Strona główna > felietonik > Domykanie systemu

Domykanie systemu

 

Ze wszystkich systemów, z systemem karnym poszło najłatwiej. Od dobrego roku oskarżenie jakiegokolwiek człowieka władzy o jakiekolwiek przestępstwo jest praktycznie niemożliwe. Tak jak niemożliwe jest dalsze prowadzenie przeciwko niemu postępowania. W przypadku zaś, gdy jakimś cudem sąd zdąży wyrok zapodać, na końcu przewodu pokarmowego zawsze można spotkać klęczącego pana, który między mszą a festiwalem kaszy odpowiednią parafkę na dokumencie złoży. System jest więc poniekąd kompletny: zaryglowany od przodu, środka i końca. Ale system karny to nie wszystko. Ludzie władzy mogą bowiem zostać trafieni np. w procesie cywilnym albo w procedurze administracyjnej czegoś im się zabroni. Na przykład połączenia muzeów w dniu 1 lutego. I dlatego system trzeba domknąć.

Pierwszym krokiem jest przejęcie Krajowej Rady Sądownictwa tak jak przejęto Trybunał. Nie, to nie oznacza, że wszystkich sędziów się wyrzuci z roboty. Nie oznacza też, że sędziowie podczas orzekania będą mieli broń przystawioną do głowy. Ba, nie oznacza też, że być może rzeczywiście proces awansu nie zostanie w pewien sposób zrównoważony i zdemokratyzowany, jeśli chodzi o samych kandydatów. Oznacza to jedynie, że dany sędzia w tej jednej jedynej sprawie na sto, dwieście innych spraw, sprawie akurat dotyczącej obozu władzy powinien się w swoim orzekaniu poważnie zastanowić. Bo od tego zależeć będzie jego awans zawodowy. A zastanowić się powinien czym prędzej, bo zaraz nadejdzie krok drugi, czyli reforma sądów. I analogicznie do zarządzania korporacją, zmieni się strukturę tylko po to, żeby móc na nowo o awansach i przydziałach zadecydować. Sędzia Tuleja w wersji optymistycznej zostanie tam, gdzie został, a w wersji pesymistycznej uda się w stan spoczynku.  O ile nie będzie miał ludowej dyscyplinarki.

Czemu warto pisać te banały? Bo mam wrażenie, że wielkie punditowe umysły jak prof. Łętowska czy Ludwik Dorn nie do końca to rozumieją. Nie, pani profesor, nie chodzi o odstraszenie i efekt mrożący w stosunku do uczestniczących w zgromadzeniach. Protestować nadal będzie można, co notabene dla mniej bystrych propagandzistów stanowi dowód, iż demokracja kwitnie (Poznań 56 to musiała być demokracja, skoro tyle ludzi na ulicach). I nie, panie Ludwiku Dorn, to nie jest tak, że nikt pana, na rozkaz władzy, nie będzie aresztował, bo się boi konsekwencji w dłuższej, ponad jednokadencyjnej perspektywie. Chodzi tylko i przede wszystkim o to, żeby władza mogła uderzyć punktowo. Nie masowo, jak przy zgromadzeniach, bo to wymaga iście totalitarnego wysiłku, ale punktowo, czy to w stosunku do Dorna czy innego Ludwika. A jak uderzy punktowo, to nie będzie co zbierać. Istotą całego projektu jest przecież skopiowanie Orbanizmu. Istotą Orbanizmu jest z jednej strony trudno usuwalna władza, władza, która tak gorąco wierzy w omnipotentny układ, że chcąc być równie omnipotentnym zastępuje go układem własnym. Ale też Orbanizm to władza, w stosunku do której niezadowoleni wyborcy mogą heheszkować, fejsbukować, twitterować, robić memy, a nawet chodzić na demonstrację. Władza, z której można się śmiać, którą można zwyzywać, wreszcie władza, która nie rości sobie totalitarnych pretensji. Ta władza tylko nie lubi, gdy ktoś lub coś staje jej na drodze. Czy to sędzia, polityk, urzędnik czy dziennikarz. I jak stanie na drodze to trzeba go zdeptać. Tylko wedle newsów ostatnich dni z roboty wyrzucono gen. Skrzypczaka, bo skrytykował Misiewicza, zawieszono dziennikarz radia Merkury, bo śmiał przepytywać Czarneckiego Ryszarda, a PAP wycofał wywiad z Łuszczyną o książce Polskie Obozy Śmierci. Dlatego prof. Gersdorf mówi o czasach próby, mimo posiadanych kredytów, a dziekan warszawskiej rady adwokackiej o latach 80tych.

Powiada z kolei prof. Łętowska (i nie tylko) o inflacji słów i nadużywania słów faszyzm etc. Tyle że to działa w obie strony. Utarło się przekonanie, że kraj faszystowski to od razu piece krematoryjne. A przecież krajem faszystowskim były Włochy, przecież dyktaturą była ta ukochana przedwojenna Polska. Ich obywatele też pewnie zadawali sobie pytania: a na co nam trójpodział władzy, do michy ci trójpodział władzy nic nie naleje, a są z nim same kłopoty, bo nie ma tego jednego, jedynego, co walnie pięścią w stół i powie, że ma być tak i tak.

Pytanie: po co to reżimowcy robią, skoro niejako na tacy podają przepis jak ich w przyszłości prześladować? Wszak skoro można jednym przepisem zakazać kolejny kandydować Gronkiewicz Waltz, to można i jednym przepisem zakazać kandydować posłowi Kaczyńskiemu.

Ano robią tak, bo serio są przekonani, że porządzą 2-3 kadencję, gdyż żelazne 25% elektoratu da się zamienić na 30-40 poprzez oszukiwanie na ordynacji. Serio są przekonani, że tak jak teraz Trybunał zamilkł, tak gdy opozycja dojdzie do władzy milczeć przestanie i zbombarduje każdą odważniejszą ustawę opozycji. I wreszcie serio są przekonani, co do braku odwagi opozycji co do Trybunału Stanu czy wsadzania do pierdla. Polska jest krajem jednej wielkiej nieodpowiedzialności: nie poniósł odpowiedzialności Kwaśniewski, nie poniósł Ziobro, nie poniósł Chlebowski z Drzewieckim, nie poniósł Wałęsa za swoje lustracyjne matactwa, więc nie poniosą i oni.

Jeśli więc Rafał Woś pyta, co po PiSie – w pierwszej kolejności odpowiedzialność i jeszcze raz odpowiedzialność za dawne grzechy.

Reklamy
  1. 03/02/2017 o 11:17 am

    Ładne. Fajnie opisany orbanizm.

  2. 03/02/2017 o 11:24 am

    Włochy nigdy tak dobrze nie stały jak za Mussoliniego.

  3. 03/02/2017 o 1:29 pm

    A po Mussolinim przepięknie leżały.

  4. otto
    03/02/2017 o 2:10 pm

    a za co Kwachu? naprawdę nie kojarzę

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: