Archive

Posts Tagged ‘opowiadanko’

Pomocy, Marzeno!

03/04/2013 282 uwag

Musimy robić, to co lubimy, bo lepiej jest robić, co się lubi niż to, co nie!

Ja lubię Anię giglać, a Ania mówić do mnie: Marzeno.

– Marzeno, unieś stopy znad kominka! Marzeno, podaj zapalniczkę! Marzeno, czerwone, uważaj?

To wcale nie jest fajne, żeby 40 letniego faceta nazywać Marzeną. Ale myślę sobie, że tak właśnie trzeba. Że na tym polega związek. Że trzeba iść na małe kompromisy. Jak wtedy gdy razem słuchamy Urszuli w Radio Złote Przeboje. Albo oglądamy kabareton w Opolu z jej znajomymi, którzy zanoszą się od śmiechu, aż brzęczą spodeczki w ich grubych paluchach.

 Wczoraj zadzwoniła i cicho wyszeptała:

– Marzeno, hotel na Hożej o 19tej!

Świetnie, na Hożej. Na Hożej jest tylko jeden hotel, więc nie trzeba szukać, pytać i guglać. Tyle że nie ma parkingu. Zziajany  szuram o śnieg, którym trafiam tuż ponad łydkę faceta przed mną. Pewnie się założył wyprane spodnie i myśli, że teraz jest elegancki, ale co to to nie.

– Pokój na pana czeka – słyszę w recepcji.

Naprawdę? Nigdy nikt ważny na mnie nie czekał. Raz może nauczyciel od angielskiego, ale minę miał tak kwaśną, jak dziadek gdy niechcący nocnik zalał wrzątkiem. Pokój na mnie czeka – myślę i wyobrażam sobie, że musi być  nastrojony i całkiem przytulny. Że jak rzucę się na duże łóżko, to się zaraz zapadnę, a pokój obejmie swymi kosmatymi ramionkami, pogłaszcze po głowie i może zanuci jakiś fajny przebój. Że musi być wypachniony i czekać z gorącą kawą albo kąpielą. Pokój na mnie czeka, ciekawe czy zgadnie jakie lubię słodycze?

Ale w rzeczywistości wcale nie czeka. Zwyczajny, wyziębiony i z przypaloną papierosami deską w ubikacji. Pomyślałem, że tak to mogą sobie czekać na kogoś na dworcu i że w ogóle to nie jest czekanie, a pani w recepcji po prostu kłamała.

Na szczęście przychodzi Ania. Siedzimy razem, chrupiemy chrupki i Ania nagle:

– Słyszałaś, Marzeno, co się stało Małgosi? Coś bardzo, bardzo dziwnego!

– Nie słyszałem – mówię.

– Otóż Małgosia twierdzi, i to całkiem serio, że w Wielki Piątek skarpetki w ich domu zmieniły się w myszy! Podobno to przez tę bożonarodzeniową zimę w Wielkanoc wszystko tak się pokićkało. Zwierzęta ludzkim głosem, zmartwychwstanie, noc świętojańska i w ogóle.  I że teraz skarpety-myszy są w każdym zakamarku mieszkania, nawet pod łóżkiem w sypialni, bo Tomek rozrzucał skarpetki dosłownie wszędzie. I ciągle syczą Małgosi: nie jesteś szczęśliwa, nie jesteś szczęśliwa!

– I co na to Tomek?

– Ponoć twierdzi, że ją szatan opętał, ale boi się zawiadomić egzorcystów, bo mu nie urodzi piątego dziecka!

– Biedny Tomek!

– No właśnie, Marzeno, myślałam, że może ty mógłbyś coś z tymi myszami, nie wiem, może kotem albo serem jakimś!

– Wiesz, w Polsce nie ma prawdziwych serów – odpowiedziałem i zacząłem ją giglać w brzuch, a ona chichrała się krzycząc Marzeno, Marzeno aż zapadła się w łóżku i tym razem to jaj ją głaskałem i jej nuciłem.

Pogoda dla bogaczy

24/03/2013 350 uwag

Biednemu zawsze wiatr w oczy, ale nie tym razem.

Działo się to od niedawna, pół roku, rok może, ale jednak na tyle długo że wszyscy zdążyli się zorientować. Mianowicie: słońce nie wszystkim świeciło po równo. Dokładnie to słońce mocniej świeciło biednym, a gorzej bogatym. Zachodzi odwrotna proporcjonalność – jak powiedziała pani w telewizji śniadaniowej gdy akurat omawiali automatyczne parasole. I im bardziej jesteś bogaty, tym gorzej za oknem. Przynajmniej jeśli chodzi o pogodę.

Nie żeby jakieś cuda, chodzenie po wodzie czy plagi egipskie. Po prostu niebo pocętkowane chmurami przepuszczało wybiórczo światło. Na pewno takie widzieliście po burzy. A światło  akurat padało na tych, którzy byli biedni. Kto nie wierzył, mógł pojechać do Konstancina i zobaczyć jak bardzo mieli tam przejebane. Cztery miesiące non stop deszcz albo plucha. Bo oczywiście to nie działało tak, że im bardziej bogaty, to miał zimniej. Jeszcze czego. Przecież mogliby wtedy tymi swoimi nartami, skuterami i w ogóle otwierać jakieś kurorty. Im bogatszy, tym większa plucha. Niektórzy do pracy – jeśli oni w ogóle pracują – jeździli pługiem. Tyle brei mieli pod bramą.

Szybko się jednak wszyscy zaczęli organizować. Fiskus zaczął prześwietlać tych najbardziej zmokniętych, a bogaci zaczęli zapraszać biednych. Żeby zaabsorbować trochę słońca. Ci najbardziej wybredni, ci, co chcieli się wręcz opalać, sprowadzali sobie całe busy bezdomnych. I trzymali ich na tarasach albo ogrodzie. Choć to nie było łatwe.  Jak zmieszasz bogacza z bezdomnym to ci wyjdzie co najwyżej polski październik. I to raczej jego końcówka. Ale bezdomni nie narzekali, i bogaci też nie. W końcu lepiej październik niż początek grudnia.

Ja tego problemu nie miałem. Ja jeździłem do Brzezin, bo w Brzezinach… w Brzezinach, to była mała Copacabana. Chodziliśmy w slipkach i graliśmy w piłkę plażową. A słońce napieprzało jak na jakiś Malediwach. Musieliśmy tylko zwolnić się z pracy i najlepiej odciąć od całej rodziny. Ja rodziny, ani pracy nie miałem. Ja miałem szczęście. Miejscowy burmistrz – i to z PSL –  chciał nawet przeznaczyć te pieniądze, co to zbierał na pomnik Zamachowskiego, na budowę pomnika Balcerowicza. Nasz dobrodziej – krzyczał na wiecach, gdy akurat nie zagrzewał nas wszystkich do walki.

Bo brzezińska Copacabana musiała się bronić. Przed namolnymi bogaczami polującymi na słońce. Tych swoich biednych musieli bowiem bogacze ciągle wymieniać. Biedny, a już bezdomny w szczególności, gdy się tylko najadł, wypoczął, a potem  co nieco rozsmakował w luksusie, takim super biednym być szybko przestawał. Spadała mu więc wydajność. A już nie daj Boże dostał jakieś drobne. Wszystko pokazywały wykresy w Excelu. Pieprzone lamusy – dawało się słyszeć w dzielnicach spowitych gołoledzią, nawet się nie chce w spokoju na trawie posiedzieć. Co im zależy?

Dlatego biednych organizowali zawodowcy. Specjalizowała się w tym pewna firma, która wcześniej robiła słynne grzejniki. Ponoć miała doświadczenie. Codziennie rano przejeżdżali pod Brzeziny i próbowali wyciągnąć tych najbardziej opalonych. Grabiami albo specjalnymi siatkami. Początkowo chcieli nawet płacić. Ale co po zapłacie, gdy z każdą złotówką zaczyna ci  coraz bardziej na łeb padać.

Kwestia zrozumienia

06/03/2013 437 uwag

Wcale nie chciałem brać tej roboty. Ale nie miałem wyjścia. W końcu 3 lata bez pracy to ciut za dużo. Nawet jeśli żona przynosi pensyjkę dyrektorki korporacji.  Nie, nie żebym nic nie robił. Piszę przecież książkę. O Polaku, który cofa się w czasie do kluczowych momentów historii, gdy rodacy ratowali świat. Miałem już 2,5 rozdziału: odsiecz wiedeńską i Konstantynopol. Szukałem teraz, znaczy od czterech miesięcy, nazwiska matki pazia, która uratowała Wilhelma Zdobywcę na polowaniu. Gdyby nie ona, nie wiadomo jak potoczyłyby się losy świata. A więc i nasze losy. Żonie mówiłem, że napisałem już siedem rozdziałów, ale mam blokadę. I pokaże dopiero po skończeniu całości. Uwierzyła, bo to dobra kobieta. Pochodzi z Łodzi, a  to feralne miasto. Nie zburzył go ani Hitler, ani Stalin.

Trzeba się było więc wziąć do jakieś roboty. Szukałem pół roku, ale znalazłem. Spytacie w jaki sposób się dziś znajduje pracę? Powiem Wam: to jak z robieniem dzieci. Jeśli bardzo chcesz, to się wciąż nie udaje. Ale jak wszystko olejesz  – byle nie dosłownie – to pstryk i masz od razu. Co takiego wyjątkowego, ale to naprawdę wyjątkowego pan potrafi, że się pan odróżnia od innych – spytała na rozmowie kwalifikacyjnej pani z włosami zapiętymi w kucyka. A ja im wszystkim na to, że potrafię przewidzieć, a właściwie to z wyprzedzeniem wiem, jaki film niedługo puszczą w telewizji. I że nie wiem, jak to działa, ale po prostu zaczynają przypominać mi się sceny z oglądanego dawno temu seansu i trach: za kilka tygodni widzę go w programie telewizyjnym. Jakby atakowały mnie z wyprzedzeniem. Nie uwierzyli, a nawet się trochę podśmiewywali, ale na odchodne rzuciłem im, że za dwa tygodnie niech się spodziewają Top Gun i Parszywej Dwunastki.  Oddzwonili po tygodniu, widać  też oglądają Polsat.

Praca nie była zbyt dobrze płatna, ale miałem półdarmowe obiady. A to już coś. Moja żona jest dobrą kobietą, ale nie potrafi gotować. Pochodzi z Łodzi, wspominałem coś o tym?

Pierwszego dnia byłem tak podekscytowany, że nie zauważyłem, iż wszyscy w tej pracy są lekko grubawi. Dopiero drugiego się poważnie przyjrzałem i rzeczywiście, każdy nosił zakusy sweterek, koszulę albo spódnicę.

– To z oszczędności  – tłumaczyła Marlena, nakładając sobie dodatkową porcje półdarmowego obiadu. Robimy projekt dla grubasów i mamy wczuć się w ich rolę.

– I specjalnie zatrudniacie grubych? – spytałem.

– Nie no, coś ty. Wiesz ile by to kosztowało? Całą wymiana kadry przy jednym projekcie? Po prostu szef kazał nosić nam wszystkim za małe ubrania.

– Serio?

– Serio, serio! Widziałeś tego małego, z pokoju na końcu korytarza?

– Marka?

– Tak, Mareczka. Tydzień temu przyszedł w garniturze komunijnym siostrzeńca!

Marlena zajmuje się wymyślaniem memów. Dopisuje komentarz do obrazka i puszcza go dalej w sieci.  A jak mem zassie, to można go potem  „zmonetyzować” – opowiada, cokolwiek owe zmonetyzowanie znaczy.

– Zassałaś kiedyś – spytałem, ale od razu się zaczerwieniłem – znaczy czy ci zassało?

– Jeszcze nie, ale raz byłam kilka dni na demotywatorach!

Moje zadanie jest łatwiejsze. Siedzę na słuchawce i odpowiadam, najczęściej starym babciom, co niedługo zobaczą w telewizji. Co prawda mamy dostęp do materiałów twórców seriali, bo o seriale głównie pytają, ale moje umiejętności mają pomóc przewidzieć gwałtowne zmiany.

W ten sposób zarządzamy ryzykiem operacyjnym – powiedziała pani we włosach zapiętych w kucyka, gdy podpisywaliśmy umowę zlecenie. Na całe 1350 brutto plus półdarmowe obiady.

Na szczęście rozmawiam  nie tylko o filmach, ale także  o polityce i sporcie. Stąd potrzebowali kogoś o szerokich horyzontach.

I mogą sobie ludzie narzekać na brak perspektyw,  koniunkturę i ogólnie się nad sobą użalać.  Bo po prostu nie rozumieją, że najważniejsze wżyciu to być przedsiębiorczym i o pół kroku wyprzedzać innych. Że trzeba znaleźć swoją niszę. I skorzystać z życiowej szansy.

Ja ze swojej skorzystałem i nawet rozszerzyłem działalność. Od miesiąca potrafię nie tylko przewidzieć, jaki niedługo film puszczą, ale także jakiego polityka zaproszą do telewizji. I choć kierownictwo z początku znowu było sceptyczne,  to po tygodniu przyznali racje i dali 10% podwyżki. Widać też oglądają TVN i Tomasza Lisa.

Wahl macht frei

31/12/2012 444 uwag

Jest 6.40 i zaraz czas na moja zmianę.  Kawę wypiję już na miejscu.  To bardzo fajna robota. Cisza, spokój i mogę sobie poczytać. Alice Munro.  Sama ją sobie wybrałam.  Nie, nie Alice. Robotę. Spośród setek czy może raczej setek tysięcy ofert. Zawsze chciałam mieć  spokój.  Po tym co przeszłam, każda by chciała.

Ludzie myślą, że niebo, to wylegiwanie się na plaży i generalnie opierdalanie. Ale to nieprawda.  Przynajmniej nie do końca. Niebo to przede wszystkim wybór. Może wziąć sprawy w swoje ręce – tak mówią w niebie. Wystarczy uwierzyć – mówią inni. Wybór czyni wolnym – no tego akurat nie mówią. Ale tak myślą.

Inni szepczą po kątach, że to dlatego, bo nie ma miejsca na tyle danych w chmurze. I że jakoś trzeba likwidować zatory.

A ja myślę, że to wszystko to zwykłe pierdolenie. Bo skoro jest i Bóg, i niebo to są również i cuda. I chyba mogą cudownie rozszerzyć pojemność na chmurze, prawda? Na moje to Bóg po prostu nie chce użerać się z tymi wszystkimi debilami. Bo nie oszukujmy się, do nieba trafiają raczej ci z matołectwem, co są tacy święci, bo nie potrafią się zakręcić koło jakiegoś lewego interesu. Tak, do nieba trafiają same życiowe cipy.

Ja akurat trafiłam, bo się poświęciłam. Mój syn był gejem, znaczy pedałem. Jedną z zalet przebywania w niebie jest zakaz politycznej poprawności. Można mówić co się chce i komu chce. Bo tylko prawda wyzwala. Niejeden spasiony czarnuch się w niebie o tym przekonał. Poświęciłam się dla syna, jeździłam na terapię, ale to wszystko jak kijem w piach. Czy raczej w dupę – jak powiedział wielebny. Więc ja trafiałam do nieba, a syn pedał do piekła. Notabene piekło jest prawie puste jak dworzec w Kutnie. Bo tam nie masz prawa wyboru, tam wybierają za ciebie.

Trafiłam do nieba i mogłam wybierać. Pobyczyć się na miejscu albo wracać. Jako gwiazda filmowa, milionerka albo zakonnica. Wybrałam wylegiwanie się na miejscu. Ale szybko pożałowałam. W niebie trafiasz na swoich bliskich – normalka. I ja trafiłam. Po tygodniu usłyszałam, stłumione głosy mamo, mamo. Myślałam, że to duchy, ale zaraz, że głupia przecież duchów nie ma. A jedyny syn znowuż w piekle. Choć duchy to chyba raczej jednak są. Skoro istnieje niebo? W każdym razie mamo, mamo ciągle mnie prześladowało. I nie dawało spokoju. W końcu jedna taka wytłumaczyła mi, że u każdej kobiety na ziemi dochodzić może do kilku samoistnych poronień i że te dusze, mocą jakiegoś dekretu, też trafiają do raju. W raju przybieramy swoją najładniejszą postać z czasów na ziemi, a te wyrośnięte blastule innej postaci nie mają. Krążą więc niewidzialne dla ludzkiego oka, same zresztą też bez oczu i uszu i krzyczą mamo, mamo choć wcale nie mają buźki, ani usteczek. Prześladują tym swoim brzuchomówczym zaśpiewem jak osy, które zalęgły się w brzuchu. Nie wiedziałam co robić. Wieczność z gronem niewidzialnych stalkerów, które nawet nie miały imion, nie wydawała się najlepszą opcją.

Wybrałam więc pracę w kostnicy. Mogę sobie spokojnie poczytać, a jedyne odgłosy to dźwięk ludzkich komórek spalanych na popiół.

I wreszcie jest tak jak chcieli: wybór naprawdę czyni wolnym.

Język ojczymsty

20/12/2012 186 uwag

– Co tak stoisz i znowu nic nie mówisz, zapomniałeś języka w gębie?

Matka stoi z siatkami mrożonek  i każe mi je rozpakowywać. Brukselka z kalafiorem, sałatka wiosenna i marchewka z groszkiem. Wszystko wsadzam do zamrażali i wychodzę bez słowa z kuchni.

– Czemu nic nie mówisz? Obraziłeś się? – pyta znowu.

 Ach gdyby tylko wiedziała?

Tydzień temu Artur powiedział mi, że języki są bardzo, ale to bardzo ruchome i że się podczas pocałunków potrafią wymieniać. Chyba ocipiałeś – mu zaraz odpowiedziałem, a on na to, czy jak się długo całuję, na przykład z Anią, to czasem nie mam takiego uczucia, że mi język sztywnieje, zaczyna boleć i staje się taki jakiś całkiem… obcy – przerwałem mu w pół zdania, a Artur tylko z uznaniem pokiwał głową mówiąc: no właśnie!

Ta wymiana języków to wcale nie głupia sprawa, w ten sposób poznajemy inne smaki, temperatury i wymieniamy się doświadczeniem. A także łapiemy odporność na bakterie. To czysta ewolucja! – twierdzi Artur. Widziałem w takim greckim filmie dokumentalnym: Attenberg.

Jeśli nie głupia sprawa, to może by na tym zarobić – pomyślałem z początku. Otworzyć jakiś zakład, broń Boże burdel, ale miejsce, gdzie można się całować – znaczy – wymieniać doznaniami. Im bardziej egzotycznie tym lepiej. W myślach miałem nawet neon nad takim zakładem: Marcin Koniuszko – Języki Obce.

Ale wszystko mi obrzydło i poszło w pizdu, gdy okazało się, że dostałem język po matce.

Teraz pewnie myślicie, że całowałem się ze swoja matką, pieprzone oblechy? Nic z tego, zaatakowało mnie naokoło.

W zeszłą środę widziałem jak matka całuje się z Andrzejem. Andrzej to ojczym Ani – mojej nowej dziewczyny. Już teraz wiem, czemu ten wiecznie zrzędzący pierdziel, tyle o mnie Ani nagadał. Wszystko mi opowiedziała, ze szczegółami. Ale o romansującym ojczymie Ania nie wie, i za nic w świecie jej nie powiem. Wystarczy, że wie, a właściwie to wie całe blokowisko, że matka Ani się puszcza. Raz się puściła z byłym chłopakiem Ani – Jureczkiem. I dlatego – mówią – Ania jest teraz ze mną. Artur mi opowiedział.

A ja wszystko sobie rozrysowałem. Andrzej dostaje język mojej matki, który podczas rutynowego bara-bara przedostaje się do matki Ani, aby zaraz wylądować u Jureczka, a następnie u samej Ani. I gdy Ania poznaje mnie, a poznaje dość dokładnie i szybko, powiedzmy, dobrze przed 21 tamtego piątku, to język matki jest już we mnie. Jak jakiś, kurwa, Obcy pasażer w Nostromo.

Dlatego milczę. Przynajmniej w stosunku do matki. Boję się dekonspiracji. A że jest we mnie, to jestem pewien. Smakują mi te same syfy z mrożonek co kiedyś matce.  Ślinię się i oblizuję wargi. Polubiłem nawet mentolowe fajki.

Czasami myślę, że może powinienem ją zaatakować znienacka? Wskoczyć, gdy będzie najlepiej w półśnie i szybko wlizać się w nią z całej siły.

Ale co ci to da, durniu? – pyta Artur – Przecież odzyskasz tylko zasmrodzony język Andrzeja.

Strażnik miejski

15/12/2012 153 uwag

– Shit haaappens, szeeeefunciu! – mówi Janeczek.

Janeczek ma 22 lata i włosy kudłate jak pies sąsiadki z przeciwka. Pracuje od niedawna, trochę się jąka, ale sobie poradzi. Wszyscy sobie jakoś radzą.

– Raaaadzę sobie, szeeefunicu!

– Wiem, że sobie radzisz.  Spróbowałbyś nie!

Wychodzi, zostawiając czteropak browarów i dwa pety w popielniczce. Piwo Wojak, ciepłe. Trzeba będzie wsadzić do lodówki.

Za trzy godziny przyjdzie żona, zacznie gderać o nieumyte naczynia, a potem szukać mi pracy. Odpali komputer, zacznie klikać i – chodź, chodź – zawoła – uczyli nas tego na kursie. Będę musiał udawać zainteresowanie, aż zacznie boleć mnie noga. Pokuśtykam i uwalę się na kanapę. Z zimnym Wojakiem w ręce.

Ale dopóki nie wróci, mam spokój. Wyjdę sobie na balkon, zapalę fajkę i porozglądam dookoła. Zobaczę kilka nowych HWDP na kamienicy, rozbitych flaszek i grupkę meneli tuz zza rogu. Kto wie, może im nawet pomacham? Nawdycham się świeżego powietrza i poczytam gazetkę. O tej kurwie, co upuściła dziecko, a potem te głupki ganiały przez nią po całej Polsce.

Lekarz w sanatorium powiedział, że wszystko powinno być dobrze, ale też, że wszystko musi trochę potrwać. I że szkoda, że nie przyjechałem wcześniej. Wcześniej, dobre sobie. Gdyby nie siostra pielęgniarka, czekałbym jeszcze z pół roku, a i tak daliśmy w łapę 1500 złotych.

Posiedzę, poczytam, popalę chyba że przyjdzie córka ze swoim chłopakiem. Mają po 16 lat i chodzą razem do tego samego liceum ekonomicznego. Kształcą się, choć matka mówi, żeby lepiej już teraz szukała pracy. Najlepiej w internecie. Może jej pomóc, była na kursie.

Chłopak ma na imię Krzysiek, jest łysy, ale w okularach. Ojciec jest konduktorem, matka pracuje w stołówce. Wydaje się w porządku, nie bluzga i popala tylko ukradkiem.

Przyjdą, dostanę buziaka i szybko zamkną się w pokoju. Powiedzą, że chcą się pouczyć, ale pewnie będzie ją pieprzył. I z tego powodu, może mi być trochę przykro. Córki nie powinny dorastać. Tak jak psy. Małe szczeniaki są takie ładniutkie, a potem rosną, brzydną i śmierdzą mokrą sierścią. Zupełnie jak moja żona, gdy wraca z tego całego pilates.

Święta u Kacpra

27/10/2012 118 uwag

Odkąd Mariola odkryła, że jest brzuchomówcą jej życie zmieniło się jak opony w starym, zdezelowanym Fordzie jej ojca. To co z tyłu przechodzi na przód, a to co z przodu ląduje na śmietniku. Od tej pory Mariola przestała już być Mariola i przestała się liczyć twarz Marioli. Liczyło się tylko to, co pochodzi z trzewi. Z tyłu. Z jej brzucha. Początkowo było nawet dużo śmiechu. Mariola opowiadała historię, potem z brzucha dobywała się puenta i wszyscy dookoła się uśmiechali. Ale nie trwało to długo. Mariola nie potrafiła wymyślać wielu historii i ciągle opowiadała to samo. A to już stawało się nudne. Z czasem irytujące. Bo ile czasu zajmuje, aby w takim miasteczku wszyscy usłyszeli te same historie po kilka razy? Rok, dwa lata? A Mariola opowiadała je ciągle. W końcu sąsiedzi nie chcieli już słuchać, a ich dzieci zaczęli rzucać w Mariolę patykami leszczyny. Takimi ze gąbką w środku.

– Brzuchomówca, tasiemówca! – krzyczeli, gdy przyspieszała kroku po szkole.

Raz nawet się postawiła, krzycząc: brzuchomówczyni, ale poleciało tylko więcej patyków. Tak Mariola spędziła gimnazjum i szkołę techniczną.

Teraz Mariola ma 24 lata i od dwóch lat nie pracuje. Właściwie to od dwóch i pół, odkąd na fermie kurzej zrobili optymalizację. Trzeba być elastycznym i wyrabiać normy – usłyszała Mariola, ale coś w jej brzuchu burknęło: jasne. Nowy kierownik nie załapał żartu i szybko ją zwolnił.

– Nie potrzeba tu takich, dziwaków – powiedział.

– Dziwaczek! – odburknęła, tym razem już nie swoim brzuchem.

Zazwyczaj do południa śpi, robi obiad, a potem, gdy nie pada deszcz, włóczy się po miasteczku. Aż ląduje w knajpie Kacpra. Kacper ma 34 lata i jest sam. Kacper bywa dziwny, więc do siebie pasują. Nie, nie jak para, raczej jak dwoje uciekinierów chowających się przed patykami.

– Moja mała  Żydówko z getta – powiedział raz Kacper do Marioli, gdy pierwszy raz chciał ją pocałować. Ale uciekła.

Kacper prowadzi knajpę, w której obchodzi święta według własnego kalendarza. Boże Narodzenie jest w maju, a święto zmarłych w marcu. Pali się wtedy mnóstwo zniczy i Kacper wiesza czarno-białe zdjęcia ludzi, którzy odeszli. Najczęściej starych mężczyzn z nekrologami po portugalsku. Kacper nie zna portugalskiego. Może to i lepiej – mówi do Marioli. Jak nie wiem kim byli, to nie wiem też czy nie byli chujami. W miasteczku szydzą, że Kacper wcale nie jest taki głupi. I że w Boże Narodzenie w grudniu  to i tak nikt nie przyjdzie do knajpy, bo każdy ma w domu. A w maju niejeden chce usłyszeć kolędy choćby z ciekawości. I na wigilię u Kacpra piwo jest tańsze o 30%.

Mariola ląduję w knajpie i zaczyna podchody do obcych.  Zwłaszcza gdy Kacper ubiera choinkę albo maluje pisanki. Mariola flirtuje, pije za kasę przyjezdnych i potem trafia z nimi na pięterko. Nie sypia z nimi. No dobrze, może z paroma sypiała, ale zazwyczaj upija ich jeszcze i schodzi.

A potem zjawia się rano i siada przed skacowanym amantem, mówiąc:

– Jestem w ciąży! Pamiętasz, co było w nocy?

Klient blednie, wpatruje w nią oczy i blednie jeszcze bardziej.

– Jak to, skąd wiesz po jednym razie? – pytają ci najbystrzejsi, wcale nie po studiach.

Wtedy Mariola rozpina koszulę, pokazuje pępek i z głębi jej brzucha daje się słyszeć:

– Tato, tato!

– Nie wierzę – wytrzeszczają oczy – kurwa, nie wierzę. Masz jakiś magnetofon?

Mało, kto wierzy za pierwszym razem. Dobrze, mówi Mariola i bierze go za ramię na zewnątrz, a potem brzuch znowu mówi: tato, tato nie zabijaj mnie!

– I co teraz?  – pyta Mariola. – Ono do ciebie mówi!

Faceci dzielą się na tych tchórzliwych i bardzo tchórzliwych. Zazwyczaj trafia na tych pierwszych. Ci drudzy boją się nawet flirtu.

– Nie wiem, Jezu, nie wiem!!!

– Chodźmy do środka, porozmawiamy o aborcji  – prosi go, masując się po brzuchu, gdy ten cały rozdygotany kończy papierosa.

Wchodzą, Mariola zamawia piwo. Wszyscy się na nich patrzą, czy to Święto Zmarłych czy Wielkanoc w wrześniu. Mariola wlewa w siebie naraz całego, małego Lecha i stawiając głośno butelkę na stole mówi do amanta:

– A teraz spierdalaj. Sama sobie dam radę!

 I wszyscy spierdalają. Poza kilkoma, którzy potem chcieli nasłać na nią policję.

%d bloggers like this: