Czy Kijowski zjednoczy się z PISem?

12/11/2016 8 uwag

Działo się to ledwie trzy lata temu, we wrześniu 2013 wikileaks ujawniło blisko 700 stron prywatnych rozmów jednego z liderów Ruchu Narodowego – zapomnianego już dziś Przemysława Holochera. Pośród ogólnego śmiechu z analfabetyzmu narodowców i kuriozalnych straszenia przez Bosaka sądem, tych którzy newsy te retwittują, umknęło kilka ciekawych zdań owej korespondencji. Na przykład takich, że Holocher z buźką na ustach zapowiada przemoc i oszustwa wobec środowisk lewicowych, że ponoć zdaniem niektórych Marek Jurek będzie wisiał, albo że narodowcy dumają o ukrywaniu u siebie gwałciciela.

Dziś, przeszło 3 lata po tym skandalu, Mateusz Kijowski wyraża pragnienie, że już za dwa lata pomaszeruje z narodowcami na 11.listopada.

Powiedzieć, że owa deklaracja komiczna jest naiwnością, to nic nie powiedzieć. Nie rozumie Kijowski paradoksu tolerancji, wedle którego nie da się tolerować nietolerancji, bo tolerowanie nietolerancji w oczywisty sposób wszelką tolerancję zabija. Nie da się w imię tolerancji tolerować czyjegoś rasizmu, bo rasizm tolerując stajesz się od razu nietolerancyjny. Nie wie Kijowski czemu ów słynny overlapping consensus Johna Rawla, gdzie do wspólnych zasad etycznych/moralnych dochodzi się z różnych, własnych często sprzecznych przekonań, nie zawsze działa, bo w założeniu wymaga jakiegokolwiek dobra wspólnego. Jakiegokolwiek na siebie nachodzenia, jakiegokolwiek overlapping. A tego z faszystami, krzyczącymi o zniszczeniu demokracji, zapraszającymi działaczy z hajlującej Forza Nuova albo słowackiego faszystę wyśmiewającego Holocaust – tego w demokracji nie ma. I nigdy nie będzie. Nie wie też Kijowski, że istotą polityki jest zawsze różnica, bez różnicy nie ma tożsamości, bez tożsamości nie można uprawiać polityki, a więc dobra wspólnego. Że tłumienie różnić, tylko napędza popularność tych, którzy bratać się nie chcą i ustawiają się  wygodnej kontrze. Nie wie, bo skąd ma wiedzieć? Z cytatów Bartoszewskiego?  Swoją drogą, nieoczekiwanie zabawne staje się pytanie: czemu wobec tego Kijowski nie chce maszerować z PISem, czemu klubów Gazety Kodowskiej nie założy? Czym PiS mu gorszy od narodowców, czemu Brudzińskich na marsze nie wzywa?

Ale, w istocie, nie o naiwność tu chodzi. W końcu bycie naiwnym nie jest złem samym w sobie. Idzie o plucie w twarz tym wszystkim, którzy dziś są ofiarami owego „narodowego myślenia”. Co kilkadziesiąt godzin w Polsce jakiś obcy zostaje pobity, znieważony, uczelnie wydają specjalne ulotki przestrzegającego przed wychodzeniem na zewnątrz. I oto proponuje Kijowski bezwarunkową abolicję, abolicję w imię Polski. Jest pomysł Kijowskiego specyficzną dość formą szowinizmu, gdzie nie ważne, co mówisz, co robisz, i co jeszcze przed momentem mówiłeś, robiłeś o że wszystko to furda, ważne że jesteś Polakiem. A skoro jesteś Polakiem to ci odpuszczamy i cię konwalidujemy.

Fetyszyzowanie wspólnego maszerowania jako celu samego w sobie, fetyszyzowanie w imię utajonych estetycznych kompleksów (och żeby było jak w Francji och) może być naiwnością, ale jest też jasnym sygnałem dla nie-Polaków. Może i was biją, może na was plują, ale oni są Polakami, a więc, nomen omen, z marszu, mimo waszych krzywd, dostają rozgrzeszenie na wejściu.

Tr(y)ump prawdy

09/11/2016 7 uwag

Fakt, że wszystkie sondażownie pomyliły się, co do wygranej Trumpa, nie tyle je kompromituje – jak zwykło się to oceniać w Polsce – a paradoksalnie świadczy o ich prawdomówności. Na taką skalę trudno bowiem wszystkim sondażowym konkurentom się zmówić, na taką skalę łatwiej swoje głosy przez respondentów ukrywać, zwłaszcza gdy głosujesz na kogoś takiego jak Trump.

Ale dlaczego amerykanie oszukują?

Odpowiedzią jest przede wszystkim polityczna poprawność. A istotą politycznej poprawności jest konkretny wybór w między fundamentalnie sprzecznymi dobrami jak krzywdą bliźniego i prawda. Nie, nie prawda w sensie, dajmy na to arystotelesowskim, ale prawda w sennie trwania w własnej prawdzie. Prawdą, rozumianą jako swoista integralność moralna, prawdą jako zgodność tego co myśli głowa z tym co mówią usta. Tymczasem polityczna poprawność w kontrze do owej prawdy wybiera dobro w postaci zapobiegania krzywdzie bliźniego. Nie mówisz koleżance w pracy, że jej jedzie z pyszczka, nie mówisz matce, żeby przestała już bredzić, nie mówisz kumpelce, że ma oblecha męża. Możesz to sobie myśleć, ale nie mówisz. Nie stoisz w prawdzie, a uwaga: sam siebie cenzurujesz. O ile jednak to ujdzie w życiu prywatnym, nie ujdzie już w politycznym. W życiu prywatnym odrzucając polityczną poprawność krzywdzić może swoich najbliższych, więc wiesz, że musisz odpuścić. W życiu publicznym/politycznym takiego ryzyka już nie ma. Dlatego wszelkie cenzurowanie własnych sądów, wszelkie zakłamanie zewnętrzne w stosunku do tego, co myślisz naprawdę, wprowadza cię w stupor. I masz już dosyć. Chcesz mówić, to co siedzi ci w głowie chcesz mówić, że islamiści do wora, a wór do jeziora. Bo tak właśnie czujesz. Polityczna poprawność kłania się w pas altruizmowi, kontrująca ją prawda  hołduje egoistycznej ekspresji.  Trump wygrał właśnie z powodu owej prawdy. W tak pojmowanej prawdzie, był  być może Trump najbardziej prawdomównym kandydatem w historii, nie tylko USA.  Mówił dokładnie to co myślał, niezakłócany sygnał z mózgu szedł prosto w eter. Nawet jak Trump kłamał, to mówił prawdę, bo w kłamstwie swym był naturalny, był  w nim „prawdomówny”.

Ale to, rzecz jasna, sama prawda to nie wszystko. Drugim warunkiem jest ścieżka przekazu. I tu trafiamy na coś, co w dłuższej perspektywie nas może zabić, na ten pieprzony internet. Chęć nieskrępowanego mówienia tego, co się naprawdę myśli tkwiła w ludzkości od zawsze, problem jednak w tym, że kiedyś boży szaleniec mógł je wygłaszać co najwyżej pod trzepakiem dla kumpli. Teraz już nie. Kiedyś, uwaga, pani minister Strężyńska, cenzura poprzez swoista tabuizację takich bożych szaleńców po prostu odsiewała na wejściu. Nie zapraszano Leszka Bubla do mediów, trzymano pewien poziom dyskusji. Internet ów poziom zabił, czego najlepszym dowodem alt.right website. To, bodajże Solterdijk zauważył fenomen zarządzania gniewem, przewidując ponoć, że póki co, wspólnota gniewu nie może przejść na poziom wspólnoty globalnej. Potrafi jednak na poziom ponadstanowy. Sieć pozwala na dystrybuowanie gniewu z pominięciem cenzurującego mejnsztrimu, a za czym idzie, pozwala na zbudowaniu zagniewanej wspólnoty prawdy w kontrze do cenzurolubnej, a w konsekwencji elitarnej, gromady klubu politypoprawnych empatystów.

Powie ktoś, że Trump wygrał, bo Demokraci zostali w domu. Być może, ale Trump jest tu tylko pewnym symbolem. To samo jest przecież w przypadku Brexitu, Marii LePen, AFD etc. Ale w przypadku Polski to nie działa, powiecie, przecież PiS wygrał, bo Duda zaharcerzykował a Antoni nie wychodził z szafy. Otóż, wspólnotę prawdy tworzyły prawackie internety, owe żelazne logiki, matki kurki, krysztopy, depeszereiry infekujące kwejki i fejsy. Ba, gdyby nie komiczny błąd Korwina, jego ewentualna koalicja z Kukizem dałaby im 4-5 ministerstw w rządzie Kaczyńskiego. Więcej, być może właśnie potrzeba owej wspólnoty jest przyczyną, że Razem i nacjonaliści nie potrafią przebić szklanego sufitu. Oto bowiem partie z najbardziej radykalnym programem, mówią wyjątkowo mało radykalnym językiem. Z jednej strony Zandberg z socjologicznym, momentami wręcz akademickim zacięciem, z drugiej uładzony Bosak przypominający klony absolwentów z SGH. I na tym tle Kukiz, gardzący krzywdą, wyżywający się w swojej prawdzie na najsłabszych, zbierający setki lajków i komentarzy.

Jakie rady na przyszłość? Strategie są dwie: Po pierwsze nic tak nie niszczy populistów, jak ich własne rządy. W kilkuletniej perspektywie stają się oni potworem, z którym walczyli i wcześniej czy później padają. Po drugie trzeba zacząć się bić. Najgłupsze (z punktu widzenia politycznego) zdanie brzmi: nie dyskutuj z idiotą, bo cię sprowadzi do swojego poziomu i pokona doświadczeniem. Tymczasem Ty nie dyskutujesz, a on ci w tym czasie namówi owce i lamy i wybierze za ciebie prezydenta. Gdy zapłakany  Van Jones mówi, że nie wie co powiedzieć swoim dzieciom, odpowiedź brzmi: połóż dziecko spać i nie oddawaj pola, nie zakładaj kłódki na twitterze, nie zamykaj się w getcie własnych poglądów, tylko stawaj dzielnie do kwejków. Że ci to nie pasuje, że to poniżej twojej godności i wykształcenia, że konefki w rękę brać nie chcesz, well, w takim razie ktoś inny urządzi ci świat. Że memy są nic nie warte, blogaski śmieszne, że Rafał Woś nie zauważył na siódmej stronie takiego i takiego wykresu – who kers? This is internet – tu się wali cep za cepem, nie ma czasu na wyrafinowane analizy, hamletyzowanie, mem, kopa i do przodu. Odrzuć polityczna poprawność, nie w sensie, że zaczniesz najeżdżać na najsłabszych- to domena łajdackiej prawicy – ale że nie będzie ci żal milionerów, inpostów, Żabek, srabek, Lidlów, pacjentów prawackich psychiatryków.  Oni to rozumieją, my jeszcze nie. I dlatego oni wygrywają.

Dmowski do wora

08/11/2016 6 uwag

Że Mateusz Kijowski wrzucił zdjęcie Dmowskiego na marsz 11 listopada w sumie dziwić nas nie powinno. Raz, że potrafi KOD mieć zagrywki prosto od soku z buraka. Dwa, że od jakiegoś czasu daje się zaobserwować koncepcję obchodzenia prawicy od patriotycznej strony, czego dowodem pogrzeb Inki od tego dziecięcego boksera Łupaszki. Koncepcji, dodajmy, rażącej swą sztucznością, która wypłukuje resztki tożsamości KODu.

Że jednak gest znalazł tak szerokie mejnsztrimowo-dziennikarskie poparcie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, dziwić powinno.  Bo właściwie czemu Dmowski stawiany jest na równi z Piłsudskim? Znaczy, oczywiście zawodowi historycy mogą tutaj mieć swoje racje, ale mejnsztrim?

Oficjalna mejnsztrimowa wersja brzmi: po pierwsze, bo stworzył polski naród. Tyle że to jednak automatycznie niepodległości nie zapewnia. Po drugie, bo załatwił niepodległość w Wersalu. Popularna wersja tej historii brzmi, że oto Dmowski na konferencji mówił bite 5 godzin (i to w obcych językach), i tak przekonywał, że aż przekonał. Ta wersja pasuje idealnie do umysłu prawicowego Polaka, który chce wiedzieć, że oto zachodnie chamy klękają przed polskim panem. I jego intelektem. Tylko jeśli ktoś wierzy, że o politycznych losach decydują romantyczne przemowy, i to przemowy jednego człowieka, to chyba powinien zmienić dyscyplinkę. Alina Cała i Adam Ostolski sugerują nawet, że Dmowski poprzez swoją fobię antysemicką bardziej przeszkadzał niż pomógł, bo zniechęcał wpływowych Żydów. Czy tak było, nie wiem.

Wiem natomiast, że oto mamy do czynienia z klasycznym Dmowski wielkim Polakiem był. Co zabawne, i dosyć znamienne, tego oficjalnego Dmowskiego najbardziej bronią dziennikarze liberalni. Zabawne, bo  chyba nadal nie rozumieją paradoksu tolerancji (nie możesz tolerować nietolerancji). Znamienne, bo na tym właśnie polega historia wg III RP: bronimy historycznego symbolu nawet jeśli ów symbol jest dla nas kompletnie pusty. Ale gdyby tylko o bronienie chodziło. Sęk w tym, że wypuszczanie trupa Romana z butelki, wciskanie w brzuch oficjalnego szacunku do Dmowskiego, bez względu na to, co rzeczywiście zrobił, jest wpuszczaniem wyziewów, jakie zwykle za truposzczakami się wleką. Skoro bowiem Dmowski bohater, to i jego endecja bohaterska, a skoro jego endecja bohaterska, to czemu nie endecja współczesna?

Potrafiła PRL i IIIRP trzymać się od Dmowskiego na dystans, dawać tyle dyskretnego szacunku, żeby tkwił Dmowski pod gruzowiskiem pamięci. Teraz biorąc podobizny Dmowskiego na sztandary, rozpoczynając o Dmowskim rozmowy, otwiera się na oścież drzwi dla Winnickich i Bosaków, by potem się zdziwić, że dyskurs skręca na prawo. Bo przecież współczesnym, prawicowym fanom Dmowskiego nie idzie o dodruki Myśli nowoczesnego Polaka, idzie im o legitymizację. Kiedyś łączenie Kościoła z nacjonalizmem miało być dlań obraźliwe, dziś już nie tyle Młodzież Wszechpolska co ONRowcy od zdjeć SSmanów, zapraszani są na msze święte. Miała Polska pecha do wspólnotowości, raz przez kompromitację czasów PRLu, dwa przez bożka indywidualizmu czasów Balcerowicza. I teraz, gdy ci biedni chłopcy z blokowisk, co (słusznie) nie za bardzo już wierzą, że jak się mocno postarają, to odniosą wolnorynkowy sukces, mają dostać na tacy Dmowskiego. Już nie jako postać, może z jakimiś tam zasługami, ale jednak skompromitowaną, a jako oficjalny, równoprawny wzorzec z liberalną bumagą.

A przecież nie tylko wśród liberałów, ale i na niepodległościowej lewicy jest masa bohaterów dziś wzgardzonych i zapomnianych. Czy zamiast wlec za sobą truchło Dmowskiego, nie lepiej wspomnieć tych, co niekoniecznie resztę polskich Żydów w gettach by najchętniej widziało.

Neurony i facebookisting

01/11/2016 3 uwag

Lata temu Kinga Dunin ujęła całą lewicowość w jedno kluczowe zdanie: lewica to jest empatia. Gdybym miał, a contrario określić istotę polskiej prawicy, to jest nim smutna teza, że owej empatii prawica w dużej mierze jest pozbawiona. Popularne rozumienie terminu empatia sprowadza się do współczucia, i tej, rzecz jasna, prawicy brakuje w stopniu wybitnym. Ale empatia rozumiana powinna być także, a może przede wszystkim, jako zdolność wczuwania się w sytuację innych. I ta jest tutaj kluczowa.

Płacze, żale, histeria i tak popularne na prawicy mazgajenie się, gdy Fejsbuk zaczął blokować im konta i wrzutki o corocznej kibolskiej demolce, zwanej dla niepoznaki marszem niepodległości, jest tyleż zabawna, co smutna. Zabawna, bo jeszcze kilka dni temu prawica była wręcz zachwycona, że oto gejowi odmówiono drukowania gejowskich ulotek. Bo przecież wolność gospodarcza! Zabawna, bo oto Krzysztof Bosak tłumaczy, że owszem gejom odmówić można zanim dojdzie do druku, ale prawakom konta na fejsie już nie, bo konto już założone. Co poniekąd oznacza, że wedle tej logiki, aby być w porządku, fejsbuk powinien prewencyjnie zakazać wstępu prawakom wszystkim. Zabawna, bo Ziemkiewicz, posługując się lewackimi elementami Reaganomiki (o ile czegoś nie pokręcił),  woła na pomoc lewackie sądy monopolowe i ironicznie krzyczy sam se załóż bank, nie wiedząc nawet, jak bardzo powtarza klasyczne lewicowe argumenty o rynku regulowanym (Keynesa anegdota się kłania). I argumenty o ułudzie fetyszu konkurencji de facto niemożliwej poprzez rzeczywiste bariery wejścia na rynek. Zabawne wreszcie dlatego, że pokazuje jak w łatwy sposób cała ta gadka o wolnym rynku, wolności gospodarczej (głupia sprawa Facebook to przedsiębiorstwo dla ZYSKU) sypie się jak domek z kart, gdy wolny rynek robi fisting akurat na prawackim anusie. A przecież mówimy o korporacji, która świadczy nie tyle mieszkania, bez których zimą możesz zmarznąć, nie tyle jedzenie bez którego po prostu umrzesz, nie tyle pracę, która pozwoli ci funkcjonować. Mówimy o DARMOWYM koncie na kanale społecznościowym. I nie brak tudzież nierówność świadczenia mieszkań, jedzenia, czy pracy ma być grandą, ale brak, tudzież nierówność świadczenia DARMOWYCH kont.

Ale te płacze, żale, histeria są też smutne. Smutne, bo pokazują pewien mentalny defekt na polskiej prawicy, która choć gloryfikuje fisting wolnego rynku na pielęgniarkach, ochroniarzach, nauczycielach etc. za nic w świecie nie jest w stanie wyobrazić siebie samego w sytuacji tegoż fistingowanego. Jakby ewolucja im zrobiła psikusa i obcięła neurony lustrzane, o ile, rzecz jasna, z tymi neuronami w nauce to prawda. Potrafił Warzecha wyśmiewać samobójstwo (!) kredytobiorcy, ale nie zapaliła się mu lampka, że sam ma kredyt frankowy, i może być w jego miejscu. Teraz pisze już o banksterach i łka do ustawodawcy. Potrafiły całe tabuny wyśmiewać „roszczeniowców” związkowych, ale gdy zaczął zwalniać ich Hajdarowicz, pisali list jako żywo przypominający wystąpienia rad pracowniczych. Potrafili lżyć emigrantów, od ekonomicznych najeźdźców ich wyzywać, nie rozumiejąc, że ich ukochani Polacy przedmiotem takiego języka się znajdą w Anglii. I będą zbierać nomen omen RAZy prosto w husarską mordę.

Smutne jednak przede wszystkim dlatego, że, patrząc na rewolucję dobrej zmiany, ci sami ludzie, co teraz kibicują Kaczyńskiemu, nie kumają, że sami kładą głowę pod topór. Zakładając bowiem, że PIS nie będzie autorytarny (a oni to zakładają) cały demontaż mechanizmów bezpieczeństwa w państwie jest prezentem dla Tuska czy innego Kijowskiego, Petru. Kukiza. Zandberga, który nastąpi po Jarku. Nie potrafią sobie prawacy wyobrazić, że ta nieograniczona władza prokuratorska będzie też władzą dla ludzi oskarżających np. Macierewicza. Nie potrafią się domyśleć, że dziś Beata nie publikuje wyroków Trybunału, ale jutro z wyrokiem może to zrobić np. Barbara Nowacka. Przecież zakaz aborcji z powodów społecznych chroniony jest orzeczeniem Trybunału za czasów Zolla – nieco bzdurnie argumentuje Terlikowski z Markiem Jurkiem. Tylko, że każde orzeczenie de facto może być opinią kolesi, zwłaszcza że Zoll orzekał na podstawie poprzedniej konstytucji. To samo, rzecz jasna z mediami publicznymi, NGOsami, puszczą Białowieską i mistralami. Przez lata próbowano udowodnić, że państwowe nie musi być upośledzone w stosunku do prywatnego, a Balcerowicz się myli. Teraz nawet centrolewaki dwa razy się zastanowią, nad argumentem, czy spółki skarbu państwa w ogóle dobrze potrafi być zarządzana. I przyjdą kolejne wolnorynkowe facebooki z siedzibą w USA, które prawem kaduka będą se kasować,blokować i znikać nie tylko konta.

Lubuje się prawica w piętrowych analizach, rozczytuje w historycznym masowaniu patriotycznych członków, a nie potrafi zadać sobie prostego pytania: a co się do jasnej cholery stanie, kiedy to my, będziemy na tych drugich miejscu?

Smarzowski, Ty nie rozpisuj na kolanach, Ty rozpisuj dobrze

25/10/2016 4 uwag

Najgorszy w Wołyniu Smarzowskiego nie jest wcale ten tandetny plakat, rodem z prawackiej wręcz estetyki, słabiutka gra aktorska głównej bohaterki (zaiste, za co ta nagroda w Gdyni?), nie jest nawet faktyczny brak scenariusza (fabuła turla się od jednego do drugiego przybycia i wybycia z chaty) – najgorsza jest postać pojawiającego się arcypolskiego anioła.

Ten sam myk widać było zresztą w Róży – oto pojawia się szlachetny, niewinny Polak niosący promyk polskiego miłosierdzia między ludzkie piekło. W Róży Polaka Jezusa gra  Dorociński, w Wołyniu gra niejaki Adrian Zaremba i wychodzi to jeszcze gorzej. Do momentu zawłaszczania filmu przez rewelacyjnego Jakubika ma się nadzieję, że wreszcie na ekranie postacie (zanim je wymordują) będą jako tako żywotne. Zaryzykuje nawet śmiałą tezę, że moment, gdy Jakubik uderza ciężarną żonę jest najbardziej prawdziwym w filmie, i to nie dlatego, że wszyscy Polacy biją ( owszem, niektórzy biją), ale że wreszcie pojawiają się jakieś rysy, że jednak za coś również i polskich panów można nienawidzić. Ale nie, gdy już myślisz, że wszystko realistycznie ok, nagle przybywa metroseksualny ułan z Czasu honoru i już wiadomo, co będzie. Jest jakaś dziwna przypadłość Smarzowskiego, że w filmach historycznych traci nagle odwagę i  ładuje takie pomnikowe smęty, jakby serio wierzył w ów mit paniczyka co to bułkę przez bibułkę. Wyobrażacie sobie, że pierwszoplanowymi bohaterami Wołynia albo Róży są postacie z Wesela albo Drogówki? No właśnie.

Drugą wadą jest, trafnie wytknięta przez ukraińską stronę, kwestia pewnych wizualnych przemilczeń. Otóż w filmie, który trwa blisko 2,5h de facto nie widać polskiej przemocy wobec Ukraińców. Nie, nie chodzi o pokazanie symetrii. Aprioryczna symetria to domena dość płaskich umysłów;) Chodzi o to, że jak pokazujesz rzeź, to jednak warto spróbować ją wytłumaczyć. A w filmie, głupia sprawa, tłumaczy się obrazami. Tymczasem o prześladowaniach ze strony Polaków się w filmie jedynie mówi, zbrodnie Ukraińców się pokazuje, i to pokazuje ze szczegółami. To fundamentalna różnica. Jak bowiem wyglądałby film, gdybyśmy wpierw zobaczyli zamknięcie jednej cerkwi z drugą, wyrzucanie z roboty, brak jakichkolwiek perspektyw, pobicia przez żandarmów. Średnio ogarniętemu widzowi właściwie trudno zrozumieć, czemu Ukraińcy wybuchnęli aż z taką furią, poza tym, że źli ludzie im nagadali i była wojna. Well, to jednak wciąż trochę mało do wyjaśnienia tak, ukochanych przez prawicę, czystek etnicznych, prawda? Wykorzystał Smarzowski szansę, żeby pokazać do czego prowadzi międlarkowanie i bosakowanie Kościoła, stracił nie pokazując, do czego prowadzą pokolenia życia w nierówności i ucisku.

A przecież w pozostałych aspektach widowisko jest znakomite. Jako fetyszysta historycznych naturalizmów byłem wręcz zachwycony scenografią, językiem, zdjęciami (batalistyka, pościgi konne!), świetnie skrojonymi dialogami (!), czy wreszcie okrucieństwem przypominającym momentami Syna Szawła (sceny z nagimi ofiarami przy dołach albo brodzeniem w wodzie). Tak zachwycony, okrucieństwem. Jak robisz film o rzezi, zwłaszcza jak robisz pierwszy film o rzezi, to chyba potrzeba ci trochę scen z … rzezią. To raczej jasna, prawda? I Smarzowski temu rzeziowemu zadaniu jak najbardziej podołał. Zresztą scen tych nie ma znowuż tak wiele, kto widział choć raz Walking Dead gorszych się rzeczy naoglądał. Scena powstania warszawskiego z Róży, sceny batalistyczne z Wołynia, bądź przeciwnie wyciszone sceny z ukrywania Żydów – wszystko to daje nadzieje na wojenne arcydzieło Smarzowskiego w przyszłości. Ale do tego trzeba bohaterów trochę bardziej skomplikowanych niż Jezus Chrystus w mundurze z orzełkiem.

Czy Natalia Przybysz może być męczennicą?

23/10/2016 2 uwag

Czas ucieka, wieczność czeka – brzmi jeden ze zgrabniejszych chrześcijańskich bon motów, ukazujących los chrześcijański w prawdziwej dlań perspektywie. Życie ludzkie, tu, na ziemi, to tylko moment, w kontekście wieczności ledwie mrugnięcie. Żyjemy tylko po to, by spotkać się z miłującym nas Bogiem i żyć obok niego po wsze czasy.

Ale nie każdy miał taką szansę. Nie miały jej na przykład płody. Znaczy, może inaczej: płody ją miały, ale katolikom wydawało się, że jej nie miały. Albowiem zdaniem Kościoła Katolickiego poronione życie ludzkie trafiało wprost do Otchłani. Nie, nie do Raju, ale do Otchłani. Innymi słowy Kościół katolicki odczytywał to tak, że płody tj. ponoć owe najświętsze życie ludzkie trafiało do Otchłani, chociaż niczym nie zawiniło. Surowa to była interpretacja. Zważywszy na fakt, że życie ludzkie to tylko mgnienie, a liczy się wieczność, czyż nie lepiej było tym płodom urodzić się i dać zamordować Trynkiewiczowi, niż nie urodzić i po wsze czasy pozostać w Otchłani? W pierwszym przypadku ogromnie wzrasta przecież szansa dostania się do upragnionego Raju, w drugim nie ma jej wcale.

Ale z Otchłanią się już zmieniło. Teraz, dzięki interpretacji Benedykta XVI i jego prześwietnych kolegów, płody trafiają do Raju. Bo Jezus jest miłosierny. Co notabene potwierdza tylko radykalną tezę, że nie istnieje prawo, bez jego interpretacji, i że czekajcie, ruchy LGBT, aż Kościół dojrzeje i Was, podobnie jak owe płody, do bram Raju zaprosi. Czy Kościół przeprosił za interpretacyjna pomyłkę te matki katoliczki, które, patrząc na poronione płody, rwały włosy z głowy, że płody nie będą w Raju (rwać przecież musiały) – nie wiem. Wiem, że teraz już rwać nie muszą.

Żyjemy po to, by się dostać do Raju, a poronione płody dostają się do niego od razu. Czemu więc rozpaczamy nad ich aborcją, skoro aborcja z automatu zapewnia im życie wieczne i wieczną ekstazę? Czyż nie powinniśmy radować się, że oto ktoś, komu się udało, oto cel, owszem krótkiego, ale jednak żywota kończy się tak przeszczęśliwie? Bożesz, ale ja ci zazdroszczę nienarodzony Brajanku, Ty już tam jesteś, i obok Boga naszego ukochanego czujesz wieczną ekstazę!

Załóżmy na chwilę, że Natalia Przybysz (zaiste jest ona tu tylko przykładem) nieskończenie kocha swe dzieci i jednocześnie wielbi Boga. Czyż jako radyklanie ostrożna matka, jako matka, chcąca dla dzieci najlepszego, to jest gwarancji Raju, nie powinna owych nienarodzonych od razu abortować? Bo tylko tak, powtarzam, tylko tak ma 100% pewności, że do Raju trafią? Powie ktoś, że może i dzieci narodzone powinna abortować, ale przecież i dzieci mogą grzeszyć. W uroczej Drugiej Księdze Królewskiej przeczytać można o dwóch cudach Elizeusza:

Kiedy zaś postępował drogą, mali chłopcy wybiegli z miasta i naśmiewali się z niego wzgardliwie, mówiąc do niego: «Przyjdź no, łysku! Przyjdź no, łysku!» 24 On zaś odwrócił się, spojrzał na nich i przeklął ich w imię Pańskie. Wówczas wypadły z lasu dwa niedźwiedzie i rozszarpały spośród nich czterdzieści dwoje dzieci. 25 Stamtąd Elizeusz poszedł na górę Karmel, skąd udał się do Samarii.

Zaiste, dzieci te raczej nie trafią do Nieba. Grzeszyć mogą także dorośli, a płody grzeszyć nie mogą, płody mają bezpośrednią windę do Nieba. Oczywiście czyn wierzącej Natalii byłby w myśl Kościoła wciąż ogromną zbrodnią. Ale ona mogłaby go traktować jako własne poświęcenie, jako własne męczeństwo. Wiem, że czeka mnie Ogień piekielny, wiem że po wsze czasy będę cierpiała, ale przed tym samym uratuje swoje dzieci. Tylko tak mam pewność, że one nie staną się Trynkiewiczami czy Chazanami, tylko tak mam pewność, że od razu trafią do Raju! Kładę więc swoje życie wieczne na szali, by uratować ich wieczne życie. Czyż aborcja w takim świetle nie jawi się większym męczeństwem, niż męczeństwo samego Chrystusa? Ten przecież wiedział, że życie to tylko mrugnięcie, a potem już tylko zasiadanie przy grobie Pańskim! Nasza Natalia wie, że ona przy żadnym stole już nie zasiądzie.Gdy więc jeden z drugim mędrek pyta Cię: szkoda, że Ciebie nie wyskrobali, czyż nie powinnaś odrzec, droga Natalio, tak szkoda, siedziałabym teraz obok Ojca rozpływając się w wiecznej ekstazie!

Tyle o kwestii traktowania swej wiary serio i serio traktowania dogmatycznych wyborów.  Jeśli zaś chodzi o sam coming out Natalii Przybysz, to stało się prawdopodobnie coś fatalnego i na pewno coś wspaniałego. Prawdopodobnie coś fatalnego, bo może to dość mocno zaważyć na czarnym proteście – pierwszej tak wielkiej inicjatywie, która przebiła feministyczny bąbel, i zjednoczyła kobiety o różnych poglądach. Kwestia własnego zdania to jedno, a umiejętność trafnego doboru metafor w danym środowisku to drugie. Inaczej brzmi nie chcę poświęcać naszego rodzinnego szczęścia dla niechcianej zygoty, a inaczej abortuję bo mam za małe mieszkanie. Oczywiście, że komisarze polityczni i tak znajdą skrawek czyjegoś cytatu, by zrobić z tego uogólnienie, na tym przecież polega sens propagandowej pracy sprzedajnych prawicowych dziennikarzy. Ale po co im to ułatwiać.

Z drugiej strony, zrobiła Natalia Przybysz coś wspaniałego, choć, rzecz jasna, nie ona pierwsza. Przede wszystkim wskazała wszystkim młodym dziewczynom, że jest realna alternatywa, że nie ma żadnej traumy postaborcyjnej, o której mówią prawaccy panowie okupujący TVN, że nie ma żadnej rzezi czy Piły, jest 5 minut i po wszystkim. To ogromna wartość świadectwa, dla tych wszystkich  zdesperowanych kobiet, które po omacku szukają czegoś w necie. Jak każdy, kto robi coming out, przyjęła na siebie też masę konserwatywnych wymocin. Nie tak znowu dawno były czasy, gdy medialne wyjście z szafy przez geja, słusznie uważano za rodzaj heroizmu, dziś nastały czasy, gdy prawica tak narzuciła język, że publiczne przyznanie się do usunięcia podrośniętej zygotki jest poświęceniem dla sprawy. Czy jest więc Natalia Przybysz męczennicą? Nie wiem, wiem że w przeciwieństwie do tych wszystkich netowych nołnejmów jest cholernie odważna.

 

Nie ziemkiewiczujcie Rzygowicza!

15/10/2016 5 uwag

Kolejna nagonka na Rafała Ziemkiewicza zmusiła mnie wreszcie do skrobnięcia kilku słów do autora, zwłaszcza, że jego znakomity felieton, to najlepsza ku temu okazja.

Aborcyjne fanatyczki, dla których normalne, nie podzielające ich obsesji kobiety są „głupimi krowami”, same czują się krowami świętymi. Epatują wulgarnością, sprawy ważne sprowadzają do poryków prymitywnych jak stadionowe „Legia k…” czy „j…ć Arkę”, na transparentach rysują sobie narządy rodne, dodatkowo, dla świńskiej satysfakcji profanowania cudzych świętości, łącząc je chętnie z symbolami religijnymi i patriotycznymi – a przy tym wszystkim żądają dla siebie rewerencji należnej damom. Nazwij ich zacietrzewioną tępotę po imieniu, a wraz z hałaśliwą medialną klaką podnoszą krzyk, że obrażasz kobiety i że to, ach, jakie straszne, straszliwe chamstwo!

Jak rozumiem, drogi Rafale, epatowanie wulgarnością na protestach Cię po prostu brzydzi. Co w sumie jest zrozumiałe, w końcu, kto jak kto, ale Ty akurat wulgarnością gardzisz. Gdy raz kiedyś elegancko prosiłeś jednego staruszka, żeby zszedł z anteny, ten pewnie do dziś pamięta dystyngowaną polszczyznę, którą go uraczyłeś.

Zresztą, ten jazgot podnosi się nawet po zwykłym, niewinnym żarcie. Lewackie media z oburzenia omal się nie zagęgały na śmierć, gdy wrzuciłem na tłiter zdjęcie modelki w czarnej bieliźnie z komentarzem, że gdyby „czarny protest” tak miał wyglądać, to sam bym go poparł. Wciąż się zastanawiam, czy chodziło w tym hejcie o bieliznę – zmysłową, ale skromną i zakrywającą wszystko, co kobieta na poziomie zwykła zakrywać – czy o fakt, że modelka była zwyczajnie ładna, co musi feministki irytować do białej gorączki.

Żart żartem, drogi Rafale, Ty zawsze masz takie śmieszne żarty, ale w tym przypadku wychodzi na to, że żartujesz z mordowania niewinnych dziesiątek. Czy poprałbyś, nawet w żartach, holocaust gdyby nazistka przebrał się w kuszący pasiak oświęcimski? Czy poparłbyś strzelanie w potylicę w Katyniu, gdybyś zobaczył długie nogi, tuz przed wrzucaniem do wykopanego dołu? No właśnie. A przecież aborcja to drugi holocaust!!!!!! Głupia sprawa, Rafale, ale wydaj mi się, że łatwość, z jaką żartujesz sobie z rozrywanych dzieciątek, może sugerować, iż masz te dzieciątka w głębokim poważaniu.

Potem, w gorączce obelg i oskarżeń, jakimś aktywistkom insynuującym mi, że „chcę rządzić ich ciałami”, odpisałem uprzejmie, iż nie, w najmniejszym stopniu nie chcę, choć gdybym to robił, niewątpliwie ciała te byłyby ładniejsze. Tu już kwik oburzenia „chamstwem” sięgnął zenitu.

Tu się muszę, z Tobą zgodzić, Rafale, niewątpliwie wyszłoby ładniej:

img_3357

Jakiś pętak z „Gazety Wyborczej”, i to w tytule, na odredakcyjnej drugiej stronie, pozwolił sobie nawet na nazwanie mnie z tego tytułu „bucem” – które to słowo przez wiele wieków, póki nie wyparło go góralskie określenie derywowane od „chojaka”,  oznaczało (a jako regionalizm odnotowują to znaczenie także współczesne słowniki) „członek męski wulgarnie”.

Cholera, Rafale, ale znowu muszę się z Tobą zgodzić. Rzeczywiście ów pętak z Wyborczej przesadził, kutasa powinno się wprost nazywać kutasem, nawet jeśli nie wszystkie frędzle mu z szortów zwisają.

Proszę nie sądzić, że się uskarżam czy coś podobnego – szmatławiec z Czerskiej takimi publikacjami wystawia świadectwo sam sobie, a nie tym, których próbuje znieważyć; zresztą w wypadku tego prasowego, par excellence, organu, za większą zniewagę uznałbym, gdyby mnie chwalił.

W każdym razie trzeba tu odnotować, że słowo „chamstwo” jest kolejnym, które w propagandowej mowie pozbawiane jest znaczenia. Podobnie jak „faszysta” czy „pisowiec”, które przecież w narzeczu antypisowskich mediów i karmionych nimi trolli od dawna już nie oznaczają sympatyka faszyzmu albo PiS-u, tylko „kogoś, kogo nienawidzimy” i „tego, na którego masz dziś pluć”.

O uskarżanie się na Wyborczą, nikt Cię Rafale, nawet nie śmie podejrzewać. W ogóle, skąd pomysł, że Ty, Rafał Aleksander Ziemkiewicz, mógłbyś kiedykolwiek uskarżać się na Wyborczą, nie mówiąc już o uskarżanie na Adama Michnika? Nieprzewidywalność, obok pogłębionego riserczu, to główna cecha Twojej publicystyki, Rafale, i za to, przynajmniej ja, bardzo Cię cenię.

Gdybym nie był tak stary, może by mi się jeszcze chciało zwracać uwagę, że o rzekomym „chamstwie” z jakim traktuje „kobiety” (uparte stawianie znaku równości między prostaczkami z „manif” a kobietami przywodzi na myśl starą balladę Mistrza Młynarskiego o pewnej lepkiej substancji, która się przykleja do okrętu i woła „hej, płyniemy”) rozprawiają najchętniej osoby, znaczące swoje społecznościowe konta „fakami” i bluzgające na nich ordynarnie na wszystkich, którzy nie należą do jedynie słusznej sekty. Bezustanne kpienie z niskiego jakoby wzrostu Jarosława Kaczyńskiego (w istocie w swoim pokoleniu mieści się pod tym względem w średniej krajowej), lżenie go od „kurdupli” jest oczywiście wyrazem wysokiej kultury, ale wytknąć pokraczność grubasce – to już dla szydzących z „kurdupla” czy „tłuściocha z Żoliborza”, jak publicznie nazywa Kaczyńskiego profesor Pisula z PAN (!) straszliwe buractwo, które sprawia, że czują się w świętym oburzeniu uprawnieni do najobrzydliwszego hejtu, z ubliżaniem mojej żonie i śp. rodzicom, insynuowaniem mi niedomagań seksualnych, kompleksów, oraz mi życzeniem śmierci włącznie. Że jedną gębą domagając się szacunku dla kobiet, nawet tych najbardziej prostackich przekup, drugą wypisują najwymyślniejsze obrzydlistwa o, dajmy na to, żonie Tomka Terlikowskiego. Ale cóż, przywykłem, nie od wczoraj przecież z głupotą, prostactwem, nienawiścią i kłamliwością szeroko rozumianej lewicy wojuję.

Nie wiem, czy można obrażać Twoją żonę, drogi Rafale. Skoro jednak fakt, że profesor Pisula z PAN(!) nazwał Kaczyńskiego tłuściochem,  oznaczać ma, że Rafał Ziemkiewicz z DoRzeczy (!) może tak lub podobnie nazywać Annę Dryjańską z natemat (!), to boję się, że można tak i o Twojej żonie.  Ale  na szczęście można pod Twoją żonę trochę pofapać, prawda? Pisałeś przecież Nic tak nie wprawia w dumę jak pożądliwe spojrzenia Francuzów Hiszpanów i Włochów kierowane ku leżakowi na którym opala się żona… To miłe, Rafale, że wystawiasz swój żywy inwentarz na słońce, słońce jest potrzebne każdemu.

Komu innemu bym akurat nigdy nie śmiał pokraczności wytykać, ale inicjatorka nocnej demonstracji pod prywatnym domem prezesa PiS, z hasłami typu „kota se ochrzcij!”, i babską tłuszczą spędzoną judzeniem, jakoby powiedział coś, czego wcale nie powiedział, na grzeczność nie zasługuje. Jeśli tak bardzo gardzi ona „zdeformowanymi” dziećmi, to ja mam pełne prawo zauważyć, że sama jest zdeformowana, i żyje, więc niech nie odmawia tego prawa innym. Tym bardziej, że wygląda tak jak wygląda nie z przyczyn, jak wzrost czy różnego rodzaju choroby, niezależnych od własnej woli, ale – najprawdopodobniej – ze zwykłego obżarstwa.

To prawda, Rafale, komu innemu nigdy być nie śmiał pokraczności wytykać. Dlatego pisałeś w innym miejscu, że Islamizacja Zachodu może mieć lepsze strony, gdyby np. wszystkim Niemkom nakazano nosić burkini, kurorty by bardzo wypiękniały. Dlatego o Bikont i Szczęsnej napisałeś elegancko dwugłowy murzyn Michnika. Ciekawe, drogi Rafale, czy do getta bez burkini łapałaby się Maria Kaczyńska i Anna Walentynowicz, czy może im też trzeba by, za przeproszeniem, te brzydkie (?) ryje w burki oprawić, żebyś estetycznie czuł się usatysfakcjonowany? Ja bym oprawiał, a Ty?

Co, do cholery, w imię nie zniżania się do ich poziomu mamy ulegać szantażowi – my wam narobimy na głowę, a wy ani słowa, nawet najuprzejmiejszego, bo kobiet się nie poniża?! Kobiet – oczywiście, zgoda. Ale wy, babuny, którym najbardziej do twarzy w torbach na głowie, nie jesteście żadnymi kobietami.

Tak, Rafale, feministki zdecydowanie za bardzo robią na głowę, dlatego w klubie Ronina trafnie rżesz, że mają myć włosy łonowe. I teraz się musisz siebie (nie włosów) bronić. Ale swoją drogą, to dosyć ciekawe, Rafale, bo jednak owe feministki chyba mają rację. Skoro ty nie uważasz ich za kobiety, to znaczny, że płeć jednak można wybrać, prawda? Ciekawa uwaga, Rafale, ale byłbym z nią jednak na prawicy ostrożny.

Znałem i znam wiele kobiet. I nawet te, co za drobną finansową wdzięcznością pomagały mi przetrwać czasy międzymałżeńskiego upadku, o którym sam dziś myślę jako o czarnej dziurze w swym życiorysie, były w większym stopniu damami, niż inicjatorki „czarnych protestów” (inicjatorki, zastrzegam, nie przenoszę swej pogardy na wszystkie ich uczestniczki, rozumiejąc emocje, które do nich popchnęły).

Czyli, popraw mnie, Rafale, jeśli źle zrozumiałem: rzuciłeś żonę z dziećmi, uciekłeś na prostytuki, bo, jak kłamał kłamliwie Żakowski, jednak jesteś odważny, konserwatywny facet, i wiesz co to rycerskość. I teraz, te prostytutki, wyciągasz, żeby retorycznie bić nimi feministki, ale tylko organizatorki, broń boże resztę kobiet. Bo rozumiesz kobiece emocje.  Swoją drogą, na tych protestach były też samotne matki. O nich z kolei pisałeś, Rafale: Macie rację, samotnym te 500 zł należy się jeszcze bardziej. Kłusownictwo seksualne pochłania kasę strasznie. Ale samotne matki, pewnie też Cię jakoś obraziły, albo powiedziały na prezesa gupi kaowiec, wiec dobrze tak kurwom (byleby nie z Ukrainy, rzecz jasna). A, zapomniałbym, drogi Rafale, na protestach były też grube, brzydkie, niezadbane kobiety. Nie każdy, trzyma fason jak ty,  drogi Rafale, (swoją drogą ta twoja żona, co do której sugerujesz na twitterze, że ją w kajdankach solisz, to ona Ci dobiera te Twoje garnitury?) No więc na protestach były, jak to zwykle nazywasz, także kaszaloty.  Nie myślałeś, żeby je razem z Niemkami w burkini ubrać? Przecież tak bardzo rozumiesz kobiece emocje.

%d bloggers like this: