Czy Kukiz wejdzie w koalicję parlamentarną?

25/07/2017 7 komentarzy

 

Zostało im tylko darcie japy – mówił kilka dni temu o protestach Paweł Kukiz, aby dziś przechwalać się jak to jego rozmowy przekonały prezydenta. Odebrano to z naturalnym zażenowaniem, podobnie jak teksty Dariusza Rosatiego o niedostatecznej roli lewicy, w tum SLD. Jak wiadomo sukces ma wielu ojców, porażka bywa sierotą.

Nie mniej jednak postawa Kukiza powoli urasta do rangi języczka u wagi, zwłaszcza że opozycji nie zawsze będzie się udało zgromadzić 100% frekwencję. A wtedy szanse na obalanie kolejnych sprzeciwów prezydenta rosną.  Piszę kolejnych, bo gra idzie już nie o ustawę o SN, ale o ewidentną zimną wojnę z Pałacem.

Dlatego moim zdaniem kluczowym zadaniem PiS będzie próba przeflancowania Kukiza na swoją stronę. PIS nawet nie tyle szantażowany, co po prostu niepewny każdej jednej decyzji prezydenta co do kluczowych, tzw. antywolnościowych reform, traci bowiem komfort jednolitej władzy. Za każdym razem bowiem morze nowych świeczek może być zapalane pod Pałacem. Dodatkowo zaczyna stawiać się Gowin, co w dłuższej perspektywie może nawet zachwiać zwykłą większością.

Próba dogadania się z Kukizem będzie o tyle prosta, że wyposzczeni Kukizowcy marzą o władzy. Oczywiście Kukiz ciągle powtarza, że nie myśli o stołkach, ale tak już jest, że im bardziej opowiadasz o swojej cnocie, tym bardziej jesteś podejrzany. Próba dogadania się z Kukizem będzie o tyle trudna, że Kukizowcy wiedzą na jakim musiku jest PiS i mogą licytować grubo, bardzo grubo. Dodatkowo trzeba będzie zbierać głosy sejmowego planktonu, a to też ma swoją cenę.

Jeśli więc konflikt z prezydentem będzie narastał, jeśli puszczona w ruch propaganda ruszy na niego z wściekłością, to kluczowa będzie postawa Kukiza. Jeśli Kukiz się nie dogada z PiSem, a wojna z pałacem wybuchnie na całego, rzeczywiście możemy mieć przyspieszone wybory.

Fatalnie dla partii, znakomicie dla społeczeństwa

24/07/2017 16 komentarzy

 

Nie wiem, czy na pasku TVP prezydent okaże się teraz obrońcą pedofilów, synem Ubeka, pijanym spacerowiczem, astoturferem, czy finansistą od Sorosa. Wiem jedno, ci którzy jeszcze tydzień temu kpili z propozycji grania na prezydenta i wciąć obrażali „Adriana” chyba teraz powinni jednak użyć zakazanego słowa na „p”. Jeśli bowiem wciąż krzyczano, że mamy moment historyczny, to dzisiejsza decyzja Dudy z automatu musi być traktowana jako decyzja na miarę męża stanu. Tak wiem, niektórym trudno to przełknąć, ale bądźmy wobec siebie uczciwi. Inaczej nigdy nie ulepszymy tego kraju.

Weto prezydenta jest oczywiście fatalną wiadomością dla obozu rządzącego. Nie tylko powstaje autonomiczny wobec PISu ośrodek decyzyjny, ale przede wszystkim zagrożony jest dalszy marsz przez kolejne instytucje (uniwersytety, media, ordynacja). To znakomita wiadomość dla społeczeństwa. Że poprzez opór potrafi zatrzymać pisowski Blitzkrieg. PiS ma dziś swój Stalingrad. Wystarczyły świeczki i tłumy, tłumy, tłumy obywateli.

Weto prezydent jest też w pewnym sensie fatalną wiadomości dla opozycji. Owszem dziś można jeszcze świętować, owszem wreszcie pokazaliśmy, jak jesteśmy skuteczni, ale zaraz ten gwiezdny czas się skończy. Zaraz żar młodych wygaśnie. I teraz stoi opozycja przed gigantycznym problemem, jak tę energię tysięcy Polaków wykorzystać. To bardzo trudne, trudniejsze niż protestowanie, maszerowanie i dawanie świadectwa. Ale to też znakomita wiadomość dla społeczeństwa. Oto ono samo na moment stało się podmiotem politycznym. Pokazało swoją siłę. Partie opozycyjne muszą się tym liczyć.

Powtarzałem i będę powtarzał, że kluczem do odzyskania zaufania jest zwrócenie się do obywateli. Wcześniej obywatele byli rozproszeni i w stosunku do opozycji nieufni. Dodatkowo złamani aferą Kijowskiego. Teraz są skupieni, mają określony cel. Wystarczy więc się do nich zwrócić. Wystarczy zorganizować konsultacje społeczne, objechać kraj, rozmawiać i zaprezentować obywatelski, bądź obywatelsko-prezydencki projekt zmian ustawy. To ogromny wysiłek, ale chyba warto. Drugiej szansy może już nie być.

Co byś zrobił na miejscu Andrzeja Dudy?

24/07/2017 5 komentarzy

Urząd prezydenta Polski wydaje się najlepszą polityczną fuchą ever. Nic nie musisz robić, poza wizytami, przemówieniami, garniturami, sukienkami i podpisami. Słowem idealne warunki do permanentnej kampanii wyborczej. Kampanii, o którą nikt za bardzo mieć nie może mieć pretensji, bo przecież niejako wpisana jest w sprawowanie urzędu.

A jednak mimo to, historycznie rzecz biorąc, tylko jednemu prezydentowi udało się wygrać drugą kadencję. Nie udało się Lechowi Wałęsie, nie udało się Bronisławowi Komorowskiemu, prawdopodobnie nie udałoby się i Lechowi Kaczyńskiemu. Ten ostatni notowania przed katastrofą miał relatywnie niskie, Bronisław Wildstein szydził z niego, że bywa prezydentem.  Ocena tej prezydentury zaczęła rosnąć w oczach dopiero po katastrofie, ostatnio na skutek kontrastu w stosunku do poczynań żyjącego brata. Wygrał więc tylko Aleksander Kwaśniewski.

Czy wygra Andrzej Duda? To pytanie musi sobie zadawać każdego dnia, odliczając koniec swojej prezydentury. Decyzja o zawetowaniu bądź nie trzech sądowych ustaw w dużej mierze przybliża go do odpowiedzi.

Analiza hipotetycznych scenariuszy oparta być musi jednak na dwóch założeniach. Po pierwsze, że propozycja legislacyjna Dudy nie była ustawą. Bo przecież 3/5 może się jawić równie dobrze jako propozycja w dłuższej perspektywie dla PIS korzystna. Zbliża bowiem PiS do Kukiza, czyli przyszłej koalicji oraz zabezpiecza partię na przyszłą kadencją, gdy (ewentualnie) opozycyjny PIS będzie w mógł blokować kandydatów na sędziów. Załóżmy jednak, że to ustawka nie była. Załóżmy też, że analizujemy decyzje Andrzeja Dudy z punktu widzenia samego Andrzeja Dudy. Mam dziwne wrażenie, że wiele z dotychczasowych analiz opartych jest na pewnej kryptoemaptii, gdzie każda ze stron niby Dudzie doradza, ale w rzeczywistości sączy własną propagandę.

Co więc byś zrobił na miejscu Dudy w sytuacji, gdy ustawy nie popiera centrowy elektorat, a Ty potrzebujesz jego głosów i to prawdopodobnie w konfrontacji z wciąż lubianym Tuskiem?

Po pierwsze, możesz wszystkie ustawy podpisać. To kusząca propozycja, za którą żelazny elektorat cię ucałuje. Ale u reszty będzie to klęska na całej linii, a cały pomysł na 3/5 będzie wyglądał na wybryk niesfornego ucznia, któremu partia dała po łapkach. A od tego Andrzej Duda musi przecież uciec.

Po drugie możesz wszystkie ustawy zawetować. Wtedy zaczynasz być „prezydentem wszystkich Polaków”, argumentu o Twojej uległości bledną. Ale wtedy też partia i żelazny elektorat się wścieka. I możesz nie dostać nominacji na drugą kadencję. Bo przecież skoro żelazny elektorat znany jest ze swej karności, to na skutek prostej kampanii zniechęcającej karnie może się od Dudy odwrócić. Zgadzam się także z panem redaktorem Samuelem Pererią, że takie ustępstwo robi z Andrzeja Dudy zakładnika protestujących tłumów.

Po trzecie, możesz skierować część albo całość do Trybunału Konstytucyjnego. Na pierwszy rzut oka ten gest Piłata niczym nie będzie się różnił od wariantu pierwszego. Ale wyobraźmy sobie, że Trybunał Konstytucyjny ustawę bądź ustawy „wetuje”. Za jednym razem PiS uwiarygadnia Trybunał, prezydenta i swój skok na sądownictwo. Trybunał może bowiem orzec o niekonstytucyjności tylko najbardziej kontrowersyjnych fragmentów, a resztę ustawy klepnąć. PIS dostanie, to co chciał i to po trzykroć.

Jest jeszcze czwarte rozwiązanie, będące wariacją rozwiązania trzeciego. Wyobraźmy sobie, że prezydent jedną z ustaw podpisuje, ale dwie z nich (KRS i SN) wetuje. A następnie zwraca się z propozycją, żeby pytanie o model powoływania KRS znalazły się w organizowanym przez niego referendum. Teraz to referendum wydaje się folklorem rodem z prezydentury Bronisława Komorowskiego. Ale po dodaniu do niego powyższych pytań stałoby się kluczowym politycznym eventem, którego Andrzej Duda byłby naturalnym gospodarzem. To dla tej prezydentury dużo, jeśli nie bardzo dużo.

Co w takim razie powinna zrobić opozycja? Moim zdaniem spróbować antycypować wszelkie powyższe opcje. Najlepiej poprzez podkreślanie jak ważne są dwie ustawy pozostałe ustawy. Mam bowiem wrażenie, że zafiksowano się (to nie zarzut, a fakt) na najbardziej kuriozalnej ustawie o SN, podczas gdy najbardziej niebezpieczna na co dzień jest ustawa, wedle której Ziobrowski prezes sądu może w odwecie zdegradować zwykłego, szarego sędziego do innego Wydziału albo obciąć mu dodatek do pensji. Ty bym straszył, to ciągle powtarzał.

PS Okazuje się, że prezydent jednak zawetuje 2 ustawy.

 

 

 

 

Nie należy zaniedbywać nauk o pięknie

23/07/2017 17 komentarzy

 

Z całego okołoprotestowego zdziwienia, że tym razem nie skończyło się na kilku rutynowych marszach KODu, największe chyba dotyczy faktu, że protesty porwały tak wiele młodych ludzi. Do tej pory wyglądało to przecież dokładnie odwrotnie, do tej pory walczyło tylko pokolenie „dorobku 25-lecia” przerażone faktem, że emeryturę przyjdzie im spędzić w czasach politycznie podobnych do czasów ich młodości. Różnie ów pokoleniowy rozdźwięk tłumaczono, dominował (jak zwykle) ton ofukiwania młodzieży, która jest „roszczeniowa”, i „nic nie rozumie”. W przeciwieństwie do swoich matek i ojców, szalejących na twittrze i fejsie „dowcipnymi” memami z Adrianem, drabinką i Markiem Suskim.

Teraz jednak młodzi ponoć zrozumieli. Zrozumieli, bo na protesty przyszli. Moim zdaniem, jeśli nie zrozumieli dotychczas, to trudno uważać, że nagle w ciągu kilku nocy doznali nagłego olśnienia. To tak nie działa.

Dlaczego więc przyszli? Dość oczywista odpowiedź brzmi: bo taka jest moda. Taki jest trend. Tak teraz trzeba. No dobrze, ale dlaczego jest taka moda, dlaczego jest taki trend, dlaczego tak trzeba? Albo inaczej: jak taka moda powstaje?

Moim zdaniem uwiodła ich estetyka protestów. Truizmem jest twierdzenie, że ludzie przed trzydziestką wyrażają się dziś siebie przed wszystkim w soszial mediach. Ale mało kto chyba rozumie, że imperatyw owego wyrażania przekłada się na wszystkie dziedziny życia, a więc także na politykę. Młodzi na protesty przyszli, bo te były instagramo i snapczowatolubne. Bo były po prostu piękne. I pięknie prezentowały się na zdjęciach. Bo setki uniesionych lampionów zawsze robi wrażenie. Bo było trochę jak na filmach.

Ba, zaryzykowałbym tezę, że podobnie było w przypadku czarnego marszu. Że nie tyle postulaty feministyczne, a właśnie estetyka tysięcy kobiet ubranych na czarno najlepiej działała na motywację.

Jaki z tego morał? Na pewno nie taki, że młodzi będą teraz na zawsze z opozycją. To elektorat chwiejny, dystansujący się od polityków. Wszystkich. Ale snpaczowatość protestów pokazała w jaki sposób można ich chociaż na chwilę przyciągnąć.

Dlatego zamiast zapraszać Big Cyca i Starszych Panów z Placu Broni, zamiast recytować ciężkie wiersze Miłosza trzeba pomyśleć, jak protest będzie wyglądał na snapczacie? Jak da się radę zrobić na nim Selfie. W jakim jest miejscu, na ile videolubnym, na ile fajnie można na niego nałożyć filtry.  Zamiast kolejnego tekstu o PRLu, zrobić szybki klip z protestów, przetykany fotami mniej lub bardziej znanych blogerów, fejs-celebrytów. Przecież wysiłek to niemal żaden. Zamiast kolejnego działacza Solidarności, można do Polski zaprosić tego scenarzystę od House of Cards, co sam z siebie (!) prosił o przesyłanie mu zdjęć polskich protestów. Ile to kosztuje? Bilet w dwa strony i hotel? A kto nie chciałby o wolności posłuchać od TEGO faceta od TEGO serialu na TYM słynnym Netflixie?

Takie podejście może nie spowoduje, że zagłosują na nas. Ale spowoduje, że nie zagłosują na nich. Bo oni, ci z przeciwnej strony, jako anty-uczestnicy, staną się obciachowi. A jak powiada Księga: co się raz zaobciachuje, to tak szybko się nie odobciachuje. Zwłaszcza że z drugiej strony paździerz TVP i teorie o tajnych przelewach dla fashionetek od masona Sorosa.

 

Polska nie będzie żadnym PRL

22/07/2017 10 komentarzy

Dochodzi właśnie dwudziesta druga. Wracasz z kolejnego protestu. Nogi zaczynają ciążyć, to trzeci marsz w tym tygodniu. A w pracy przecież też rzadko możesz przysiąść. Nikt cię nie niepokoi, nikt nie zaczepia. Poza jednym facetem, który pyta, czy masz może powerbanka. Oczywiście nie masz. Ruszasz dalej. Mijani policjanci ziewają i spoglądają w czarne niebo. Jeden przysnął w furgonetce. Zakurzone buty wystają z auta na wysokości kolan, o mało nie zahaczyłeś. Wyjmujesz smartfona ze zbitą, pajęczą szybką. Zerkasz na moment na fejsa, kilka lajków, dwa serduszka – szkoda, że zlikwidowali tęczę. Tęcza jest zawsze na propsie.

Dzwonisz do swojej dziewczyny. Dzwonisz, bo lubisz słuchać jej ciepłego, bawełnianego głosu. Zawsze lubiłeś. Mówisz, że jednak się spóźnisz. Ona nie mogła przyjść, ona wieczorami sprzedaje „lody naturalne z naturalnych składników”. Pojutrze wylatujecie do Egiptu. Matka trochę wam dołożyła. Ma nadzieję, że się wreszcie pobierzecie. Zawsze o tym mówi, nie tylko w twojej obecności. Wsiadasz do Ubera. Kierowca z automatu nadaje coś o cenach benzyny – „dwadzieścia groszy na litrze, da pan wiarę?”.

Chciałbyś go wyciszyć, ale świat tak przecież nie działa. Stajecie pod domem. Wjeżdżasz na górę, przekręcasz klucz i nagle z telewizora słyszysz, że w Polsce jest właśnie komunizm jak w PRL-u.

Nie, nie jest.

I najpewniej nie będzie. Jest kwestią dyskusyjną, czym w rzeczywistości był PRL. Czy małą stabilizacją, czy rozwodnionym stalinizmem? Czy bardziej wakacjami w Jugosławii, czy może bardziej stanem wojennym? Ale ty i wielu, wielu innych kojarzy go jednoznacznie, prawda? Jako czas zamordyzmu, braku wolności, pałowania, strzelania do robotników i octu na półkach. Może przede wszystkim octu.

Polska nie będzie Białorusią

Nie, nie jest Polska PRL-em. Nie jest też Białorusią, nie jest Turcją. I najpewniej nie będzie. Czym więc będzie?

Z perspektywy makro Polska będzie krajem, gdzie, owszem, są wolne media, ale największy koncern właśnie został „odzyskany”. To przykre, ale to jeszcze nie dyktatura. Krajem, gdzie owszem są wolne wybory, ale ordynacja wyborcza napisana jest tak, że dziwnym trafem wspiera tylko dwa największe ugrupowania. To też jeszcze nie dyktatura. Krajem, gdzie, owszem na uczelniach możesz zgłaszać dowolne pomysły na badania, ale pieniądze znajdują się tylko na te zakorzenione w wartościach chrześcijańskich narodu polskiego. Tak, to nie dyktatura. Krajem, gdzie możesz założyć NGO-sy, ale te NGO-sy są częściej monitorowane, mimo iż od roku nie dostały od państwa złotówki dotacji. Krajem, gdzie każdy może kandydować, ale na dwa miesiące przed wyborami, akurat ktoś tymczasowo aresztował trzech asystentów z dwóch opozycyjnych partii. To – mimo wszystko jeszcze nie dyktatura.

Z perspektywy mikro, z perspektywy zwykłego szarego obywatela, będzie Polska krajem, o którym mówi Adam Bodnar, pytając retorycznie w Senacie: „czy rodzina ofiary przemocy ze strony policji będzie mogła liczyć na pełne wyjaśnienie sprawy, a następnie na zasądzenie pełnego zadośćuczynienia – jeśli sprawa będzie budziła napięcie polityczne i zainteresowanie polityków? Czy matka dziewczyny zmarłej w areszcie ze względu na zaniedbania służby więziennej będzie mogła liczyć na sprawiedliwość i osądzenie winnych, jeśli sprawa będzie mogła nieść konsekwencje dla osób odpowiedzialnych za więziennictwo?”.

Taka będzie właśnie Polska. Tylko, czy część, a może nawet wszystkie powyższe punkty czegoś ci nie przypominają?

Dalsza część tekstu na http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,156770,22133260,polska-nie-jest-prl-em-ani-bialorusia-i-najpewniej-nie-bedzie.html

Wystarczy tylko jeszcze raz przegrać

21/07/2017 23 komentarze

 

Jeśli dobrze rozumiem opozycja złożyła wczoraj w Sejmie kontrolowanym przez pana Kaczyńskiego wniosek o zmianę przez tenże Sejm ustawy kodeks karny, mający na celu wsadzenie pana Kaczyńskiego do więzienia, który to wyrok skazujący ma orzec sąd, wedle opozycji, także przez pana Kaczyńskiego wkrótce kontrolowany.

Chciałem coś powiedzieć, ale trochę odebrało mi mowę.

Od kilku dni wielu małych żuczków dwoi się i troi, aby jakoś podpowiedzieć opozycji, żeby jednak już przestała być Kongresem Liberalno-Demokratycznym, a zaczęła robić, to co robił PIS w czasie kampanii wyborczej: czyli wsłuchiwać się w głos centrowych wyborców, zrozumieć ich troski, lęki, mówić ich językiem, myśleć ich głowami.

Jak widać powyżej, skutek jest odwrotny do zamierzonego. Hasło „będziecie siedzieć!” pada z ust opozycji tak często, że nawet posłowie PIS stają się dziś wydawać gołębiami pokoju.

Być może jednak wszelkie „pomocowe działania” z góry skazane są na niepowodzenie, albowiem opozycja jest teraz w wymarzonej (również przez siebie) sytuacji.

Po pierwsze, pan Schetyna nie musi rządzić. Po 8 latach orki, użerania się z dziennikarzami, uciekania przed podsłuchami, może teraz opozycja wypocząć. Czasami pójdzie na jakiś event KODu, czasami do telewizji, ale pracować za wiele nie musi. To trochę jak praca biurowa w okresie letnim. Znacie to: niby wszyscy pracują, ale jakoś tak mniej.

Po drugie, gdyby pan Schetyna za 2 lata rządził, musiałby podzielić się władzą. Musiałby jednak tych strasznych obywateli wysłuchać. Musiałby realizować jakieś postulaty, musiałby podejmować określone, niepopularne decyzje. Słowem, musiałby rządzić. Być może nawet  podnosząc na moment ową konserwatywną kotwicę.

Po trzecie, gdyby pan Schetyna za 2 lata przejął władzę, nie mógłby wraz z kolegami i koleżankami ciągle powtarzać: i co nie straszcie PISem? No to macie!

Po czwarte, pan Schetyna doskonale wie, że dzień po dniu grzechy Platformy powoli się zacierają, a grzechy PIS rosną w oczach. Tak bowiem działa czas w polityce. Im więcej czasu, tym większe zatarcie. Dziś aferzyści Rywina ochoczo szerowani są przez patriotyczną prawicę.

Po piąte, wreszcie, pan Schetyna doskonale wie, że przy tej temperaturze sporu, wystarczy – jak w tym przysłowiu – usiąść na brzegu rzeki i czekać, aż polityczny trup sam spłynie. Najpierw spłynie poparcie pana Petru, potem pana Kaczyńskiego.

A tuż przed tym, gdy polityczny trup będzie spływał, zrozpaczeni obywatele sami do pana Schetyny przyjdą i poproszą o przejęcie władzy. Bo będą już serio mieli dość. Zresztą to już się dzieje. Dyscyplinowanie lewicy, żeby, broń Boże, nie strzelała fochów, gdy pan Schetyna, przechodząc z tragarzami, akurat zjawił się na scenie z bezpartyjnymi przemówieniami. Dyscyplinowanie tych, którzy zwracają uwagę na homofobiczne żarty pana Frasyniuka. Nie przeszkadzajcie, musimy być zjednoczeni. Owszem, musimy, ale zjednoczeni nie znaczy podporządkowani.

Nie, to nie oznacza, że istnieje jakiś tajny spisek pozorowanych walki przez opozycję. To tylko oznacza, że PO nie jest przyparte do muru, jak sądzą ich autentycznie przerażeni wyborcy. (Dorota Stalińska wzywająca wierszem żołnierzy z Westerplatte). Nie musi PO wcale się zmieniać, nie musi PO testować nowych strategii, nie musi PO się niczego nowego uczyć.

Wszystko, co musi, to tylko przegrać jeszcze jedne wybory. A potem wróci znów stare, dobre ciepełko III RP.

PS Cały powyższy wywód opiera się na założeniu, że Polska po wprowadzeniu ustawy nie stanie się dyktaturą. Tak, moim zdaniem, nie stanie się. Ale o tym w kolejnym wpisie, być może już na gazeta.pl

Nie potrafili zabrać mikrofonu, czy potrafią przemówić do labradora?

20/07/2017 26 komentarzy

Sposób, w jaki PiS organizacyjnie przygotował się do zamachu lipcowego, może robić wrażenie. Po pierwsze izolacja Sejmu, dzięki czemu niemożliwa jest akcja jego blokowania, co kiedyś skutecznie potrafiła robić np. Solidarność. Po drugie, przygotowanie w odwodzie sali kolumnowej. Po trzecie, wystawienie kobiet do pilnowania fotelu marszałka. Jednego tylko PiS nie zabezpieczył to emocji prezesa i sali komisji. I właśnie w momencie opozycja zawiodła. A przecież od razu widać było, że bez mikrofonu, przy zgaszonym świetle, przypadkowo wyrwanych kablach etc. głosować by się nie dało. Wpadła opozycja na sprytny pomysł poprawek papierowych, ale w chwili próby dała się ograć Suskiemu. Bo właśnie Suski wykazał się podwórkowym sprytem przywłaszczając mikrofon. Na tym właśnie polega bycie życiowo ogarniętym. Czasami zamiast wysublimowanych taktycznych operacji, trzeba czynności faktycznych. Trzeba przepchnąć się łokciem, podstawić nogę, uszczypnąć, zakrzyczeć. Typowy włoski futbol. Opozycja wciąż tego nie potrafi. Wciąż nie chce ubrudzić łokci. Wciąż myśli, że jest w salonie. A tymczasem od dawna jest już w kurniku. I ciągle ktoś podbiera jej jajka.

Czy to oznacza, że opozycja przegrała?

Nie do końca. Zblokowanie było pewne, szkoda straconej szansy, ale, w istocie, nie o to idzie walka. A o co?

Walka idzie o obrazki w mediach. Los ustawy w parlamencie jest przesądzony. Ale nie jest przesądzone poparcie opinii publicznej. O to dziś idzie gra. Istnieje duża szansa na drugie odbicie, pierwsze było przy tej samobójczej szarży na zastopowanie kandydatury Tuska. Dlatego śpiewanie hymnu, dlatego sprowokowanie prezesa, dlatego łańcuchy światła są potrzebne. I odgrywają swoją rolę. Nie, powtarzam raz jeszcze, to nie powstrzyma buldożerki. Ale to może przyciągnąć wyborców centrum do wspólnoty sprzeciwu.

Co jeszcze powinna robić opozycja? W znakomitym „Margin Call”, w którym gra nie tylko Kevin Spacey ale i znany exbarcelonista Jeremy Mathieu, jest taka scena, gdy Jeremy Irons zwraca się do risk-managera: mów do mnie jak do labradora. Dokładnie tak: jak do labradora.

Mów najprostszym językiem, używaj najprostszych słów, człowiek styrany całodzienną orką, nie ma siły na wsłuchiwanie się w długie tyrady. Nie, nie mów o wartościach, konstytucji, UE. Mów o tym, co rozumie każdy Polak: o wyrzucaniu sędziów na bruk i wsadzaniu Misiewiczów. Bo każdy Polak widział to we własnej firmie. Mówcie o Przyłębskiej, jej mężu, cytujcie, jak pożegnała sędziego Biernata. Mówcie o kadrach, nie o wsadzaniu PISu, a o kadrach, PiSowskich kadrach. O zatrudnianych SBekach, o córkach leśniczych, o 1000 osobach w spółkach Skarbu Państwa. Mówcie językiem łamania prawa pracy, a nie językiem deliktów konstytucyjnych. I przygotujcie sobie soundbajty.

Co jeszcze? Na pierwszej linii wystawiajcie najlepszych. Na przykład Gasiuk-Pichowicz zamiast posła Szczerby. Nie, nie oto chodzi, że mamy do czynienia z polityczną geniuszką, w końcu, biedna pani Kamila, jest w takiej partii jakiej jest. Chodzi o to, że ona wzbudza największą empatię. Oto kobieta stojąca przy mównicy, bezradna, niemal ze łzami w oczach, zagłuszana przez buczenie, przeganiana won przez Kaczyńskiego. Tak to się robi. Cyniczne? Może i tak, ale jak inaczej chcecie wygrać z prokuratorem stanu wojennego?

A Jarosław Kaczyński? Cytujcie, cytujcie i jeszcze raz cytujcie pana profesora Lecha Kaczyńskiego. Zróbcie 10-30 cytatów, i cytujcie. Nie, nie róbcie Palikota, nie wspominajcie o żadnych zamachach. Cytujcie, co pan profesor mówił o państwie prawa, co o Okrągłym stole, co o konstytucji. Paradoksalnie dziś to on jest Waszym sojusznikiem. Jarosław Kaczyński powiedział, że podejmie kroki, gdy wzmianki o Lechu się powtórzą. Świetnie, niech podejmuje, niech podejmuje jak najwięcej kroków. Jak ostatnio podjął to nawet pisowcom kopary opadły z wrażenia.

Skończcie też z  gadaniem o PRLu, to temat na dłuższy post. W skrócie: PRL kojarzy się z octem i pałowaniem, a Polska wręcz tonie w konsumpcjonizmie. Dlatego dla niej Polska jako PRL to jakaś analogia z kosmosu. Hasło, które każdy rozumie to bantustan, nie PRL, a bantustan. Operetkowy kraj z operetkowym władcą. Nie strzelanie do robotników, ale siostrzeniec w trzech spółkach na raz.

I jeszcze jedno, to już głównie do betonowego elektoratu opozycji: przestańcie, do kurwy nędzy, wyzywać Jarka, że jest mały, nie miał kobiety (to do Ciebie, Frasyniuku) jest kaczorem, srorem, dyktatorem. Gra idzie o wykorzystanie energii tych młodych ludzi, co po raz pierwszy pojawili się na protestach. A nie o nagrodę Soku z buraka.

%d blogerów lubi to: