Archive

Posts Tagged ‘To nie na Zajdla’

Pracodawcy

04/07/2013 647 uwag

Pracodawcy najpierw dokładnie się badali. Bo tak trzeba. Sprawdzali czy nie mają żadnych chorób i czy sami nikogo, ale to nikogo nie zarażą. Sprawdzali się w obie strony. Potem zdejmowali buty a ubrania składali w wymyślne romby i trapezy. Najfajniejsze trapezy wychodziły  ze sweterków w serek. Na koniec kładli się na kozetce w takiej specjalnej sali. Sali, co miała kafelki z krawędziami tak sczerniałymi jakby to był ludzki brud pod paznokciami. Próbowali się rozluźnić i zwykle zamykali oczy. Ale delikatnie, nie tak, że twarz od wysiłku wykrzywia się, a policzki stykają z brwiami. Po trzech godzinach wracali do siebie. Chociaż najpierw musieli się ubrać.

Niektórzy jednak nie chcieli się badać, układać wymyślnych rombów i kłaść na kozetce. Więc uciekali. Chowali się w pomazanych klatkach, kamienicach pachnącymi szczurami i rurach sterczących nad Wisłą. I właśnie po tych pracodawców jeździł czasami Mariusz. Mariusz pracował w Pogotowiu Hydraulicznym. Przebrany w biały fartuch z haftowanym wzrokiem w czerwony klucz nasadowy  jeździł na sygnale po obu stronach Wisły. Stukał w każdą rurę z osobna i przystawiał ucho, aż udało się znaleźć poskrywanych pracodawców.

– Wychodźcie! – krzyczał wtedy Mariusz z kolegami. I zaglądał do środka.

– Nie wyjedziemy – piszczeli wtedy tamci. I jeszcze głębiej chowali się w rurach.

Aż w końcu Mariusz wraz z kolegami musieli otwierać zawory na pracodawców. Albo wypłukiwać ich spienioną wodą ze szlaucha. Wtedy jednak, zaraz po zjechaniu na pupę, pracodawcy szybko wstawali. Jak składany leżak na plaży. Strzepywali krople i gęsiego w  ustawiali się w kolejce do Pogotowia. Mariusz dzielił się z nimi kanapkami z żółtym serem i kawą z kukurydzy. Tak właśnie poznał Anię.

Ania miała krzywe oczy i ciemne blond włosy. Jakby ktoś wylał jej na głowę woreczek żółciowy. Ania zarządzała szczęściem. Szczęściem da się zarządzać, jeśli wiesz jak to robić.  Ania wiedziała. Sama wszystko wymyśliła. I poukładała w tabelkach

– Wyobraź sobie – tłumaczyła Mariuszowi, gdy ten nie chciał wierzył – że jedziesz na wakacje i słuchasz ciągle tej samej piosenki. I pijesz te samo piwo. Potem, gdy już wrócisz, łatwo sobie to wszystko odtworzyć. Wystarczy puszczać ciągle tę samą piosenkę. Albo zamawiać te samo piwo. I wtedy spływa na ciebie szczęście! Musisz tylko uważać, żeby nie odtwarzać sobie tej piosenki ciągle. Bo ci spowszednieje.

I właśnie tym się zajmuje  – mówiła dalej Ania – sprzedaję urządzenie do wyliczania, kiedy powinieneś przestać już słuchać wspomnieniowej piosenki. Albo przestać pić wspomnieniowe piwo. Możesz też, jeszcze przed wyjazdem, klikać jakie piwo będziesz zamawiał i sprawdzić czy wcześniej, na innym wyjeździe, już go nie piłeś.  Możesz sobie to pogrupować, pokasować i dodawać nowe rekordy. Możesz zapisać całe swoje życie.

Ania opowiadała o bibliotece szczęścia i częstowała się kanapkami z serem. Mariusz słuchał i zastanawiał się czy jeśli cały czas ma się szczęśliwe życie, to powinno się słuchać cały czas tej samej piosenki? Czy jednak można czasami zmieniać? Bo jak jednej tej samej, to się może znudzić. I chyba szczęście wtedy nie zadziała? Miał nawet spytać, ale Ania powiedziała wcześniej, że się trochę boi. Że nie chce być dawcą.

– Zrozum, Aniu – zaczął Mariusz, odstawiając kukurydzianą kawę. –  Jesteś pracodawcą, musisz co miesiąc kłaść się na kozetce. Jeśli się nie położysz, jeśli nie przekażesz nam w  darze swojej energii, zapału i przedsiębiorczości, to nie będziemy w stanie funkcjonować. Bez twojej kroplówki, nie będziemy wiedzieli co począć i jak zorganizować sobie przetrwanie. A ja nie będę miał nawet siły wstać z łóżka i co niedziela chodzić z synkiem na gorące kolby kukurydzy.  Zresztą nie martw się, Aniu. To nie będzie bolało.

Ale Ania nie uwierzyła Mariuszowi. Po wejściu do szpitala najpierw dokładnie się przebadała. Bo tak trzeba. Sprawdzała czy nie ma żadnych chorób i czy sama nikogo, ale to nikogo nie zaraża. Sprawdzała się w obie strony. Potem zdjęła buty a ubrania złożyła w wymyślne romby i trapezy. Najfajniejszy trapez wyszedł jej z bluzki z motylkami. Na koniec położyła się na kozetce w sali, co miała kafelki z krawędziami tak sczerniałymi jakby to był ludzki brud pod paznokciami. Próbowała się rozluźnić i zamknęła oczy. Ale delikatnie, nie tak, że twarz od wysiłku wykrzywia się, a policzki stykają z brwiami.

Po chwili przyszedł pan w kitlu i nałożył maskę na twarz Ani. Ania poczuła ciepło i z początku tylko trochę, a potem całkiem już intensywne gilgotanie tysiąca grubaśnych paluchów. Jakby rzuciło się na nie całe przedszkole wygłodzonych dzieci z nadwagą, które za nic nie chciały puścić.

%d bloggers like this: