Strona główna > felietonik > Dajcie się trochę pomartwić

Dajcie się trochę pomartwić

Hanna Gronkiewicz Waltz jest winna. Sama to przyznała, mówiąc, że została wprowadzona w błąd przez własnych urzędników. Oczywiście jest wina nie w sensie bycia sprawcą. Jest winna w sensie winy w nadzorze nad owymi urzędnikami. Nadzorze rozumianym jako swoisty nadzór ex ante, nadzór prewencyjny. To, czy jest to wina w nadzorze, powiedzmy, że umyślna (celowe odwracanie głowy w drugą stronę), czy wina, powiedzmy, że nieumyślna (lekkomyślność bądź niedbalstwo w nadzorowaniu pracowników) – to sprawa w istocie wtórna. I w ostatecznej ocenie pewnie zależna od sympatii w stosunku do Hanny osoby. To czy jest to wina w nadzorze w sensie prawnym, też jest drugorzędne. Pomijając prawicowy psychiatryk, zdaje się, że nawet najzagorzalsi przeciwnicy nie podnoszą kwestii odpowiedzialności prawnej. Hanna Gronkiewicz Waltz ponosi winę w nadzorze w sensie politycznym – tj. ponosi polityczną odpowiedzialność. Z polityczną odpowiedzialnością, i to zwłaszcza za winę w nadzorze, z kolei jest o tyle dobrze, że wcale nie musi prowadzić (i zwykle nie prowadzi) do odpowiedzialności prawnej. I o tyle źle, że jest wielce niedookreślona. De facto każdy może się w jej ramach domagać wszystkiego jako konsekwencji za cokolwiek, czego najlepszym przykładem Bieńkowska odpowiedzialna politycznie za mróz na peronach.

Podstawową sankcją odpowiedzialności politycznej – jako ten, być może jedyny konkret – jest sankcja w postaci dymisji. I właśnie tej sankcji domagają się przeciwnicy Hanny Gronkiewicz Waltz. przeciwnicy. Nie, nie domagają się kary więzienia, kar finansowych  czy kar golenia głów – jak to robią ostatnio księża katoliccy. Domagają się egzekwowania najbardziej podstawowej sankcji przy odpowiedzialności politycznej – domagają się dymisji. Na ile sama koncepcja odpowiedzialności politycznej jest sprawiedliwa to już inna rzecz. Z jednej strony, skoro nadzór nigdy nie będzie kompletny i absolutny, to przełożony zawsze wisi poniekąd na czynach swoich pracowników. Z drugiej strony, bez niej każdy z przełożonych byłby niemal bezkarny, wszak zawsze mógłby obciążyć podwładnych wszelkimi zadaniami, odciąć się od przesyłanych przez nich informacji i na koniec zgonić na nich winę w razie niepowodzenia. W świecie niepolitycznym analogiczną odpowiedzialnością, (przynajmniej w teorii hehe), ma być odpowiedzialność biznesowa, którą ponosi właściciel, na przykład na skutek błędów swoich pracowników. Dlatego też obrażanie się na członków partii Razem, aktywistów miejskich, nie mówiąc już o lokatorach, za to, że głośno domagają się sankcji w postaci dymisji, jest kompletnym niezrozumieniem. Oni domagają się pewnego minimum stanowiącego dość powszechnie postulowany standard odpowiedzialności.

Działa to jednak także w drugą stronę, aczkolwiek niekoniecznie symetrycznie:) Pojawiają się bowiem histeryczne głosy, jakoby przewidywanie dalszych konsekwencji obecnego skandalu w postaci przejęcia Warszawy przez PIS było politycznym obskurantyzmem, peowskim niewolnictwem, szczytem lemingozy. Jakoby obarczanie partii Razem komisarzem Sasinem w Warszawie było totalnie niesprawiedliwe. Tymczasem również i na tym polega odpowiedzialność polityczna. Nie tylko więc Hanna Gronkiewicz Waltz ponosi winę za to, czego nie zrobiła, ale i np. Partia Razem ponosi odpowiedzialność za to robi, za tegoż robienia konsekwencje. Archaicznie brzmią tezy, że musi się zrodzić V RP, albo że komisarz Sasin to konieczny etap przejściowy do marksowskiej wolności. Archaicznie, bo bazują na, odrzuconej przecież tezie, że historia musi mieć jakiś sens, i rządzić jakimiś odgórnymi prawami, dającymi się ująć w zapoznawalne ramy. Otóż wcale nie musi. Nic nie musi się zrodzić, ani nic nie musi być bytem przejściowym. Dlatego wyszydzanie obaw mieszkańców, że boją się komisarza Sasina jest nie tylko hipokryzją (czyż właśnie do uczuć mieszkańców nie odwołuje się lewica), ale także całkowitym obrażaniem się na rzeczywistość. A przecież często te same osoby, nie bez pewnego schadenfreude, tłumaczą, że przeciętny wyborca ma w poważaniu Trybunał Konstytucyjny. Dlaczego nie miałby mieć w poważaniu reprywatyzacji? Bo lewicowi aktywiści akurat nie mają?

I właśnie owe obrażanie się na rzeczywistość każe zadać jeszcze jedni pytanie. Na ile polityka lewicowa powinna obstawiać przy, zwykle fetyszyzowanym przez prawicę, twardym realpolitik, a na ile zawierać w sobie pewien mesjanistyczny pierwiastek politycznej fantazji? Na ile starannie kalkulować wydestylowane ryzyko danych konsekwencji tu i teraz, bo owe ryzyko jest w takim a nie innym kształcie jak najbardziej realne? A na ile puścić się poręczy, sięgać poza horyzont i zacząć zmieniać świat, zamiast go opisywać?

Nie wiem, boje się jednak, że paradoksalnie sukces z dymisją Gronkiewicz Waltz pokaże, że Inna polityka nie jest możliwa. Bo jedyne obszary, gdzie lewica odniosłaby wówczas wymierne sukcesy, to relatywnie gwałtowny skok poparcia po debacie Zandberga oraz odwołanie prezydent Warszawy po nagłośnieniu skandalu. Czyli stare, politycznie wysłużone narzędzia w postaci charyzmy lidera i grzanie w aferałów, a nie kolektywizm, praca u podstaw i całkiem nowy język w  debacie publicznej.

  1. mall
    02/09/2016 o 9:46 am

    Myślę, że przesadą jest przypisywanie ewentualnej winy działaczom miejskim w przypadku gdy dojdzie do zarządu komisarycznego i przejęcia kontroli nad stolicą przez PIS. Odpowiedzialność polityczna w takim wypadku wciąż będzie w większości spoczywała na obecnej prezydent, bowiem zarząd komisaryczny jest bardzo prawdopodobną naturalną konsekwencją braku podjętych działań.
    W przypadku działaczy lokalnych i partii Razem nie ma innego wyjścia niż ostre stawianie sprawy: obstawienie się w roli „nie naciskajmy zanadto bo przyjdzie PIS” spowoduje dokładnie to samo co działo się w ostatnich latach (czyli absolutnie nic) a dodatkowo pozwoli zasiać wątpliwości wśród ewentualnych wyborców na zasadzie „oni też nic nie robią” (niezależnie od tego czy byłby to zarzut słuszny czy nie).

    Obawy z ostatniego akapitu nie podzielam. Bo nie mam wątpliwości, że polskie społeczeństwo jest hierarchicznie zorganizowane i w swojej masie nie ma szans na współpracę, kolektywizm i za to jest miejsce na wykorzystywanie słabszych. Straciłem w tym względzie nadzieję.

  2. 02/09/2016 o 11:37 am

    „Bo jedyne obszary, gdzie lewica odniosłaby wówczas wymierne sukcesy, to relatywnie gwałtowny skok poparcia po debacie Zandberga oraz odwołanie prezydent Warszawy po nagłośnieniu skandalu.”

    Sytuacje poniekąd są podobne, i podobne mogą być sukcesy lewicy w ogólności i partii Razem w szczególności.
    Przypomnijmy, że sukces w debacie Adriana Zandberga skutkował wyeliminowaniem lewicy z Sejmu, utratą bez mała 12% poparcia dla (nie)zjednoczonej lewicy, a w konsekwencji zapewnił PiS komfort rządzenia z większością parlamentarną i przeprowadzenia #DobraZmiana.
    Jeśli sukces partii Razem po złożeniu dymisji przez HGW będzie skutkował przejęciem władzy przez Sasina (Sasin to tylko synekdocha, bo wszyscy politycy PiS są jedynie synekdochą) to Boże, miej Warszawę w swojej opiece.
    Polska polityka jest infantylna w znaczeniu, że politycy nie przewidują, nie liczą się z, nie prowadzą symulacji skutków swoich decyzji. I w tym znaczeniu partia Razem jest najbardziej infantylna ze wszystkich polskich partii politycznych. I ma tę katastrofalną niewinność niejako wpisaną w program.

  3. 02/09/2016 o 1:26 pm

    Idź może poczytaj, co Leszek Miller opowiada dziś w telewizji publicznej i potem wróć pomstować, jak to Razem wyrzucił tę jakże potrzebną lewicę z sejmu.

    SLD zaliczyło zjazd z ponad 40% do wypadnięcia z sejmu. Może warto się zastanowić, jak to się stało, a nie powtarzać kretyńskie memy? No ale może z daleka lepiej widać.

  4. Aristeros
    02/09/2016 o 5:31 pm

    „w zapoznawalne ramy”
    Wystarczy „poznawalne”, po co tworzyć wieloskładnikowe neologizmy, wcale nie modyfikujące znaczenia.
    „nie bez pewnego schadenfreude”
    „twardym realpolitik”
    Schadenfreude, Realpolitik – oba słowa są w języku niemieckim rodzaju żeńskiego, a niemieckie rzeczowniki pisze się dużą literą. Nie zmienia tego użycie w/w słów w tekście polskim, nie są to bowiem germanizmy dostosowane do polskiej fleksji i ortografii; są to wtrącenia obcych słów. Zatem
    „nie bez pewnej Schadenfreude”
    „twardej Realpolitik”

    Dodajmy liczne błędy interpunkcyjne, zarówno wtrącanie przecinków tam, gdzie ich nie powinno być, jak i opuszczanie tam, gdzie znaleźć się powinny.

    A że nic ad meritum? Zgadzam się we wszystkim.

  5. 02/09/2016 o 8:52 pm

    „Idź może poczytaj, co Leszek Miller”

    A co mnie Leszek?

    Kol.z Razem czyli Osobno? Jeśli kol. z Razem to postaram się koledze wytłumaczyć kilka podstawowych faktów.

    Wybory parlamentarne to nie konkurs na najlepiej utrzymaną brodę. To również nie pokaz politycznego niezłomnego dziewictwa. W wyborach bierze się udział by w nich zwyciężyć lub by umieścić w parlamencie swoich reprezentantów. Jeśli jest się małą partią na dorobku i balansuje poniżej progu wyborczego to ma się dwie możliwości. Gdy mamy szansę na, powiedzmy, oszałamiający wynik w granicach 1% wtedy ogłszamy, że jesteśmy ekskluzywni, nieprzekupni, bezkompromisowi i radykalni. Ale gdy uda nam się dopełznąć do, powiedzmy, 2,6% zapominamy o wyjątkowości, nieuleganiu populizmom, a przede wszystkim wkładamy naszą bezkompromisowość do worka przeciw molom i zaczynamy szukać ewentualnych partnerów koalicyjnych.
    Taktyczny sojusz wyborczy być może uwiera nas w naszą młodzieńczą szlachetność, ale jest wybornym wehikułem, by nasi reprezentanci wślizgnęli się do Sejmu i mogli prowadzić realną działalność. Jeśli bogowie ześlą nam do tego prezent w postaci rządu koalicyjnego to po prostu nie wypada nam odmówić. Istnieją dziesiątki wypróbowanych wytłumaczeń dlaczego porzuciliśmy hasło „wszystko albo nic” i przyjęliśmy zgniłą, amoralną, kompromitującą postawę „lepiej coś niż nic”.
    Oczywiście, istnieje ryzyka związane z współsprawowaniem władzy, ale mając do wyboru realny, choć być może dużo poniżej żywionych ambicji wpływ na państwo i jak najbardziej realną szansę na prezentację naszego programu i rozwiązań lub ten wpływ i szansę żadną wybraliście żadną..
    Bo powiedzmy sobie szczerze, gdy zniknie urok nowości przestaniemy być zapraszani do telewizji z naszymi oklepanymi płomiennymi apelami. Btw, a jak kolego idzie praca u podstaw? Da się z tego uskrobać solidne, niepodważalne 5,1% w przyszłych wyborach?
    Wasi prawie-imiennicy z Polska Razem przełknęli wstyd i upokorzenie, dając swoimi 3,14% (tyle uzyskali w wyborach do Parlamentu Europejskiego) władzę PiS i otrzymując w nagrodę 2 lub 3 fotele ministerialne. Wy swoimi 3,62% mogliście również bezpiecznie lewarować się w sojuszu z Sojuszem do Sejmu, a kto wie, nawet liczyć na jeden departament „ds niemożliwych”, ale oddaliście je w prezencie PiS przypieczętowując sukces #DobraZmiana.
    Nikt wam przecież nie kazał, gdybyście już do tego Sejmu się dostali, głosować wspólnie z Leszkiem Millerem.
    Co do memów. Ja memów nie używam, ja jestem tym, który je wyprzedza. Syndrom Kassandry, wiesz. Gdy rzeczywistość dogania i spełnia moje przepowiednie nikt ich już nie pamieta.
    Uronię łzę w tym miejscu.
    3,62% + 7,55% to od cholery miejsc w parlamencie. A, prawda, Razem czyli Osobno ma kłopoty z prostymi działaniam arytmetycznymi i nie policzy.

  6. 02/09/2016 o 11:14 pm

    To ja koledze wytłumaczę, że żadnego sojuszu z SLD być nie mogło, bo cały wynik partii w wyborach został zbudowany na dwóch filarach:

    a) tytanicznej pracy setek ludzi
    b) wkurwie na dotychczasową lewicę.

    a) Adrian w debacie dodał nam niesamowitego kopa, prawdopodobnie jego świetny występ pozwolił nam przebić 3%, ale bez zebrania 120 tysięcy podpisów żadnego Zandberga na debacie by nie było. Bez ludzi, którzy z nim pracowali, tego wyniku być nie było.

    Wiesz, co to znaczy zebrać w całym kraju 120 tysięcy podpisów? Przy budżecie rzędu może 15.000 zł? Wiesz, jaka energia ludzka wolontariuszek i wolontariuszy stała za występem Adriana? My te podpisy na ulicach, na dożynkach, w upale, w znoju, na pokazach ułanów pod Grójcem zebraliśmy. I teraz…

    b) a ten cały wysiłek wziął się stąd, że całe mnóstwo ludzi miało dość istniejącej wówczas lewicy. Zarówno postkomunistycznemu betonowi SLD, ich młodych przydupasów, ale i tych wszystkich „lewicowych” postaci w rodzaju Krystiana „głosuję na Dudę” Legierskiego, czy właśnie buldupiącą na Fejsbuku Erbel. Tej nieudaczności i pokraczności, kombinacji zgniłych kompromisów, które prowadziły zawsze w dół.
    Przypomnę, że SLD to partia, która dobijała do 45% poparcia. I gdyby nie Ogórek w wyborach prezydenckich, to prawdopodobnie żadnego Razem by nie było, bo mnóstwo osób dałoby jeszcze jedną szansę.Gdyby Miller z Palikotem się dogadali i startowali pod szyldem SLD, to prób wynosiłby dla nich 5%, nie 8%. I by byli w sejmie. Gdyby nie popełnili jednego z setek błędów… Razem jest rezultatem tych błędów.
    Podobne podejście odbieram jako niezwykle mnie wkurwiający paternalizm „nie róbcie dzieci polityki, zostawcie je poważniejszym” – bo rzekomo wyrzuciliśmy lewicę z sejmy, no co my narobiliśmy. Pomijam już jakość owej „lewicy”, ale fakt, że to personalne decyzje Millera (wystawienie Ogórek w wyborach) i Palikota (chęć zachowania odrębności, niechęć do startu z list SLD) zadecydowały bezpośrednio o:
    – powstaniu Razem
    – podwyższeniu progu wyborczego
    nie powoduje u ciebie refleksji, że może ta lewica, co to miała być w sejmie jest tak jakby żenująco nieporadna?

    Idźmy jednak dalej. Dodawanie trzy plus siedem równa się piętnaście to jest kompletny idiotyzm. Oceniam, że w partii jakieś 97,5% członkiń i członków wystąpiłoby z partii w razie koalicji z SLD. Więc taka opcja po prostu nie istniała, nie było jej w ogóle na stole.

    Jednak rozważmy hipotetycznie, że:
    – zawiązujemy koalicję
    – a procenty się tak prosto dodają (co oczywiście jest kolejnym założeniem na bardzo wątłych podstawach, bo ja w przypadku koalicji z SLD nie tylko bym wystąpił z partii, ale również na nią nie zagłosował, bo nie miałbym zamiaru pomagać zbrodniarzom wojennym chronić się za immunitetem)

    I co by to dało? dwadzieścia mandatów dla lewicy i dwóch, czy trzech faszystowskich ministrów w rządzie PiSu wyciągniętych od Kukiza. Taka radykalna różnica?

  7. 02/09/2016 o 11:33 pm

    Wracając natomiast do wpisu – proszę o wybaczenie, że od razu nie komentuję, ale denerwujące są te I-know-all posty wąsatych polonusów – przyznam, że dał mi do myślenia.

    Zastanawiam się tylko, czy świadomość, że akcja polityczna (żądanie dymisji HGW) wywołuje odpowiedzialność polityczną ma wpłynąć na ową akcję, czy raczej zastanowienie się nad tymi konsekwencjami powinno być elementem planowania kolejnego kroku.

    Mam wrażenie, że to jest istota panowania Kaczyńskiego na pozostałymi graczami. tempo, jakie PiS narzucił wytrąca realną możliwość planowania, bo nikt tak naprawdę nie jest w stanie ocenić, jakie będą konsekwencje planowanych akcji politycznych. Podobne zarządzanie sceną polityczną przez chaos uprawiał przecież już od dawna, tylko wyników brakowało, bo miał przeciwnika, który był w stanie ignorować ruchy PiSu. gdy brakło Tuska, a pozycja PO poleciała z różnych przyczyn w dół, nagle metoda Kaczyńskiego okazała się zabójcza dla konkurencji.

  8. 11/09/2016 o 11:37 am

    Starosto, ale tu – jak już się czepiać – to kretyńskiego pomysłu pójście przez Millera i Palikota w koalicji. Bo tak się bali wzajemnego wyrolowania, że uznali pewny podział, zapisany prawnie, dotacji za ważniejszy od miejsca w sejmie. Od samego początku było wiadomo, że 8% to wartość krytyczna dla każdej (po)eseldowskiej „lewicy” (wiem, mieli badania, ze jak wystawia Nowicką to nawet zawalczą o 20%).

    Nie wchodźmy w buty N. i KODu i nie panikujmy za każdym razem jak pierdnie Ktoś Ważny. Jest dopiero 2016 rok, umówmy się – wyborczo do 2018 nic się nie wydarzy. Tak, nie wierzę w przyspieszone wybory nawet w W-wie albo ten komisarz albo Hanka. I wcale nie jestem pewien, kto będzie grał na co. Bo imho Schet powinien marzyć o komisarzu, a PiS trzymać Hankę na stanowisku do samego końca.

    Choć Razem musi jak najszybciej zagospodarować młodego Śpiewaka. Świetny jest, przepraszam, ale to polityka, w tv. Na tle takiego Halickiego

  9. 11/09/2016 o 11:39 am

    Nowacką.

  10. 11/09/2016 o 11:50 am

    Major, i Ty mnie pytasz o prozę poetycką? Ech.

    Masz całą serię prozatorską Biura Literackiego, choć to ciężki kawałek chleba – jest i proza poetycka, są eksperymenty niestrawne, pojawia się grafomania, ale czasem są to książki językowo fajne.

    Jest taki enerdowski zapomniany Niemiec z Kłajpedy, Johannes Bobrowski się nazywał i może „Litewskie klawikordy”?

    Z Polaków to mi do głowy przychodzi jedynie szorstki debiut Myśliwskiego sprzed hoho lat i może „Pensjonat” Pazińskiego. Ale pewnie znasz.

    Jest takie wydawnictwo akademickie Dialog i tanio wydaje m.in. prozę od Afryki Północnej po Japonie. To są w założeniu zachodnie formalnie książki, ale często ta inność wywołuje we mnie wrażenie poetyckości.
    http://www.wydawnictwodialog.pl/index.php?route=product/category&path=35_34_21

    Sorry, słaby w tym jezdem. Nie mój cyrk.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: