak masz w sztabie obrońców Międlara czy zwolenników strzelania do Żydów, to znaczy, że jesteś gotowy na każde świństwo. Ale teraz mają trudniej, bo druga, antypisowska strona robi podobnie. Może jeszcze nie z botami, ale też przecież hodują już swoje Pereiry i Rachonie, może, póki co, mniej bezczelne i zakłamane, ale tak samo robiące dobrze jednej ukochanej partii …

Ale to nie w botach jest problem, nawet jeśli prezydenckie boty to coś poważniejszego niż pucz Kramka albo pucz kanapkowy. Problem jest w kłamstwie i prawdzie. Oto prezydent Duda mówi, że z tymi botami to bzdura. Wie, że może tak powiedzieć, bo od dwóch lat można powiedzieć dokładnie wszystko. I nawet jeśli okaże się łgarstwem, to co z tego. Lepszy dorodny fejk niż cieniutka prawda, dlatego kłamać można z otwartą przyłbicą, żadna ze stron nie chce już prawdy, bo po co? Najlepszym tego dowodem jest Morawiecki: facet dzień w dzień łże w żywe oczy, od kredytów frankowych po brak dróg i mostów. I co? I nic.

Kiedyś, w filmie naszej młodości, mówili, że gdy cię złapią za rękę, to krzycz, że to nie Twoja ręka. Teraz, gdy cię złapią, to mów: co z tego i pchaj rękę jeszcze głębiej w cudze gardło. W końcu, skoro inni też kiedyś pchali…

Wildsteiny są jak zmywarki

13/09/2018 10 Komentarzy

 

Księża są jak samoloty – mówi się głównie o tych kilku, co upadli, a nie o tych dziesiątkach tysięcy, którzy nadal wykonują swoje zadania napisał dziś na TVP Info Dawid Wildstein. Jest to, przyznaję, dość odważna metafora, bo, wedle stojącej za nią logiki, tupolewy też są jak samoloty i to bardziej przecież niż księżą. A tymczasem w Polsce mówiło się tylko o tym tupolewie, co upadł, a nie o tych tysiącach tupolewów, które nadal wykonują swoje zadania. Wedle tej logiki, Wildstein Dawid powinien, zamiast latami 2010-2015 (potem już nie), rozpaczać o tupolewie smoleńskim napisać: Rzeczywistość nigdy nie jest idealna. Zło zawsze znajdzie dla siebie miejsce. Czy tupolewy rządowe są wolne od upadku? Niestety nie. Tak jak nie są wolne od skorumpowanych pilotów, złodziei itd. Dokładnie tak jak każda instytucja tego świata. Warto tylko znać proporcje.W tym stylu, niejako na odpierdol, napisał bowiem Wildstein o gwałceniu dzieci.

Tak, warto znać proporcje. Proporcje te zna Wildstein. Pisze nawet Tymczasem lewa strona, dziś tak ochoczo strojąca się w moralizujące szaty, ma w tej materii dużo więcej na sumieniu. Powtórzmy: lewa strona ma DUŻO WIĘCEJ na sumieniu od Kościoła Katolickiego, w którym tysiące księży wkładało penisa w usta małych chłopców i dziewczynek. Dla Wildsteina Dawida istnieje coś co powoduje DUŻO WIĘKSZY grzech niż penetracja dziewczyńskiej pochwy przez dorosłego. Cóż to takiego? Otóż, mowa o „nurcie detabuizacji kolejnych przestrzeni życia ludzkiego i rozpatrywaniu ich właśnie w kontekście seksualnym – oczywiście w imię rozbicia zniewalających naszą wolność przestarzałych norm obyczajowych.Tak, tym właśnie jest „Dużo więcej na sumieniu”. Gdy spytają Wildsteina Dawida: Hej, Dejv, co jest gorsze: gwałcenie ośmiolatka, czy detabuizacji kolejnych przestrzeni życia ludzkiego – odpowiedź Dawida będzie musi być dość oczywista.

Tak, warto znać proporcje. Wildstein przywołuje przykład Cohn Bendita, który, jak wspominał kiedyś Orliński, naćpany udzielił wywiadu i napisał książkę. Tak. Cały jeden obrzydliwy przypadek pedofili werbalnej, ale jednak nie zrealizowanej.

A teraz w imię proporcji wyobraźcie sobie, że to nie arcybiskup Michalik, a lewicowiec mówi o tym, że dzieci same wskakują księżom do łóżka. To nie prokurator Piotrowicz w kontekście pedofila z Tylawy, a lewicowiec opowiada dziennikarce, że księża mogą całować dzieci w usta. I że to nie Samuel Pereira, a lewicowy „dziennikarz”, w ciemno broni księdza Wojciecha G., który jak się okazało potem rzeczywiście był pedofilem z Dominikany. Albo że nie katolicki Zanussi, a lewak Zandberg broni Polańskiego? Mało wam wyobraźni?

Wyobraźcie więc sobie, że to amerykańska lewica Berniego Saundersa każe nosić dzieciom złote gwiazdy na szyjach i masowo je gwałcić. A potem, że to australijska lewica dyma tysiące, nie jednego, a tysiące dzieci. Że jakaś irlandzka partia pracy robi obozy, w których trzyma seksualnych niewolników. Wyobrażacie sobie? A to właśnie robił Kościół katolicki. I co na to katolicy? Gwałcenie tysięcy dzieci, tysiące penisów w gębach, odbytach? A Dawid Wildstein na to: ojtam, ojtam, jebło to jebło na ch. drążyć temat, samoloty, helikoptery i w ogóle. Ale za to detabuizacja kolejnych przestrzeni życiowych…

Być może rzeczywiście księża są jak samoloty, chociaż samoloty same chyba nie przerzucają najmłodszych pasażerów do hangarów, by tam je wykorzystywać seksualnie? Ale z pewnością Wildsteiny są jak te pierwsze zmywarki. Nie ma prawicowego syfu, którego nie podejmą się wyczyścić, ale gdy się bliżej przyjrzysz zawsze, ale to zawsze, jakieś zabrudzenie zostanie.

 

%d blogerów lubi to: