Mundialowo: Oto (prawdziwy) człowiek

21/06/2018 3 Komentarze

 

W okładkowym tekście Michała Okońskiego o Leo Messim od początku uderza jedno: dramatyczna wręcz nieaktualność. To jest tekst, skądinąd świetny, o Messim sprzed dobrych paru lat. O Messim z 2011 a może bardziej nawet 2014, o Messim spiętym, introwertycznym, zahukanym w szatni i wymiotującym na boisku. O Messim takim, jakim go widział Jonathan Wilson dobrych parę lat temu, gdy pisał swoją kolejną, zapewne rewelacyjną, książkę.

Ale to nie jest tekst o Messim z 2018 roku. Bo teraz Messi jest inny. Teraz jest Messi udzielający długaśnych wywiadów, Messi piszący dla argentyńskich gazet. Messi wpuszczający dziennikarzy do swojego domu. Messi wyluzowany. Teraz po fatalnym remisie z Islandią nie zamyka się w szatni, ale wychodzi i mówi: nic się nie stało, gramy dalej.

Uważam, że to zasługa rodziny. Żony, dzieci, a może nawet tego monstrualnego ogra udającego pieska. Rodziny, która mu zapewniła normalność, spokój, prawidłową hierarchię priorytetów w życiu. Szare, zwykłe życie.

Ale rodziny, która też coś zabrała. Przede wszystkich psychiatryczny głód zwycięstw. Uważam, że w krytycznych sytuacjach, nie raz, nie dwa, ale taśmowo, wygrywają tylko ludzie z pewnym emocjonalnym defektem. Że presja jest tak duża, że tak nieustannie rośnie, iż człowiek z normalną psychiką tego nie jest w stanie wytrzymać. Wytrzymują więc tylko te świry, które egoistycznie nie potrafią myśleć o niczym innym, jak tylko o własnej wygranej.  Przed oczyma staje mi Pep Guardiola odmawiający niedzielnego obiadu za każdym razem, gdy Barca Cruyffa przegrała. Messi od jakiegoś czasu obiad pewnie jada spokojnie, spokojnie też godzi się z porażką. Ma gdzie wrócić, ma ważniejsze problemy niż  rozkapryszony tłum ciules, płaczący po dublecie z 17 punktową przewagą nad Realem Madryt.

Nie, to nie znaczy, że Messi stracił całkowicie głód zwycięstw. W końcu to głównie on sam ciągnie ten wór z węglem zwanym Barcą Bartomeu i  Argentyną post-Maradony.  Ale to Messi, który w tym ostatecznym, decydującym momencie nie musi już rzucać swojego życia na szalę, bo wie, że prawdziwe życie jest także gdzie indziej. Jeśli więc Harry Potter – jak chce Michał Okoński – to bardziej ten z ostatnich części, gdzie ma świadomość nieuniknionej straty, niż ten młody zagubiony w Hogwarcie. Ten obecny Messi, lekceważąco wręcz drepczący dziś po boisku, zagubiony już dawno nie jest. Może i stracił te kilka najważniejszych pucharów w życiu, ale gdzie indziej odnalazł prawdziwe życie. Oto jest właśnie (prawdziwy) człowiek.

 

 

Reklamy

Mundialowo: Dlaczego wielkomiejska lewica nie lubi futbolu?

21/06/2018 5 Komentarzy

Za każdym razem wygląda to tak samo. Zaczynają się mistrzostwa świata albo Europy i ze strony wielkomiejskiej lewicy dostajemy ten sam wysyp ostentacyjnego lekceważenia, żeby nie napisać pogardy dla futbolu, kibiców piłkarskich i całego tego piłkarskiego święta, które rozpala nam policzki i nie daje zasnąć.

Oczywiście nie chodzi o całą wielkomiejską lewicę, być może nawet nie o jej większość, ale o tę całkiem widoczną (kiedyś na blogach, dziś na fejsbuku) nadreprezentację lewicowców, którzy urbi et orbi muszą ogłosić swoje désintéressement wobec biegania za skórzanym balonem. Pytanie: dlaczego?

Niektórzy argumentują to niechęcią do milionerów biegających za piłką. Ale ci sami lewicowcy nie mają nic przeciwko bieganiem innych milionerów na planach filmowych superprodukcji o rycerzach Yedi czy innych Avengersów. Niektórzy argumentują to zwyczajną nudą i infantylną wręcz umownością futbolu, ale przecież ta sama wielkomiejska lewica nie ma problemu z tzw. zawieszeniem niewiary przy zaczytywaniu się w powieściach fantasy albo oglądaniu kolejnej komiksowej ekranizacji. Niektórzy twierdzą, że chodzi o niechęć do narodowego szowinizmu generowanego przez futbolowych fanów, ale przecież w podobny sposób lekceważone jest kibicowanie klubom piłkarskim, i to również tym biednym, lokalnym.

Pytanie więc wciąż brzmi: dlaczego?

Po pierwsze, winne jest „nerdowe skrzywienie”. Aby zostać lewicowcem, dajmy na to, w latach 90-tych trzeba było być oryginałem. Z jednej strony lewicowość jako Millerowy postPRL z drugiej naiwna wiara w najdziwniejsze wolnorynkowe dogmaty. W dodatku brak dostępu do lewicowej myśli z zewnątrz, często też brak odpowiedniej znajomości języka. Trzeba było dużej odwagi intelektualnej, aby w czasach neoliberalnego TINA (there is no alternative) opowiedzieć się za antykomunistyczną lewicą, w którą wierzył choćby George Orwell albo Kazimierz Pużak. Taką odwagę miał właśnie nerd. Jednych nerdów skręcało w stronę lewicy, innych w stronę anarchokapitalizmu, ale żaden z nich nie chciał trzymać się z dominującym nurtem idei. Dodatkowo, w czasach przed-komputerowych hierarchia szkolna wśród chłopców wyznaczona była przez umiejętności piłkarskie (najsłabszy na bramkę). Stąd nieinteresujący się piłką nerd w hierarchii tej uplasowany był, co do zasady, dość nisko. Piłka nożna od dzieciństwa kojarzyła mu się więc z wykluczeniem i stosowaniem pewnych mechanizmów przemocy, niekoniecznie fizycznej, więc już zawsze ją będzie hejtował.

Po drugie, winny jest pewien zakamuflowany klasizm. Piłka to rozrywka masowa, w całym swym anturażu, przynajmniej w Polsce, podobna do disco polo, festynu, rubasznych żartów i swoistego „zenkowania”, na którym jeden portal oparł nawet cały swój model biznesowy. A wielkomiejska lewica z ludem zawsze miała pewien problem. Chciała mu pomagać, ale mu nie ufała. Chciała płacić wyższe podatki, ale to państwo miało się stykać z ludźmi z prowincji i stanowić swoisty bufor przed „dzikim interiorem”. Czuła lewica pewną nad ludem wyższość, zwykle z racji przewagi kapitału kulturowego, a i ów lud czuł także niechęć, którą brak wspólnych zainteresowań (w tym także piłkarskich) tylko wzmagał. Dlatego w Polsce nie powstały wszystkie te ruchy kontestujące komercjalizację futbolu, nie ma też lewicowych trybun jak w Livorno, St. Pauli czy Rayo Vallecano.

Na szczęście to się powoli zmienia. Na szczęście coraz częściej właśnie fakt owego ludowego zachwytu nad piłką postrzegany jest wreszcie jako coś pozytywnego i autentycznie nieskomercjalizowanego. Powstał nawet, i to właśnie w Warszawie,  AKS Zły – klub o oczywistej lewicowej proweniencji. Dzień, w którym lewicowość znów zawita na stadiony i znów lewica będzie obnosiła się w piłkarskich szalach będzie tej lewicy zwycięstwem. I powrotem do lewicowych korzeni.

Przyrodzone prawo do flirtu

20/06/2018 16 Komentarzy

 

Szczególnie oburzająca jest historia Pauliny, którą Krzysztof nie tylko usiłował zaprosić na kawę i wypytywał o zdjęcia czy status jej związku, ale ostatecznie posunął się kilkakrotnie do bardzo wulgarnych komentarzy, bezpośrednio nawiązujących do stosunku seksualnego. Paulina odpisywała mu przez jakiś czas dość normalnie, choć z dystansem, w obawie przed spotkaniem go w Krakowie. Gdy przestała, nadal dobijał się do niej co kilka dni przez cały miesiąc, wysyłając wiadomości, które pozostawały bez odpowiedzi. Dopiero po interwencji zaprzyjaźnionej z Pauliną osoby trzeciej K. Wołodźko przestał ją zaczepiać i zablokował ją na Facebooku.

Codziennik Feministyczny

Przy okazji afery z namolnym Krzysztofem Wołodźko, który stalkować miał młodsze dziewczyny na fejsie, kolejny raz wraca chochoł z flirtem i podrywaniem. W sumie to trochę dziwne. Wydaje się, że wysyłanie, bardziej lub mniej, zawoalowanych tekstów o ruchaniu do nieznajomych albo dopiero co poznanych kobiet nie jest flirtowaniem, ale jak patrzę po komentarzach, polscy mężczyźni właśnie tak sobie wyobrażają zagadywanie do koleżanek. Gdzie oni poznajdują te swoje żony i sympatię to sam nie wiem, ale to akurat boli mnie najmniej.

Aby uzmysłowi kolegom, co jest w tym wszystkim nie tak, najlepiej chyba przywołać naszą kochaną, złotą zasadę wzajemność: traktuj innych, jak chcesz, żeby traktowano ciebie. A teraz wyobraź sobie drogi, polski, heteroseksualny mężczyzno, że namolnie podrywa cię jakiś gej. Nie masz nic do gejów, ludzie jak inni, lepsi, gorsi, jak heterycy, powinni mieć równe prawa etc., ale to nie przypadek, że nie oglądasz gejowskich pornosów, prawda? I teraz facet, któremu się spodobałeś ciągle cię zaczepia na fejsie. Nie na tinderze, ale na fejsie. Po pewnym czasie kumasz, że cię podrywa, odpisujesz zdawkowo, ale on podrywa cię dalej. W końcu pracujecie razem przy tych samych projektach. Po chwili dostajesz wiadomości nawiązujące do robienia mu loda albo seksu analnego. To przecież tylko flirt, czy chcesz, żeby świat umarł? Bez flirtowania, znaczy mówienia innym o ruchaniu, twoich skarpetach, kawiorze na twoich pośladach i uwag o tym, jakie masz pękate usta, świat przecież zginie, czyż nie?

Przykład z namolnymi seksualnymi uwagami przedstawiciela orientacji, której nie podzielasz, ewentualnie brzydkiej szefowej, która dyszy i ma na ciebie chętkę, jest o tyle zasadny, że istnieje całe grono mężczyzn, którzy uznają, że podrywanie jest z definicji czymś dobrym. I jako pewne dobro przeważa nad ewentualnym dyskomfortem innych. Słowem: ojtam, ojtam, nie przesadzaj, popatrz, ile par potworzyło, ile dzieci się z tego bieda podryw zrodziło. Prawdopodobnie dzieje się tak, ponieważ w hipotetycznej sytuacji każdy z naszych kolegów bardziej widzi się w roli podrywającego niż podrywanego. W końcu, co do zasady, przemawiają za tym osobiste doświadczenie.

W pewnym sensie na tym właśnie polega fenomen akcji #metoo. Nagle ci przestraszeni mężczyźni, dla których traumą są kolejne podrywy i flirty, zderzają się z drugą stroną: perspektywą kobiet, dla których owe werbalne i wizualne propozycje są z kolei źródłem męczącego dyskomfortu, czasami zmieniającego się w czystą udrękę. I teraz nasi milusińscy słysząc to, w jaki sposób nie można traktować kobiet, załamani są jeszcze bardziej, bo do zwyczajowej nieśmiałości dochodzi im jeszcze „garb nierozumianej empatyczności”. Pytanie tylko dlaczego wstawki o ruchaniu mają mieć pierwszeństwo przez smuteczkiem chłopaczka, który nie potrafi inaczej zagadać? Z jakiej racji ma istnieć jakieś przyrodzone, pierwotne prawo naturalne do podrywania, kto wam je dał i dlaczego kosztem drugiej strony?

Czasami sobie myślę, że gdybym mógł zaprojektować czyściec, to zrobiłbym tak, że każdy dostaje dokładnie tą samą ilość przykrości, którą za życia doczesnego wyrządza innym. Ciekaw jestem, ile nasi, dzielni mężczyźni by wytrzymali tego wiecznego ślinienia się i obmacywania wzrokiem czyjegoś krocza.

Chcesz wiedzieć, jak oceniać, czy nie posuwasz się za daleko? Wyobraź sobie kogoś, kto zupełnie, ale to zupełnie, nie pociąga cię seksualnie, a potem, że namolnie pisze ci o dymaniu. Może wtedy łatwiej załapiesz. A jak już załapiesz, to czeka cię lekcja nr 2, podczas której spróbujemy ci wytłumaczyć, że jak ktoś nie odpowiada na twoją drugą i trzecią wiadomość, to nie znaczy, że spuścił w kiblu telefon, ale że spuścił tam po prostu ciebie.

PS Kariery Krzysztofa szkoda, dobry, lewicowy, to był herbatnik. Mam nadzieję, że w satysfakcjonujący sposób przeprosi zaczepiane dziewczyny i wróci do pisania. Idea lewicy to też idea przebaczania, dlatego jest taka piękna.

 

 

 

 

 

 

 

 

Mundialowo: O 47 krajów bez narodu wybranowskiego

19/06/2018 6 Komentarzy

 

Oglądając wzruszający film Peru, oglądając jeszcze chyba lepszy filmik Tunezji, patrząc na te wszystkie łzy piłkarzy Meksyku, rewelacyjnej Japonii, te klęczenie Tunezyjczyka po strzeleniu gola, ciesząc się z 48 drużyn na kolejnych mundialach, na myśl od razu przychodzi ów słynny filmik promujący Polskę. Ten paździerz nad paździerzami, te spluwanie w pysk wszystkim tym ludziom, którzy, może i czasami głupio, ale jednak krew za ten kraj przelewali, te robienie z nich kretyńskich cyrkowców, wreszcie ten Wybranowski, co na co dzień paraduje w koszulce antysemickich wojaków, a teraz przebrał się za poznańskiego robociarza, którzy to robociarze w 1905 takich endeckich Wybranowskich na kopach wyrzucali z fabryk.

Przypomina się ten flimik zwłaszcza teraz, gdy się patrzy na to, w jakim stylu reprezentacja tego narodu, wiecznie kwiczącego na kolanach, żeby ich wreszcie respektować, żeby oddać im cześć, na mundialu zagrała. A zagrał dokładnie taki paździerz jak ten filmik. I to z drużyną grającą kompletnie beztroski futbol, bez żadnych wyuczonych schematów.

Najłatwiejszym testem na to, jakim jesteś piłkarzem, jest rzucenie ci w meczu długiej piłki. To jak ją opanujesz, zwłaszcza w biegu, od razu pokaże, co tak naprawdę potrafisz. Dzisiaj długiej piłki przyjąć nie potrafił niemal nikt. Po części z powodu słabszych technicznie umiejętności, miałem tę przyjemność oglądać Krychowiaka na żywo w meczu z Litwą, to na ten moment to jest piłkarz niepotrafiący czysto przyjąć i odegrać na kilka metrów. Po części z powodu stresu. Mało kto chyba rozumie, jak psychicznie wykończyło Polaków czekanie na pierwszy mecz. Każdy dzień to dodatkowe sto kilo ciężaru w nogach, efekt widać było zwłaszcza w pierwszej połowie. Brak choćby jednego podania w tempo, albo za krótkie albo za długie, nigdy poprawne. Przecież aż tak tragiczni nie są.

To, co zaimponowało na początku, ta odwaga Nawałki w ofensywnym ustawieniu, bo jak kraść to miliony, okazało się całkowitym niewypałem. Nigdy nie rozumiem, czemu trenerzy nie potrafią zmieniać ustawienia i robić zmian w 30 minucie, potrafił to robić Mourihno, czemu nie chciał tego zrobić Nawałka, przy wyniku Kolumbii remis niewiele daje.

Zawiedli ci w tej reprezentacji najwięksi: przede wszystkim Piszczek niemiłosiernie batożony przez Nianga, koślawy Krychowiak, tradycjnie nieogarnięty Milik i mimo wszystko, chyba swym wyjściem Szczęsny. Także Grosicki, któremu pary starczyło ledwie na 45 minut. Najlepszy był osamotniony Lewandowski i mój ziomek Rybus. Jest chłopak wprost stworzony do 3-5-2,  powalczyć powinien o nowy kontrakt. Teraz hejt skupi się na Cionku, niszczyć faceta za przypadkowy rykoszet najlepiej pokazuje jak kibice potrafią być głupawo okrutni.

Patrząc na ten mecz i na pierwsze kibicowskie łzy mojego syna nie miałem serca mówić mu, żeby się przyzwyczajał. Że tak, co do zasady, będzie zawsze. Puszczę mu tylko ten filmik z Gmochem i polskimi manekinami w cekinach koloru moro, niech już teraz, w wieku lat 8, wie, co znaczy należeć do narodu, może nie wybranego, ale na pewno wybranowskiego.

Dlaczego to głos na Zjednoczoną Opozycję będzie mniej skuteczny

19/06/2018 10 Komentarzy

 

Medialne oburzenie na wystawianie przez opozycję własnych kandydatów, którzy mają czelność konkurować z przenajświętszym kandydatem Zjednoczonej Opozycji, to dopiero początek. Na razie chodzi o wybory w Warszawie, a przed nami cały maraton wyborczy. Zaistnieją w nim opozycyjne partie i ruchy, które nie zechcą maszerować pod sztandarem Grzegorza Schetyny i Tomasza Lisa. Będą więc przez liberalny mainstream postponowane, wyszydzane, szantażowane i zastraszane. Będą przywoływane do porządku.

Nie, to nie oznacza, że liberalny mainstream tak bardzo lubi innych dyscyplinować i wydawać dyrektywy. To jedynie oznacza, że bardzo, ale to bardzo jest przerażony, a nadzieję widzi jedynie we wspólnym bloku opozycyjnym. Dlatego ten, kto do zjednoczenia nie wstąpi, uważany jest za zdrajcę albo szkodnika. Bo jedyny imperatyw to skutecznie odsunąć PiS od władzy, potem dopiero mogą być toczone „normalne” spory na „normalne” polityczne programy.

Załóżmy na chwilę, że ów imperatyw jest rzeczywiście rozstrzygający. Że najważniejsza jest taktyka skutecznego odsunięcia PiS-u od władzy. Nie liczą się programy, kadry, nie liczy się przeszłość. Tyle że w takiej taktyce to właśnie głosowanie na lewicową/chłopską opozycję – zamiast na Zjednoczoną Opozycję – jest głosem najmniej zmarnowanym i najbardziej skutecznym sposobem pozbycia się Kaczyńskiego.

Czytaj dalej na gazeta.pl

W obronie Patryka Jakiego

18/06/2018 10 Komentarzy

 

Kto nie podał fejka niech pierwszy rzuci kamieniem. Kto nie zrobił mema ze znalezionej fotki, kto nie zabluzgał w necie, kto bawił się w czarny humor? Wszyscy po prostu wszyscy.

Pomysł, aby za to ścigać po sądach jest idiotyczny. Pomysł, aby za to płacić 30 tysięcy jest idiotyczny jeszcze bardziej. Ale już pomysł, żeby robić z Patryka Jakiego męczennika za sprawę, z któremu współczuć będą tysiące niepolitycznych internautów jest już tak durny, że wpaść na to mógł tylko polityk PO. Podejrzewam nawet, kto podpuścił Tuska w tej sprawie i kto sobie na tym będzie wyrabiał nazwisko.

Ba, ja wcale nie jestem taki pewien Tuska wygranej. Zwłaszcza że twitt podał pracownik Jakiego, szybko mem usunięto a i sam Jaki przeprosił. To będzie ciekawy proces, być może nawet precedensowy.

Oczywiście straci też sam Tusk, który ze zdystansowanego polityka wielkiego świata robi z siebie sądowego pieniacza. Oczywiście straci też opozycja tylko utwierdzająca postronnych, że Jakiego po prostu się boją. A ci wszyscy, co teraz tak się cieszą, że pan Roman (być może) dojedzie Jakiego, nie rozumieją, że inny pan Roman (być może) dojedzie ich, gdy kolejny raz zasokoburaczą. No ale poziom wzmożenia jest taki, że ludzie daliby się i zamknąć w klatce, byleby nie rządził nimi Kaczyński.

Mundialowo: teoria koni z Janowa

17/06/2018 5 Komentarzy

W dniach, w których jedni zasłaniają logo TVP fotkami SzubartoLisa, a drudzy cieszą się, że z Niemcami wygrał kraj, który w swej stolicy dopuszcza aborcję na żądanie, trudno nie sięgnąć do praźródeł, swoistego arche otaczającej nas rzeczywistości, trudno nie sięgnąć do koni z Janowa.

Pojawiają się na mundialach drużyny, które grają tak że czujesz morską bryzę na pysku, słyszysz szum wiatru, a ziemia tętni od końskich kopyt. Pojawią się drużyny, które lewitują nad ziemią, a gdy już opadają, to otwierasz oczy i masz ochotę sam wskoczyć na boisko.

Drużyny, które są trochę jak konie arabskie. Zwinne, piękne, potrafią zachwycać, ale w końcowym efekcie nie dostarczają. Nie pójdziesz z nimi na wojnę, nie załadujesz tony węgla, ale gdy dasz im trochę potruchtać, to oniemiejesz z zachwytu i zaczniesz klaskać.

Taką drużyną jest na ten moment Meksyk. Nie Hiszpania, Portugalia, Brazylia, Niemcy, ale właśnie Meksyk. Co jakiś czas pojawia się coś tak urzekająco wręcz olśniewającego. Starsi mają swoja Holandię 74 albo Brazylię 82, młodsi mają Czechy 04 albo Rosję 08.  Teraz najmłodsi dostaną Meksyk.

Oczywiście przekleństwem takich drużyn, jest to, że nigdy nie dobiegają do mety jako pierwsi i gdzieś po drodze pięknie, ale jednak, na pysk padają. Teraz Meksyk paść może nawet szybciej. Jeśli wygra grupę, dostanie prawdopodobnie Szwajcarię – ekipę, co do której nawet wczoraj publicznie głosiłem, że sprawi niespodziankę. Mają bowiem przeogromną pewność siebie, widać to było w meczu kontrolnym z Hiszpanią, widać było w pojedynkach jeden na jeden z Brazylijczykami.

Ale nawet jeśli Meksyk odpadnie, jeśli zagra cztery olśniewające mecze, to czy tak naprawdę nie wygra? Owszem, w krótkiej perspektywie będzie przegrany, ale odpowiedzcie sobie: czy z czasem, po nadejściu jednego, drugiego, trzeciego mundialu najbardziej nie pamiętacie zwycięzców, ale właśnie tych, co lata temu grali najpiękniej?

Jeśli więc chcesz przejść do historii, a to bywa być może największą obsesją sportu, to oprócz wygrania imprezy, masz jeszcze drugą wąską furtkę, która też potrafi dać ci nieśmiertelność. Tę furtkę otworzył dzisiaj Meksyk i właśnie wybiegł ze stajni.

 

 

%d blogerów lubi to: