Dlaczego afera bilbordowa pomoże PISowi?

19/09/2017 23 Komentarze

 

Na pierwszy rzut oka z całego tego bilbordowego syfu trudno wybrać coś, co bardziej robi nam jaw-dropping i jedno wielkie wtf na skalę zastanej bezczelności. Czy fakt, że na statutową promocję zajebistości Polski za granicą, wydawane jest ileś milionów na banery w Polsce z sędziami kradnącymi kiełbasę (przyjedź do Polski, twój wurst już tam jest)? Czy może to, że, aby się dowiedzieć o tej kiełbasie za całe 6,40 PLN, trzeba wydać circa 19 milionów? A może jakość tych bilbordów przypominających te biało-czarne likiery Sheridana sprzedawane obok Carlo Rossi i Fresco? A może, głupia sprawa, okoliczność, że bez przetargu zlecenie zgarnęły przydupasy Szydło, którzy akurat przechodzili z tragarzami i w kilka tygodni założyli spółkę? Może jednak widok wyglancowanego Świrskiego strzygącego paznokciami i mówiącego, że on jest obywatelem więc, o co w ogóle Wam chodzi? Ma obywatel 100 mln to se je wyda, jak chce. Może jednak bardziej fakt, że te spółki, co się zrzuciły, wcześniej jakoś podwyższały nam wszystkim opłaty za swoje usługi, albo fakt, że za milionowe pensje do tych spółek trafiły osoby, które wszystkim czym zarządzały to biletem miesięcznym na Nowogrodzką? A może wreszcie to, że sam PiS ma na to totalnie wyj…ane, i bez ogródek jeden mówi, że to kampania partyjna, a drugi, że nie partyjna, bo w sumie co im może zrobić prokuratura, sądy, trybunały? To samo co Szyszce za jego stodołę. Czyli nic.

Ale nie dlatego afera bilbordowa pomoże PiS. I nie dlatego też, że partyjne owce już coś bredzą o portalu dla bezdomnych, choć on taki dla bezdomnych, że zaprogramował go PIS i do dziś idzie przez niego 500+. PiSowi afera bilbordowa pomoże, bo to gigantyczna kasa. I nikt z opozycji taką kasą nie dysponuje. Opozycja pokwiczy, media nieodzyskane pokrzyczą, zaraz rzucą się na wielbłądy z Janowa, a kasa jest zaklepana. Istotą tej katolickiej w duchu operacji jest bowiem zagarnięcie ogromnej kwoty na raz. I teraz przy każdej kolejnej kampanii będzie można wynajmować aktorów po 4 tysie do spotów, które dziwnym trafem będą zbieżne z tym, co pani Beata mówi na konferencjach. Na tym właśnie polega istota orbanizmu, że niby formalnie wszyscy gramy w tej samej przygodówce, tylko jeden z zawodników może sobie wybrać tyle goldu z farmy, ile sobie zapragnie.

A przecież na horyzoncie majaczy nowe lotnisko w Baranowie. Pomyślcie tylko: ile kasy do rozgrabienia? Już nawet nie miliony, ale miliardy. Spółki, spółeczki zakładane na wujka ciotki doradców wiceministra XYZ, firmy budowalne pompujące miliony na Fundację Obrony Polskości na Maledwiach, sponsorowane reklamy betonu w gazetach Lolskich, obsługa prawna, obsługa PRowa, obsługa obsługi PRowej, helikoptery z reklamami, balony ze złota, nieruchomości, ruchomości, złoto, szmaragdy, alkohol. Do utrzymania tego wszystkiego potrzeba potężnej machiny propagandowej i właśnie po to były zmiany w prokuraturze, po to będą zmiany w sądownictwie i mediach, i po to wreszcie czeka 100 milionów do wydania na „promocję Polski zagranicą”.

Reklamy

Miłosierdzie dla post-zarembizmów

17/09/2017 5 Komentarzy

 

Mało kto dziś pamięta, ale to właśnie Piotr Zaremba był protoplastą symetryzmu w polskiej publicystyce. Jego, swego czasu, słynne stanie na barykadzie, dzielnie włosa na czworo i rozważanie różnych punktów widzenia zyskało nawet żartobliwą nazwę „zarembizmów”. Dziś, gdy symetryzm jest, albo narzędziem infantylnego wywyższania się nad fajnopolackim motłochem, albo zamaskowanym wspieraniem PiSu (policzcie u symetrystów proporcje jechania PiSu i PO-N) zarembizmy wydają się niewinną igraszką. Igraszką prezentowaną choćby w Newsweeku, gdzie obok Zaremby, za pieniądze niemieckiego koncernu Michał Karnowski stawiał pierwsze centroprawicowe teksty.

Stąd powolne osuwanie się Zaremby, jego pójście w otchłań i holowanie najbardziej cynicznych dziennikarskich bliźniaków w Polsce, swego czasu, tak bardzo dziwiło. W pewnym momencie już dziwić przestało. Ostatecznym upadkiem była chyba laudacja dla Jarosława Kaczyńskiego – „Człowieka wolności”, który, zdaniem Zaremby, włączył nas w grę o zmianę świata… i dał nadzieję na świat i bardziej skomplikowany i lepszy. Dziś, gdy ten Passent IV RP, zostaje w wpolityce już tylko z rubryką kulturalną (notabene dosyć komiczną), a swoje rzekomo antypisowskie treści może już publikować jedynie w niepartyjnej prasie, można postawić pytanie, czy tak być powinno?

Zresztą Zaremba jest tu tylko przykładem. To samo można powiedzieć o Giertychu, Kamińskim, Szczepkowskiej, czy ostatnio Królikowskim albo Dornie. Albo o Skwiecińskim czy Mazurku, którego nonkonformizm można poznać po pytaniach, jakie zadawał księdzu, co kłamliwe stygmatyzował dzieci z in vitro. Tylko o Ogórek tak nie można powiedzieć, jest zbyt obślizgła nawet jak na standardy wiecznego mercato w III i IV RP.

Jedni powiedzą, że to źle. Że problemem w Polsce jest całkowity brak odpowiedzialności za własne czyny. Że możesz przechodzić z jednego obozu do drugiego niczym Chazan od stołu aborcyjnego do stołu Terlikowskiego. Że możesz włazić jednej partii po same gardło, ale gdy raz strzelisz focha, to druga strona otwiera przed Tobą drzwi na oścież. Powiedzą też, i będą mieli po części rację, że dopuszczenie Zaremby do obozu przeciwników pozwoli prawej stronie na tkanie propagandowej wersji o rzekomym pluralizmie i przykryciu smutnej prawdy, że 3 lata temu wszyscy tam prześcigali się w pisaniu pod jedną słuszną partię. To zresztą się już dzieje, pojawiają się głosy o wielkim pluralistycznym sporze między Do Rzeczy a WSieci.  Tymczasem spór ten dotyczy, po pierwsze, fruktów od władzy, bo ramówka nie jest z gumy i nie każdy dostanie własny program. Po drugie, odpowiedzi na pytanie, jak działać, żeby PIS ciągle był przy władzy. Wpolityce uważa, że trzeba ostrzej prawacko sokoburakowić, a DoRzeczy, że trzeba łagodniej żerkować (if you know what I mean), ale i jedni, i drudzy chcą, żeby partia matka nam wciąż panowała. Przy sporach Sroczyński vs Maziarski maoistyczno-trockistowskie spory na prawicy wyglądają dość groteskowo. Ale takie stawianie sprawy ma z kolei ten feler, że trzeba wyrzucić poza nawias dyskusji kogoś, kto w ogóle dopuszcza, że PIS ma prawo rządzić Polską. I abstrahując od faktycznych (nie)możliwości, wykluczenie z dyskusji jawnie proPISowskich dziennikarzy każe zadać pytanie, czy wobec tego należy też wykluczyć dziennikarzy jawnie proPOwskich, proRazemkowych, proKorwinowskich?

Inni powiedzą, że z transferem Zaremby to dobrze. Albowiem to, co nas uratuje, to obniżenie temperatury, szukanie punktów wspólnych, czy wręcz próba utrzymania rozpadającej się wspólnoty. Czyli że zamiast wojować należy bardziej wosiować. Problem z wosiowaniem jest jednak taki, że Rafał Woś przypomina trochę faceta, który spóźnił się na oczepiny i się dziwi, czemu goście weselni napieprzają się po łbach sztachetami. Nie tylko nie rozumie odwiecznego historycznego sporu na prawicy, który rozmaite psychiatryki omawiały 10 lat temu, stąd jego pochwała oryginalności Zychowicza dowodem raczej jest ignorancji. Nie rozumie także jedynych dających się zacytować słów Rymkiewicza, że to co nas podzieliło – to już się nie sklei. Właśnie dlatego, że my wszyscy, może poza Wosiem, na tym weselu pijemy wódkę od iluś godzin i serio się nasłuchaliśmy o gejach od Semki, czy o ubeckich rowach naszych starych od zataczających się Gmyzów. Podobnie zresztą druga strona, tyle się nasłuchała o Jarku dymającego kota albo o tym, że śmierdzi im z gęby patriotyczną cebulą, że dramatyczne „nie kłóćcie się” raczej nie zadziała.

Możliwa jest jeszcze jedna odpowiedź, a mianowicie, że wobec coraz szybszego pikowania dziennikarstwa w dół, warto dawać szpalty tym, którzy jeszcze mają cokolwiek do powiedzenia. Za kilka lat nawet ich już nie będzie.

 

 

 

A co jeśli dają radę

16/09/2017 27 Komentarzy

Nie wiedząc, dlaczego zespół teraz wygrywa, w przyszłości zarząd nie będzie też wiedział, czemu przegrywa – te słowa, ponoć samego boskiego Cruyffa, przypominają mi się za każdym razem, gdy słyszę rechot z wysokich notowań PISu tych wszystkich mędrków, którzy zwykle ex post potrafią doskonale dorobić uzasadnienie, że przecież wyniki sondaży są oczywiste do przewidzenia. Tyle, że właśnie nie są.

Bo przecież, gdybyśmy zrobili takie doświadczenie, i dajmy na to, rok temu położyli na stole: śmierć Igora Stachowiaka, aferę bilbordową, lipcowe protesty sądowe, inwigilowanie opozycji, nawałnice w Rytlu i głosowanie przeciw Tuskowi, to ilu punditów wprost by orzekło, że, poza kazusem Tuska, na każdym pozostałym wydarzeniu PISowi urośnie? Myślę, że żaden.

Na tym właśnie polega ów cały fenomen, że zdarzenia, które w normalnych okolicznościach każdemu rządowi punkty by zabierały, w tym rządowi PO, PSL, SLD, AWS, UW, czy Kukizowi, akurat PiSowskiemu rządowi nie zabierają. A nawet punktów dodają.

Różnie to jest tłumaczone. Są tłumaczenia histeryczno-obraźliwe, w których celuje fajnopolacki antyPIS wyzywający elektorat 500+ od tłumoków. Problem w tym, że nie za bardzo da się wówczas wytłumaczyć, dlaczego ten rzekomo tępy interior 8 lat dawał rządzić Tuskowi.

Są tłumaczenia, że za mało sokoburakowi się PiS, za mało się krzyczy, rozdziera szaty, szeruje linki i za mało się daje memów. Tyle że skoro do dziś to wszystko nie działa, to czemu ma zadziałać jutro? Bo przecież temperatura sporu i tak jest już tak gorąca, że antyPiS cały mokry. A PiS się nawet jeszcze dobrze nie spocił. Ba, nawet nie byli zmuszeni do wymiany swoich katastrofalnych ministrów, a to przecież jest chwyt, który nawet przy spadku, da im nowe odbicie.

Są tłumaczenia z tzw. braku lewicowego pakietu empatycznego, a mianowicie, że opozycja nie potrafi współczuć ludowi, być dla ludu lewicowym balsamem. Problem w tym, że ta recepta akurat nie za bardzo w przypadku partii Razem. Ci wszyscy, co krzyczą więcej empatii, widzą przecież masę autentycznej empatii i troski po stronie Razemków. Ale Razemki, i to mimo braku uwikłania w skandale, nadal nie potrafią przejść 5%. Może więc nie o ten pakiet chodzi?

Są tłumaczenia, że to z powodu socjalu, ale przecież spadek poparcia poniżej 30% przy pamiętnym 1:27 dl Tuska wskazuje, że mimo 500+ potrafią odejść do PISu.

Są tłumaczenia, że to z powodu symetrystów, ale symetrystów jest w Polsce może ze 20tu więc ich impact jest mniejszy niż jeden felieton pundita na gazeta.pl.

Są tłumaczenia, i sam takie wskazywałem, że to z powodu uchodźców. Społeczeństwo jest tak bardzo wystraszone, że niechby i ten PIS nakradł i 250 milionów, ale byleby nie wpuściła nam tu ani jednego Araba (hint: Arabowie mogą spokojnie wjechać przez inne kraje UE). Ale przecież to nie jest (chyba) też tak, że przy każdym sondażu Arab terrorysta z tyłu głowy respondentom siedzi.

Jest wreszcie jeszcze jedno tłumaczenia, a nawet swego rodzaju metatłumaczenie. I przy nim się warto zatrzymać. Otóż PiSowi rośnie nawet na najbardziej oczywistych szwindlach i nieudolnościach, bo ma TVP. Owszem, każda partia obsadzała TVP, ale czegoś takiego od 50 lat świat polskich mediów nie widział. Stąd i wszelkie dotychczasowe szacowanie wpływu TVP na politykę, jest obarczone błędem na wejściu, bo operuje na nieadekwatnych danych historycznych. A wtedy każdy model się nadaje do śmieci. Oczywiście powie ktoś, że oglądalność pisowskiego programu informacyjnego spada, ale to są spadki, które niekoniecznie muszą się przekładać na spadki wśród centrowych wyborców.

Sukces propagandowy TVP najlepiej widać na wynikach sondaży zaufania. Pomijając bowiem nieobiektywny „jobiec” lewicy na temat Petru, nic przecież ten facet takiego nie zrobił, żeby aż tak mu nie ufać. Co innego Kijowski, co innego Schetyna (bo błędy PO), co innego Czarzasty albo nawet Lech Wałęsa. Ale Petru? Poza wpadkami językowymi, w porównaniu z tym złodziejskim szwindlem, jakim jest IV RP, facet jest czysty jak noworodek. Nawet kasy z budżetu (przez nieudolność ofkors) nie bierze, a jego epizod bankowy jest niczym w porównaniu z CEO Morawieckim. A mimo to wyjątkowo jest nielubiany.

Na skutek zwycięstwa nad PRLem utarło się w Polsce dziwne przekonanie, że propaganda nie działa, że Dziennik Telewizyjny kłamie i wcześniej czy później to wyjdzie. Ale to nie do końca prawda. W pewnym momencie Solidarność była naprawdę samotna, i to wcale nie było tak, że cała Polska ją popierała. W pewnym momencie ludzie naprawdę wierzyli w rozmowy Wałęsy z Ubekiem albo w sfingowane taśmy Geremka. Fakt, że Wiadomości TVP mówią o Niemcach, czy wrogach władzy dokładnie takim samym językiem, jak mówili o nich za czasów Urbana czy towarzysza Szczepańskiego moim zdaniem nie jest ani przypadkiem, ani nawet umyślnym naśladownictwem. Zwłaszcza że, co by tu dużo nie mówić, Jerzy Urban serio jest bystrzejszy od Klaudiusza Pereiry Wildsteina Bugały.  Po prostu istnieje kilka uniwersalnych poziomów propagandy, a im bardziej wchodzisz władzy w okrężnicę, tym bardziej musisz kolejny propagandowy level odpalić, z tymi samymi uniwersalnymi frazami, z tym samym poziomem przekłamywania i zamilczania.

I teraz TVP jest już na takim poziomie, że potrafi po pierwsze żelaznemu elektoratowi podrzucić racjonalizację każdego łajdactwa władzy. A żelazny elektorat nie zmienia zdania, tylko potrzebuje, żeby mu podpowiedzieć, dlaczego tym razem wódz znowu ma rację. Po drugie, potrafi TVP non stop grzać w opozycję, która jednocześnie jest (umiarkowanie) atakowana przez media nierządowe. Oczywiście media nierządowe, poza słusznym atakowaniem rządu (taka ich rola), są też stronnicze, ale to nie znaczy, że całkowicie zamilczają grzechy opozycji. Dobrym przykładem jest przypadek Kijowskiego, czy afery reprywatyzacyjnej, która, przypominam, została opisana najpierw przez lokalną Gazetę Wyborczą. Z drugiej strony taki Gmyz pisał swego czasu o skokach „pieniądze, które służą”.

Widz dostaje więc z TVP obraz światłego rządu i zdradzieckiej opozycji, a z drugiej autorytarnego rządu i … fatalnej opozycji. O ile więc, w przypadku opinii rządu mamy remis, o tyle w przypadku opozycji, ta dostaje po dupie od obu obozów. Więc, patrząc na to, widz musi sobie zadawać pytanie: skoro nawet Wyborcza i TVN umiarkowanie, ale jednak jadą po PO to może jest coś na rzeczy.

Najgorsze w tym, że nie za bardzo wiadomo, jak z tym walczyć. Uprawiając uczciwe dziennikarstwo musisz, nawet w ramach profilu ideowego gazety/telewizji, informować o szwindlach obu stron. Problem w tym, że jedna ze stron gra w zupełnie inną grę, grę pochodząc z lat 30tych ubiegłego wieku.

Być może więc zbliżamy się do momentu, w którym, po przejęciu władzy w roku 2064 opozycja powinna po prostu zdecydować się na prywatyzacji telewizji publicznej. Albo oddać po kanale dwóm psychiatrykom. Taki był przecież kiedyś pomysł Kaczyńskiego, w czasach gdy przegrał 8 razy wybory i nie doił państwowywch instytucji tylko dla psychiatryka pierwszego.

Kiedy opozycja przestanie grać w Targowicę?

14/09/2017 7 Komentarzy

Dlaczego Emmanuel Macron jeździ po Polsce jak, za przeproszeniem, po łysej kobyle? Odpowiedź jest prosta: bo może. Bo polski rząd nie jest mu w stanie zrobić nic a nic, poza komicznym odszczekiwaniem się na polskim podwórku. Bo, odkąd zapowiedziano repolonizację, odkąd w kuriozalnym stylu zrezygnowano z caracali, odkąd zwyzywano Francuzów od barbarzyńców, których my, Polacy, ponoć uczyliśmy jeść widelcem, prezydent Macron nie ma żadnych strategicznych interesów w Polsce. A skoro tak, to może Polskę instrumentalnie wykorzystać. I wykorzystuje niczym bullingowanego chłopca, nastawiając przeciwko niemu resztę klasy.

Polska pozycja w Unii jest dziś pozycją tego najsłabszego, kosztem którego reszta uczniów chce jak najwięcej wyszarpać dla siebie. Tyle tylko, że w tej unijnej klasie nie ma żadnej nauczycielki, dyrektora czy wychowawczyni, którzy mogliby uczniów rozdzielić. Polityka zagraniczna nie działa tak, że wygrywa ten, kto ma moralną rację.

Polska w Unii jest więc samotna, jest tym pochyłym drzewem, na które już nie tylko francuska, ale każda unijna koza skacze. Stąd na te wszystkie polskie szalone pomysły międzymorza, międzyrzecza, międzypołoniny wysyłani są dyplomaci drugiego albo trzeciego szeregu.

Stąd ostentacyjne omijanie Polski podczas rozmów ze wschodnioeuropejskimi sąsiadami, na co owi sąsiedzi z ochotą przystają. Albowiem niby czemu Czechy, czy państwa bałkańskie mają z powodu osłabienia kraju nad Wisłą płakać? Poniekąd potwierdza to przecież sam Jarosław Kaczyński, mówiąc, że w pewnych sprawach możemy pozostać w Europie sami. Cóż, póki co sami nie tyle w pewnych sprawach, co niemal we wszystkich.

Paradoksalnie spadek krajowej popularności Macrona jest dla Polski złą informacją, gdyż oznacza, że na arenie międzynarodowej jeszcze bardziej Macron sprężynę dociśnie. Wszak z jednej strony obcinając prawa socjalne w kraju, może z drugiej strony wykazać się przed francuskimi pracownikami właśnie poprzez działania uderzające w ich polskich konkurentów. Podobnie w przypadku tezy, jakoby Macron był tylko narzędziem Niemiec. Bo to oznacza, że wystawi tym Niemcom rachunek, i najpewniej zapłaci go Polska, bo przecież nie Angela Merkel.

Oczywiście argumentacja o braku praworządności w Polsce jest w pewnym sensie tylko pretekstem. Niby czemu Macrona interesować miałby jakiś barbarzyński kraj, gdzie jedyny pomysł na dobrobyt obywateli to obniżanie kosztów pracy, outsourcing, śmieciówki i strefy bez płacenia CITu, co nawet dla francuskiego liberała jest kompletnym dziwactwem. Kraj, gdzie na palety (!) wycinają jedyną w Europie prastarą puszczę, gdzie byli współpracownicy premierki dostają bez przetargu 19 mln złotych na kampanię informującą, że sędzia ukradł kiełbasę za 6.40 PLN. Niby czemu kolejny francuski „władca” miałby przestać patrzeć na Polskę jak na „dziki wschód”, skoro ta Polska wszystkie dzikowschodnie uprzedzenia z nawiązką co rusz potwierdza?

I tu dochodzimy do roli opozycji. [czytaj dalej na gazeta.pl]

Odwoływany Bodnar

14/09/2017 8 Komentarzy

 

Szanowni Państwo,

Łódzki drukarz, który odmówił produkcji materiałów promujących działania radykalnych, homoseksualnych aktywistów, spotkał się z ich zmasowanym atakiem. Interesy środowiska LGBT wsparł powagą swego urzędu Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar. Jego interwencja przyczyniła się do wydania przez Sąd Rejonowy dla Łodzi – Widzewa wyroku naruszającego konstytucyjne prawa i wolności drukarza.

Jeśli dobrze zrozumiałem autorkę – panią dr Joann Banasiuk wiceprezes Instytutu Ordo Iuris –  zarzutem w stosunku do pana Rzecznika jest to, że jego obawy zostały w pełni potwierdzone przez niezawisły, polski sąd wydający niezawisły wyrok. Przyznam się, że w świetle obowiązków Rzecznika obowiązków odnośnie ślubowania, a więc m.in. ślubowania kierowania się przepisami prawa, jest to zarzut dość oryginalny. Być może w ocenie pani dr Joanny Banasiuk wiceprezes Instytutu Ordo Iuris ja również okaże się szalonym oryginałem, jednak wciąż podzielam pogląd, że o interpretacji przepisów w Polsce roku 2017 decyduje sąd, a nie Instytut Ordo Iuris nawet w postaci wiceprezesa.

Nie po raz pierwszy Bodnar sprzeniewierza się złożonemu ślubowaniu, w którym zobowiązał się bezstronnie bronić praw i wolności wszystkich obywateli. W ciągu jednego roku swego urzędowania wielokrotnie dał się poznać jako stronniczy rzecznik ideologicznych postulatów grup LGBT, których interes stawia ponad konstytucyjnymi gwarancjami praw obywateli.

Być może podczas boldowania tekstu umknął pani dr Joannie Banasiuk wiceprezes Instytutu Ordo Iuris jeden z kluczowych zwrotów cytowanego przez siebie tekstu, więc dla porządku pozwolę sobie go tutaj przywołać i także podkreślić. Otóż Rzecznik Praw Obywatelskich, również według pani dr Joanny Banasiuk wiceprezes Instytutu Ordo Iuris, ma obowiązek bronić praw i wolności wszystkich obywateli. Oznacza to, że pan Bondar jako Rzecznik, nie tyle może, co wręcz MUSI bronić praw osób nalężących do „natarczywej subkultury LGBT”, czy „radyklanych homoseksualnych aktywistów”, albowiem osoby te należą do zbioru nazwanego „wszyscy obywatele”. Dlatego, broniąc obywateli LGBT pan Rzecznik zasadom ślubowania się nie sprzeniewierzył. Czy pan Rzecznik sprzeniewierzył się bezstronności? Cóż, zgodnie z tekstem ślubowania pan Rzecznik uroczyście powiada: będę strzec wolności i praw człowieka i obywatela, kierując się przepisami prawa oraz zasadami współżycia społecznego i sprawiedliwości. Jeśli więc pan Rzecznik w swoim działaniu, na przykład odnośnie drukarza i działacza LGBT, kierował się tylko i wyłącznie zasadami współżycia społecznego i sprawiedliwości, to nie mógł jednocześnie naruszyć zasady bezstronności, gdyż to oznaczałoby, że tekst ślubowania jest wewnętrznie sprzeczny. A tego chyba nie chciałaby nawet pani dr Joanna Banasiuk wiceprezes Instytutu Ordo Iuris, albowiem oznaczałoby to, że pani doktor zarzuca panu Rzecznikowi niewykonywania zadań, które faktycznie są niemożliwe do wykonania.

Zamiast bronić wolności gospodarczej, wolności sumienia, słowa, myśli i wolności badań naukowych, angażuje autorytet swojego urzędu w celu ich ograniczenia w imię roszczeń wysuwanych przez natarczywą subkulturę LGBT. Działa też przeciwko chronionej konstytucyjnie tożsamości małżeństwa, jako związku kobiety i mężczyzny.

Nie wiem, o jakiej obronie wolności gospodarczej wspomina pani dr Joanna Banasiuk wiceprezes Instytutu Ordo Iuris, skoro art. 20 konstytucji stanowi, iż Społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej. Być może pan Rzecznik rzeczywiście za mało podkreśla społeczną zasadę gospodarki rynkowej i za mało intepretuje ustawy w duchu solidaryzmu partnerów społecznych, nie mniej jednak pani dr Joanna Banasiuk wiceprezes Instytutu Ordo Iuris nie wskazuje takich przypadków. Oczywiście cieszę się, że pani dr Joanna Banasiuk wiceprezes Instytutu Ordo Iuris podkreśla wolność sumienia, słowa i myśli, bo właśnie wolność sumienia, słowa i myśli m.in. osób należących do „natarczywej subkultury LGBT” są pod ochroną konstytucyjną.

Niestety, jeśli chodzi o sam Instytut Ordo Iuris, to Instytut ma chyba pewne problemy z określaniem prymatu wolności gospodarczej, wolności sumienia, słowa i myśli. Gdy swego czasu zapytałem, czy skoro można odmówić druku materiałów LGBT, to można odmówić obsługi katolika, ze strony Instytutu odpowiedź była pozytywna, że tak, można. Gdy jednak spytałem, czy z tego powodu można odmówić obsługi „Żyda albo murzyna” Instytut Ordo Iuris na pytanie już nie odpowiedział, dodając tylko że nie popierają takiego zachowania i nigdy się z tym nie spotkali. Czy osoby popierające Instytut Ordo Iuris dobrze się czują z tym, że Instytut nie ma problemu z popieraniem odmowy obsługi katolickich Polaków, a ma problem z odmową obsługi Żydów – nie wiem. Wiem natomiast, że Ordo Iuris będzie mieć problem interpretacyjny, gdy do drukarza przyjdzie czarnoskóry katolicki gej z Izraela.

To Adam Bodnar podjął interwencję przeciwko Urzędom Stanu Cywilnego, które nie chciały ułatwiać zawierania sprzecznych z porządkiem konstytucyjnym związków jednopłciowych. To Bodnar, wbrew orzeczeniu sądu cywilnego, wsparł organizację LGBT atakującą naukową renomę i wolność prowadzenia badań naukowych przez amerykańskiego psychologa dr. Paula Camerona, który odważył się zbadać i opisać konsekwencje praktykowania zachowań homoseksualnych.

Z tekstu pani dr Joanny Banasiuk wiceprezes Instytutu Ordo Iuris wynika, że sąd cywilny zakazał wspierania organizacji LGBT. Jest to dość oryginalne uprawnienie sądu i szczerze mówiąc rad byłbym zobaczyć podstawy prawne zakazu „prawnego zbliżania się RPO do LGBT”. No chyba, że pani dr Joannie Banasiuk chodzi o to, że sąd nie podzielił argumentów pana Rzecznika i orzekł na niekorzyść strony, którą Pan Rzecznik wspierał. To jednak byłaby zdumiewająca wręcz niekonsekwencja ze strony pani dr Joanny Banasiuk wiceprezes Instytutu Ordo Iuris, gdyż jeszcze kilka akapitów wyżej fakt popierania stanowiska Rzecznika przez sąd był okolicznością obciążającą. Być może więc pani doktor Joanna Banasiuk powinna się spotkać panią Joanną Banasiuk wiceprezes Ordo Iuris i wspólnie ustalić jedną, wspólną wersję.

Co do samej renomy pana naukowca dr Paula Camerona, to krótki risercz do omówienia materiałów źródłowych wskazuje, że:

The American Sociological Association officially and publicly states that Paul Cameron is not a sociologist, and condemns his consistent misrepresentation of sociological research.

The Canadian Psychological Association takes the position that Dr. Paul Cameron has consistently misinterpreted and misrepresented research on sexuality, homosexuality, and lesbianism and thus, it formally disassociates itself from the representation and interpretations of scientific literature in his writings and public statements on sexuality.

Cameron’s credibility was also questioned outside of academia. In his written opinion in Baker v. Wade (1985),Judge Buchmeyer of the U.S. District Court of Dallasreferred to „Cameron’s sworn statement that ‚homosexuals abuse children at a proportionately greater incident than do heterosexuals,'” and concluded that „Dr. Paul Cameron…has himself made misrepresentations to this Court” and that „There has been no fraud or misrepresentations except by Dr. Cameron” (p.536).9

Rzecz jasna, to były jeszcze czasy, gdy pan Cameron nie oświadczał publicznie, że jest otwarty na mordowanie abortowanie urodzonych gejów, gdy zadecyduje tak lokalna legislacja. Pytanie, czy gdyby pan Cameron byłby otwarty na mordowanie abortowanie katoliczek, gdy zadecyduje tak lokalna legislacja, dajmy na to lokalnego ISIS, też powinien móc występować na polskich uczelniach. Chyba tak, bo przecież inaczej naruszono by wolność prowadzenia badań naukowych przez amerykańskiego psychologa dr. Paula Camerona, który odważył się zbadać i opisać konsekwencje praktykowania zachowań katolickich.

Wszystkie te fakty pokazują, że Adam Bodnar jest gotów poświęcić prawa i wolnością obywatelskie w celu promowania politycznej ideologii subkultur LGBT.

Prawa i wolności obywateli Rzeczypospolitej są zagrożone, dopóki Adam Bodnar pełni funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich.

Dlatego zwracamy się o zdecydowaną reakcję do Sejmu i Senatu RP, uprawnionych do odwołania Rzecznika sprzeniewierzającego się złożonemu ślubowaniu i godności urzędu.

Polacy potrzebują Rzecznika Praw Obywatelskich, który nie będzie wysługiwał się radykalnym ideologiom, ale bronił będzie praw wszystkich obywateli.

dr Joanna Banasiuk
wiceprezes Instytutu Ordo Iuris

Niestety zagrożeni w Polsce czują się osoby LGBT, więc rolą Rzecznika jest im pomóc jako obywatelom. Rzecz jasna, pani dr Joanna Banasiuk wiceprezes Instytutu Ordo Iuris nie ma powodów by akurat wierzyć mojej osobie. Powinna jednak wierzyć Agencji Praw Podstawowych UE. To właśnie bowiem na wyniki prac tej Agencji wielokrotnie powoływała się pani dr Joanna przy omawianiu rzekomej niskiej skuteczność konwencji antyprzemocowej. Abstrahując od faktu, że owe ówczesne badanie antyprzemocowe odbyło się przed wprowadzaniem konwencji i m.in Polki miały w cztery oczy opowiadać nieznanym sobie ankieterkom, czy mąż zmuszał je np. do seksu analnego, nie wyobrażam sobie, żeby pani dr Joanna Banasiuk wiceprezes Instytutu Ordo Iuris podważała wyniki badań Agencji w innych obszarach niż przemoc wobec kobiet (czyli tzw. geneder). Przecież tak często na Agencję się powoływała. Skoro więc prace Agencji są tak wiarygodne, to musi pani dr Joanna wiceprezes Instytutu Ordo Iuris ze  smutkiem przyjąć do wiadomości, że Polska jest w czołówce państw, w których  Respondents … felt discriminated against or harassed in the last 12 months on the grounds of sexual orientation, by country and by LGBT subgroup (%). Więc Adam Bodnar robi dokładnie to, do czego został powołany i dlatego tym bardziej należy podpisać apel popierający pana Rzecznika.

Kwik odrywania od korytka

12/09/2017 17 Komentarzy

Ci wszyscy, którzy głośno pytali, ile kosztuje utrata twarzy, tudzież upadek na same dno propagandy poniekąd dostali właśnie odpowiedź. Kosztuje od 25-40 tysięcy PLN miesięcznie, bo tyle dostają największe gwiazdy polskiej Russia TV. Podniósł się oczywiście larum, że kiedyś, za poprzedniej władzy, stawki chodziły podobne, co tylko wzmacnia osobiste przekonacie, że wyborca ma jednak coś z wiecznego debila, co najpierw gardłuje za zmianą, a jak zmiany nie ma, to jeszcze  bardziej gardłuje, że jest ok, bo kiedyś było tak samo.

Oczywiście z porównywaniem zarobków obecnych gwiazd byłbym dosyć ostrożny. Po pierwsze porównanie do stawek w analogicznych w firmach prywatnych każe zadać pytanie, czemu akurat ludzie czytający z promptera mają dostawać stawki rynkowe, a nie na przykład lekarze, naukowcy przechodzący do biznesu, czy ci wszyscy doktoranci po 1500 na rękę? Każe też zapytać, czy osoby, które otrzymują stawki wolnorynkowe godzą się przyjąć takie same ryzyko zwolnienia, gdy stacja nie robi wyników, gdy oni sami tych wyników nie robią. Bo mam wrażenie, że to trochę działa w tę stron, że chcemy tylko korzyści, ale już nie wad gwiazdorskich kontraktów.

Porównanie z poprzednikami, niechby i z tej samej stacji, również jest niebezpieczne. Albowiem, jak powtarza się dookoła, taki Tomasz Lis jednak generował pewne zyski. A to w sytuacji spółki tak zadłużonej dosyć zbawienne. Wiele się na prawicy, zwłaszcza od Ziemkiewicza, nasłuchał Tomasz Lis o tym, jak nie potrafi robić biznesu, tyle że Lis nie tylko zarabiał dla TVP, ale jeszcze potrafił wywindować (fakt, przenudnego) Newsweeka i zagarnąć dużo tortu śmieszkowym portalem natemat. Z tego też względu z Lisem bym raczej nie porównywał, bo, pomijając sympatie i antypatie oraz poziom contentu, facet po prostu ma dryg do robienia hajsu jak Ziemkiewicz do zjebywania riserczu.

Padają pytania, czy gwiazdy polskiej Russia TV robią to z powodu ideowych, czy tylko dla kasy? To oczywiście zależy, część z nich, ta co przyszła z telewizji od garnków, robi to co robiła zawsze, czyli wysługuje się partii matce. Oni po prostu nie rozumieją, czemu służalstwo jest obrzydliwe i inaczej funkcjonować nie potrafią.  Część robi to jednak pewnie dla kasy i tutaj docieramy do ciekawej obserwacji Rafala Wosia. Rafał Woś bowiem, w przerwach od surfowania w internecie na symetrycznej amidze, pisze arcysocjaldemokratyczne książki, jak na przykład ta ostatnia o rynku pracy.  Powiada zatem Woś w jednym z ostatnich wywiadów:

Albo fakt, że za świetnie płatną pracę najczęściej płaci się niesamowitym obłożeniem czasowym i tzw „czasobiedą”. To już są pułapki, w których tkwią nawet przedstawiciele klasy wyższej. Tu kłaniają się nieźle mi znane przykłady z consultingu, gdzie dostaje się duże pieniądze już na samym starcie. A to natychmiast tworzy zarówno nowe wzorce konsumpcji, jak i konieczność ich utrzymania. I nagle okazuje się, że już bardzo, bardzo trudno byłoby zrezygnować z określonego poziomu zarobków. Mam znajomego, który został partnerem w firmie consultingowej. Widziałem, jak wręcz fizycznie odkładał się na nim stres – związany nawet nie z samą pracą, lecz z poczuciem, że w każdej chwili może ją stracić, że może spotkać go regres, społeczna degradacja.
Czytaj więcej: http://www.polskatimes.pl/opinie/wywiady/a/rafal-wos-nasza-praca-to-nie-jest-towar-jak-kazdy-inny,12462572/3/

W pewnym sensie Woś trafia tu w sedno, a mianowicie osoby zatrudnione w Russia TV nie są w stanie już zejść poniżej pewnego poziomu życia, zatem trzymać się jej będą bez względu, na jaką kolejną podłość na wizji zaordynuje im kierujący wydaniem. Ba, oni mają oni jeszcze gorszą sytuację, niż ich poprzednicy. Tamci bowiem mieli określoną siatkę społeczną, jako taki zawodowy networking, w który mogli wpaść po wyrzuceniu z TV za pochodzenie lub za poglądy. Ci obecni takiej siatki nie mają, żaden TVN czy inny onet ich nie przyjmie, zostanie co najwyżej telewizja od garnków czy inny mirror. A to oznacza, że trzymać korytka będą się jeszcze mocniej i mocniej i jeszcze gorsze paski grozy będą śmigały na ekranie. Oni walczą rzeczywiście o swój byt materialny, bo o ile taki Kraśko znajdzie sobie audycję, o tyle jedna czy druga twarz Russia TV już raczej nie. A do polityki wszystkich nie wezmą.

To zaś wskazuje, czym jest brak stabilności i czemu lewicowe zabezpieczenia na rynku pracy są tak istotne. Za każdym razem bowiem, gdy będziecie patrzeć, co tam jeszcze odjanopawliło się na czerwonym pasku, powinniście sobie zadać pytanie, czy to w ogóle miałoby miejsce, gdyby silne uzwiązkowienie dbało o przestrzeganie umów o pracę od poziomu zwykłego technika po poziom największych gwiazd ekranu.

 

Co by tu jeszcze wydoić?

08/09/2017 3 Komentarze

Jako że pojawiała się kolejna pseudoafera, która, zdaje się, że jest przykrywką przeciwko premierowi Morawieckiemu i jego socjalnym strefom zerowego podatku CIT dla firm, chciałem na szybko przedstawić, co jeszcze, oprócz bilbordów, można kupić za 100 mln PLN – tak, żeby Fundacji zasilanej majątkiem narodowym coś podpowiedzieć, w końcu pomoc biednym i wykluczonym wszystkim nam leży na sercu.

Cóż więc można za 100 mln jeszcze kupić? Otóż za 100 mln PLN można w Polsce kupić co najmniej:

210 półtorarocznych kontraktów na poprawę wizerunku dla wykluczonego ministerstwa Ziobry, licząc po 474 000 na dwóch ekspertów

4 wykluczone kamienice na Twardej licząc bez „mięsnej” wkładki

100 wykluczonych płotów wokół Sejmu, licząc po 1 mln PLN za wysoki na 2,2 metra płot zabezpieczający władzę w najbardziej bezpiecznej Polsce wszechczasów

5 prywatnych, wykluczonych ustaw „lub czasopisma”, licząc po kursie z czasów afery Rywina

3 846 153 wykluczonych cebulek tulipana Maria Kaczyńska sprzedawanych w hotelu HIilton, licząc po cenie okazyjnej od Staszka Janeckiego i jego podwykonawców

961 wykluczonych stref kibicowania razem z Beatą Szydło licząc po 100 000 PLN jednorazowo za jedną strefę

6 wykluczonych stacjonarnych sali tortur, licząc po cenie 15 milionów za salę w standardzie Starych Kiejkut (pokoje bez widoku na morze)

1470 rocznych wykluczonych nagród dla późniejszej, rzecz jasna, kochanki szefa TVP, licząc po 68 000 łącznej rocznej nagrody

3 584 229 zabawnych kubków wykluczonego Cezarego Krysztopy

714 remontów wykluczonej prywatnej drogi do posesji Edwarda Szydło i jego żony Beaty Sz.

11 tur wykluczonych ekshumacji wszystkich ofiar ekshumacji smoleńskich, licząc po 9 mln PLN na jedną turę

28 571 428 wykluczonych okrętów desantowych klasy mistral, licząc za ministrem Macierewiczem po 1 dolarze za okręt

3 846 153 metrów wykluczonego sztruksu „Lodowy gruby prążek” dla red. Warzechy, licząc w okazyjnej cenie 26 złoty za metr

990 wizyt wykluczonej Matki Boskiej w Ameryce Łacińskiej, licząc po 100 000 na jedną z wizyt razem z MSZ (wywiady nieprzewidziane).

%d blogerów lubi to: