Pornografia przebaczenia

15/01/2019 12 Komentarzy

Za każdym razem jest tak samo. Za każdym. Ktoś znany albo umarł albo ginie zabity, na przykład z powodów politycznych, to w obliczu tej tragedii wszyscy się mamy jednoczyć. Wszyscy mamy sobie przebaczać. Wszyscy mamy udawać, że ci z przeciwka, których uważamy za wyjątkowych bydlaków, wcale nimi nie są. Że są tacy jak my, że jesteśmy wspólnotą, bo jakoś tak przygodnie należymy do tego samego narodu.

Wszyscy mamy łączyć szaliki Wisły i Cracovii i pod ramię maszerować. A temu maszerowaniu przygląda się loża moralnych sędziów, co linijką odmierza, na ile się już pogodziłeś ze swoi wrogiem. Na ile się pojednałeś.

Jakie to sztuczne. I jak komicznie nieskuteczne. Wymaganie od kogoś, żeby nazajutrz po tym, jak mu kolegę zadźgali, rzucał się i pod pachę maszerował z tymi, co przemysł szczucia na kolegę sponsorowali. Wymaganie, aby porzucić wszystkie odruchy wściekłości i udawać szacunek, którego nie ma. Taka fejk żałoba na potrzeby fejk wspólnoty.

Dwie są grupy, które owego pojednania pragną. Pierwsi to romantycy z głową w chmurach, a drudzy cynicy. Pierwsi serio wierzą, że niby istnieje jakaś trwale możliwa wspólnota ludzi, którzy się wzajemnie nie znoszą. Podpowiem: nie, nie istnieje i nigdy nie istniała, na tym właśnie polega życie w grupie: ona nigdy nie będzie zgodna. Drudzy z kolei to politycy, którzy, wiedząc że przemoc tym razem idzie na ich konto, nagle cudownie wyciągają rękę do miłosierdzie i zgody. Jakie to obrzydliwe. Jak obrzydliwie dziś wygląda PIS, który nagle stał się barankiem pokoju. Jak obrzydliwe wyglądała PO, gdy to samo stało się po zamachu na Rosiaka.

Tylko że sprawa Rosiaka to przeszłość, a sprawa Adamowicza to teraźniejszość. Nie ja jestem tu Bogiem, nie ja rzucam kośćmi. I teraz PiS, wiedząc, że mogą tym dostać w dupę, robi dokładnie to, co robiła, nawet nie tyle PO, co cały obóz liberałów, przy Smoleńsku i Lechu Kaczyńskim. Swoim miłosierdziem na pokaz tylko ludzi prowokuje. Bo przecież zarówno PiS jak i PO oraz my wszyscy tutaj wiemy, że to jest tylko udawanie. I ten fałsz ludzi obrzydza. A te obrzydzenie, rzecz jasna, zaraz będzie wykorzystane do tego, żeby PIS przedstawiał się jako pokrzywdzony ze strony hejterów. Bo jednemu z drugim puszczą nerwy, bo nie wytrzyma tej obłudy i powie pare słów w gniewie. A wtedy PiS podniesie rączki i zapłacze, jak to znów jest atakowany. Tak właśnie działała Platforma przy Smoleńsku i Kaczyńskim, tak zadziała PiS teraz. Bo prowokować można na różne sposoby. Można tak jak przy Owsiaku. Obrzygać go hektolitrami pomyj, a gdy ten powie kilka słów za dużo, krzyczeć, jakim Owsiak jest hejterem. Ale można tez prowokować swoją na pokaz dobrocią i gołębim sercem.

Nic, powtarzam nic ważnego, nie przemawia za tym, żeby przyjąć „poprawę” PISu bezwarunkowo. Tak jak swego czasu pozbycie się Niesiolowskiego, czy Palikota miało być testem na wiarygodność PO, tak pozbycie się Pawłowicz czy Kurskiego powinny być dzisiaj testem na wiarygodność PIS.

Dopiero po dymisji Kurskiego można w ogóle zacząć rozmawiać o wspólnych marszach, żałobach i próbach łagodzenia sporu. Ale nikt tego warunku nie spełni, prawda?

Reklamy

Ciąża lochy lochy sprawą

11/01/2019 9 Komentarzy

Jako że od jakiegoś czasu mamy netową dyskusję o odstrzale dzików w kontekście ludzkiej aborcji, propozycja małego doświadczenia. 

Wyobraź sobie, że jesteś lochą dzika. I z dzikiem zrobiłaś barabara. Jesteś teraz ciężarną lochą. I teraz, głupia sprawa, jako ciężarna locha dzika możesz ze swoją ciążą zrobić, co chcesz. Możesz biegać, skakać, nurkować, palić szlugi (jak ktoś je zostawi w lesie), walić ciężarnym brzuchem w drzewo. Ba, inne dziki mogą Ci Twój ciężarny brzuszek wyskrobać kłami, albowiem nikt Ci w tym nie przeszkadza. Nikt, żaden człowiek ani dzik pro-life. Nikt nie biega za Tobą i nie krzyczy, że jakiś tam dzik tysiąc lat temu chodził po wodzie, więc Ty teraz nie możesz usuwać ciąży. Możesz, jak najbardziej możesz. Bum, bum, puk, puk i po sprawie. Nikt nie zamówi duchowej adopcji warchlaczka. 

No dobrze, ale co do tego mają ludzie? No więc wyobraź sobie, że jako locha chcesz usunąć ciążę i nauczyłaś się tej mowy ludzkiej. Nie tak znowu to niemożliwe. Skoro ponoć ojciec Bashobora wskrzesza umarłych, o czym opowiadał Tarczyński, to chyba locha może się nauczyć polskiego, prawda? 

No więc, załóżmy, że się nauczyła. Znaczy Ty, locho, się nauczyłaś. Idziesz więc najpierw do działaczki pro-choice. I ta lewaczka mówi: droga locho, Twoje życie jest dla nas najważniejsze, jeśli ty, droga, locho, CHCESZ usunąć ten nic nieczujący tuż po zapłodnieniu zlepek komórek zwanym małym dzikiem, to proszę: tu jest tabletka. Bierz ją i chrumkaj sobie. Jesteś piękną lochą, zaproś nas za jakiś czas na ochrumkiwanie kolejnego potomstwa. Nie, wbrew TWOJEJ WOLI nie zabijemy Ciebie ani Twojego płodu. Wbrew Twojej woli, rozumiesz, W O L I. 

Teraz, jako locha, idziesz do działaczki pro-life. Ta mówi: niestety, locho, życie zaczyna się od poczęcia, a więc nosisz życie małego dzika, ale że Bóg nakazał czynić ziemię sobie poddaną, a tradycja polowań jest święta, toteż jebać i Ciebie i Twojego warchlaka też i weź popatrz na chwilę za okno, tam w tamtą stronę, nie, nie, a skąd Stefan wcale nie ma żadnej strzelby w ręku…

Jaki płynie z tego morał dla naszej lochy? Po pierwsze: nie uczyć się mowy ludzkiej. Po drugie: spierdalać zawsze na widok kogokolwiek o prawicowych poglądach. 

Cieszę się, że mogliśmy sobie to wytłumaczyć.

Giertych a sztuka adaptacji

10/01/2019 5 Komentarzy

Na pytanie, czy Roman Giertych stał się już oficjalnie liberalnym demokratą, broniącym Polaków przed najgorszym barbarzyństwem od czasów biblijnego potopu, odpowiedź brzmi: jeszcze nie, ale już prawie. Mecenas Giertych jest już bowiem na tyle pewny swej pozycji, że porzuca szaty technokratycznego suflera na rzecz samozwańczego arbitra demokracji. Niedawno dostało się Robertowi Biedroniowi (nie został, co prawda, nazwany „wstrętnym pederastą”, a jedynie „największą nadzieją” Kaczyńskiego), ale lada moment trafić może na każdego z was. Bo tak, w roku 2019 to Roman Giertych będzie nas rozliczał z dorobku demokratycznego, zaś liberalni dziennikarze będą mu głośno sekundować. W imię walki z PiS-em, rzecz jasna.

Trzeba przy tym zaznaczyć, że Roman Giertych swą postawą jakoś na tę miłość liberałów zasłużył. Dał bowiem obozowi III RP… czytaj dalej na stronie Krytyki Politycznej

Lewicowa krytyka WOŚP

09/01/2019 3 Komentarze

Zdaje się, że dopiero do niedawna opinia publiczna może zauważyć, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy staje się przedmiotem krytyki nie tylko ze strony polskich ruchów prawicowych, ale także ze strony środowisk lewicowych.

O tych pierwszych, prawicowych, powiedziano już niemal wszystko. W skrócie dzielą się na tych, co krytykują WOŚP ze względu na zachowanie samego Owsiaka, nieprzystające do prawicowych wyobrażeń o purytańskiej dobroczynności oraz na tych, co pomawiają WOŚP o liczne machlojki, tym, rzecz jasna, poważniejsze, że od lat, mimo kilku rządów PiS, wciąż niedające się udowodnić.

W przypadku krytyki lewicowej sprawa jest poważniejsza niż zwykła niechęć do Jurka Owsiaka, który to Owsiak, owszem, często sam potrafi argumentów przeciwko sobie dostarczać. W końcu nie bez przyczyny przypomina trochę „Lecha Wałęsę akcji charytatywnych” – postaci tyleż zasłużonej, co, momentami, kontrowersyjnej…

Czytaj dalej na stronie Super Ekspressu

Sprawa Dymka a kwestia prawdy

05/01/2019 7 Komentarzy


Jako, że portal wpolityce opisał umorzenie sprawy gwałtu Jakuba Dymka, który to gwałt zarzuciła mu Dominikia Dymińska, kilka słów odnośnie wydawania wyroków przez opinię naszą publiczną.

Dymek nie zgwałcił, bo obowiązuje domniemanie niewinności

Niekoniecznie. To tak nie działa. Czym jest wina? W skrócie: wina to osobista zarzucalność czynu. Innymi słowy, to taka sytuacja, że X zrobił Y. Czym jest domniemaniem niewinności? Jest założeniem, FIKCYJNYM, założeniem, że X nie zrobił Y, dopóki się mu tego nie udowodni. Co to oznacza w praktyce. W praktyce, jak na oczach wszystkich zarąbiesz pana Y siekierą, to wedle domniemanie niewinności, FIKCYJNIE zakłada się, że nie zarąbałeś pana Y i to założenie obowiązuje do momentu, gdy niezawisły sąd ci nie udowodni, że zarąbałeś. Dlatego domniemanie niewinności nie oznacza, że X nie zrobił Y. Wszystkim Wam, nawet facetowi, który w tym właśnie momencie gwałci kobietę, przysługuje domniemanie niewinności, ale to nie oznacza, że nie popełniliście albo nie popełniacie przestępstw. Bo domniemanie to celowo przyjęta FIKCJA.

Prokuratura umorzyła postępowanie, więc Dymek nie zgwałcił

Fakt, że prokuratura umorzyła sprawę nie oznacza automatycznie, że X nie zrobił Y. Oznacza to jedynie, że prokurator, który podjął decyzję uważa, że X nie zrobił Y. To nie to samo. Dlaczego? Ano dlatego, że z jednej strony mamy prawdę (X zrobił Y), a z drugiej jedynie ludzką, sformalizowaną ocenę, czy rzeczywiście X zrobił Y. I ten oceniający, na przykład prokurator, może się pomylić celowo albo niechcący. Ale nie jest panem Bogiem, tylko w świetle dowodów podejmuje ocenę, czy X zrobił Y.  

Jeśli sąd uniewinni Dymka, to Dymek nie zgwałcił

Niestety też nie. Sąd, podobnie jak prokurator, również dokonuje jedynie oceny, czy X zrobił Y. Ba, dokonując tej oceny, bazuje na dowodach, które niby sobie dowolnie ocenia, ale nie do końca. Bo w razie wątpliwości wszelkie, powtarzam wszelkie, okoliczności tłumaczy na KORZYŚĆ oskarżonego. Nie ofiary, a oskarżonego. Dlatego więc tak trudno jest czasami kogoś skazać. Prawo wychodzi z założenia, że trzeba ułatwić obronę oskarżonemu i gorszą rzeczą jest skazanie niewinnego niż uniewinnianie winnego. Tak to działa, warto o tym pamiętać. Wyrok sądu NIE JEST tożsamy z prawdą. 

Czy kiedykolwiek dowiemy się na pewno, czy Dymek zgwałcił

Prawdopodobnie nie. Dlaczego? Ponieważ oceny dokonuje się na podstawie dowodów, a te w sprawach o gwałty w związkach są bardzo, bardzo skromne. Abstrahując od sprawy Dymka, wyobraźcie sobie sytuacje: mąż i żona, zaczynają seksualne pieszczoty, nagle ona mówi stop, a on nie przestaje. Tak, to jest gwałt. Mąż X zgwałcił żonę Y. I teraz Wy, podobnie jak sąd, macie ocenić, czy X zgwałcił Y wedle zasad, że wątpliwości macie tłumaczyć na korzyść męża X. Mąż mówi jedno, żona drugie. I tyle. Na tym polega problem. Nawet jeśli poznacie wszelki materiał dowodowy to w istocie musicie starać się odgadnąć, kto w takiej sprawie mówi prawdę, a kto kłamie.  Bo prokurator, sąd, ani wy, drodzy oceniający możecie tylko odgadywać, jak było naprawdę. 

Dramatem Jakuba Dymka (zakładając, że nie dokonał gwałtu) jest fakt, że nie ma (i mieć nie może) żadnych dowodów na swą niewinność, poza interpretacją późniejszych zachowań Dymińskiej. Dramatem Dominiki Dymińskiej (zakładając, że Dymek dokonał gwałtu) jest fakt, że  nie ma (i mieć nie może) żadnych dowodów na winę Dymka, poza swoimi słowami.

Na tym właśnie polega problem prawdy, którą sąd jedynie może, powtarzam MOŻE, próbować ustalić, ale często nie ma 100% pewności.

Adam Absurd Andruszkiewicz

03/01/2019 2 Komentarze

Doprawdy trudno, mimo najlepszych chęci, doszukać się głębszego sensu w pomyśle mianowania narodowca Adama Andruszkiewicza wiceministrem cyfryzacji. Mimo to rząd brnie w tę katastrofę z uporem godnym lepszej sprawy, jakby celowo chciał kolejny raz uderzyć w ścianę.

Czytaj dalej na stronie Krytyki Politycznej

Cicha noc vs Twarz czyli liberalny rasizm

02/01/2019 25 Komentarzy


Spędzanie sylwestra w domu ma tę zaletę, że wreszcie możesz obejrzeć sobie trochę polskiego kina. Może nie tyle polskich seriali, bo emocje nerdów jadących na przykład po 1983 Agnieszki Holland do złudzenia przypominają emocje piłkarskich kibiców, więc na to lepiej paczeć sobie z boczku i chichrać w kącie. Ale polskie kino oglądać, mimo wszystko warto, nawet jeśli czasami musisz odwracać wzrok i cieszysz się, że znowu tak słabo słychać.  

W ten Sylwester padło więc na „Cichą noc” Domalewskiego i „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej. 

I tak „Cicha noc” jest na swój sposób rewelacyjna. Tak, wiele, być może zbyt wiele, scenariuszowo w niej nie gra. Od drobnych sprawa (Adaś raz kuleje, raz nie kuleje), przez poważniejsze (kumulacja pato-wątków, kompletnie rozłażąca się postać obecnej-nieobecnej w wigilię (!) Asi) wreszcie po najważniejszą wadę, czyli suspens. Suspens, którego domyślasz się od razu, bo autorzy scenariusza walą Cię w nim w sposób iście bezczelny. Piszę autorzy, bo ponoć scenariusz jest dziełem miejscowych, całej rodziny reżysera, którzy opisali w nim także swoje życie. Ma to swoje dobre strony, bo trudniej zarzucić im oderwania od rzeczywistości, ale ma też swoje wady scenariuszowe i to po prostu widać. Fabuła momentami za bardzo się pruje i szwy na bokach wyłażą. Ale mimo to Cicha noc jest rewelacyjna. Czemu? 

Nie tylko z powodów aktorstwa, nie tylko z podobieństwa do rumuńskiej nowej fali (kto widział Sieranevadę ten zrozumie) i nie tylko z powodu pracy kamery, jak ja lubię zbiorowe sceny, gdy wreszcie mogę poczuć, że jest tam, w środku, czy też nawet kamery-kamery, czyli tego podwójnego filmowania, gdzie aktor filmowy sam trzyma kamerę turystyczną i filmuje innych aktorów grających swoje role a jednocześnie do tejże kamery udających kogoś innego. Owszem, chwyt ograny, ale jak bardzo poszerzający perspektywę. 

„Cicha noc” to jest to film rewelacyjny przede wszystkim z powodu empatii do bohaterów kapitalizmu. Nie, nie tylko tego wallersteinowskiego kapitalizmu peryferii, który tę część świata zawsze wypychał tam, który rozdzierał rodziny, naznaczał całe pokolenia.  Przede wszystkim jest to film o kapitale kulturowym. To zostało tutaj pokazane intymnie i beze jednej fałszywej nuty. Oto na wigilię do rodziców i młodszego rodzeństwa przyjeżdża z Holandii Adaś, który chce sprzedać dom po dziadku na rozkręcenie holenderskiej firmy. Adaś potrafi wszystko to, co lokalsi plus ma inne moce. Zna angielski, dobrze, ponoć zarabia, Adaś sobie jakoś radzi tam, gdzie radzić sobie bał się jego ojciec. Adaś już tu nie pasuje. To, co pokazuje Cicha noc najlepiej to te niewidoczne, acz wyczuwalne napięcie, gdy wszyscy dookoła czują, że Ty masz tego kapitału ciut więcej. Nie, Adaś się nie wywyższa, wszystkim, przynajmniej deklaratywnie, chce pomóc: bratu, ojcu, siostrze, wykonuje te same prace, co oni, nie skarży się i ich wszystkich naprawdę kocha. Ale on już wie, że tutaj nie należy. I oni też to wiedzą. Nie jestem wcale od Ciebie gorszy – mówi w pewnym momencie brat Paweł, a gdy Adaś zaprzecza, że nigdy tak nie powiedział, Paweł dodaje „Ale pomyślałeś”. I my wiemy, że tak właśnie pomyślał, ba że tak musiał pomyśleć, bo sami tak po trochu myślimy, prawda?

Cicha noc pokazuje więc ciche napięcie klasowe, tę trzaskającą w powietrzu ciszę, która jest tak obecna, gdy nagle do rodzinnego stołu siada ktoś z zupełnie innego świata. Ktoś przynależny nie nam, ludziom takich samych gustów, smaków i poglądów, ale innym, obcym smakom i gustom. I co najważniejsze, Cicha noc nie pokazuje, który z tych światów jest gorszy. Ona pokazuje, że są inne. Każdy ma tu swoją historię, każdy ma tu ciężar przygniatający go do ziemi: ojciec, matka, siostry, nawet dzieci, każde z nich samotne na swój sposób i na swój sposób udręczone. Najmądrzejsze zdanie wypowiada nie ojciec Zbyszek swoim teatralnie nieznośnym monologiem na fatalnym zakończeniu, a pijany dziadek. Dziadek, który na pytanie o (również i ewentualną, własną abstynencję) pyta: A po co? No właśnie po co? Po co on, ten, który za rok pewnie się „zwinie” z tego świata ma być trzeźwy? Co to da, z którego świata przychodzi ta mądrość, która jak wszystko blednie w ostatniej godzinie. Trudno całej tej rodziny jeśli nie polubić, to chociaż szanować. Trudno nie docenić tych drobnych gestów, żarcików i tego oddawania domu dziadka w miłości bez grama chciwości.

I gdy obejrzałeś „Cichą noc” i myślisz, że ktoś czegoś się o Polsce nauczył, dostajesz najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej „Twarz”. Być może najbardziej obrzydliwy film roku. Coś tak bardzo odstręczającego, coś po czym zbiera się tylko na wymioty, jak na wymioty zbiera się, gdy słyszysz, jak 500+ przepijają, jak rodzą dzieciory, jak interior nie ma zębów i moczu nie trzyma. Film, teoretycznie o chłopaku, któremu po wypadku przeszczepiają twarz i odrzuca go miejscowa społeczność, a w istocie film o jebanych dzikusach z interioru, którzy, nie wiem, chyba nawet nie są ludźmi. Tylko jakimiś na wpół zwierzętami bluzgającymi, kopulującymi, w których nie ma żadnych ludzkich odruchów, no może poza siostrzeństwem. Jest czymś wręcz odrażającym wizualnie, gdy patrzy się na scenę otwierającą owe „dzieło”, scenę dzielenia się opłatkiem, postać „matki” albo na te dialogi tak sztuczne i komicznie wręcz udające coś więcej niż zwykły rasizm. Tak rasizm, ten film, mający być śmieszno-strasznym ostrzeżeniem, ba metaforą, na pokazany w karykaturze rasizm Polaków, a sam jest w istocie swej rasistowski. Bo to, w jaki sposób w tym filmie potraktowano wszystkich ludzi z prowincji, to się kwalifikuje na półkę o chciwych Żydach spekulantach albo „czarnuchach nierobach”. Miał być ten film lustrem z karykaturami, w którym przejrzeć się miała publiczność, a stał się przezroczystą szybą, przez którą publicznośc widzi, jak bardzo wielkomiejski liberalizm jest nagi i jak bardzo nie ma na nic odpowiedzi. Bo to film robiony właśnie z takiego, wielkomiejskiej liberalnego punktu widzenia, gdy głupie baby z Radomia na golasa biją się po darmowe gifty w marketach, a reszta rechocze do telewizora. Wreszcie to film absolutnie antyskuteczny, tak jak antyskuteczne są te wszystkie tyrady o polskim chamie. Żeby to jednak zrozumieć trzeba sięgnąć, chociażby po „Obcego we własnym kraju” autorstwa Arlie Hochschield, która kilka lat poświęciła na liczne podróże do Luizjany, aby rozwikłać Wielki Paradoks. A mianowicie, czemu interior ze stanu o największym zanieczyszczeniu środowiska i ogromnej pomocy społecznej głosuje na wolnorynkową, religijną prawicę. Pięć lat jeździła Hochschield i poznając tych ludzi wreszcie zrozumiała, jak myślą i jaka za tym stoi logika. Nie powiem, przynajmniej dziś, jaka, niech każdy sam poświęci te kilka wieczorów i spędzi je ciut pożyteczniej niż na filmie, w którym nie ma humoru, satyry, uczucia i emocji a na koniec świebodziński Jezus odwraca wzrok w drugą stronę, co wygląda jakby Tadeusz Drozda z Janem Hartmenem scenariusz w wolnych chwilach składali. 


%d blogerów lubi to: