Strona główna > felietonik > Ewa Kopacz jako katastrofa dla feminizmu?

Ewa Kopacz jako katastrofa dla feminizmu?

Czy abstrahując od konserwatywnych poglądów, słabiutka w premierowaniu Ewa Kopacz to katastrofa dla feminizmu? Załóżmy na chwilę, że Ewa Kopacz jest rzeczywiście w premierowaniu słabiutka, a jej negatywna ocena nie jest jedynie wynikiem typowych uprzedzeń wobec „gorszej” płci. Tezę o katastrofie formułuje już nie tylko tradycyjnie zatroskany o feminizm brat Tomasz i nie tylko w TV Republika poparł ją np. Błażej Poboży, lecz wydaje się, że w miarę ewentualnych niepowodzeń Kopacz owa katastrofa dla feminizmu będzie zdobywała na popularności. Patrzcie, chciały feministki kobiet u władzy, i co?

Pytanie jest jednak o tyle ciekawe, że można je sformułować bardziej ogólnie, a mianowicie: czy słaba w sprawowaniu władzy kobieta na czele państwa, to sukces czy porażka feminizmu?

Otóż przede wszystkim mamy do czynienia z dość oczywistym myleniem dyskursu – nazwijmy go – utylitarnym z dyskursem sprawiedliwościowym. W dyskursie utylitarnym dostęp kobiet, czarnoskórych, gejów etc. do polityki ma poprawić jakość, sprawność, skuteczność rządzenia. Kobiety u władzy mają dawać korzyści. W dyskursie sprawiedliwościowym kryterium korzyści nie jest w ogóle brane pod uwagę, bądź nie jest kluczowe. To, że dopuszczamy czarnoskórych albo kobiety do głosu wynika nie z faktu, że podejmowane będą bardziej korzystne decyzje, ale dobrem samym w sobie jest fakt, że oto od dziś czarnoskórzy czy kobiety będą mogli głosować. Nie znaczy to oczywiście, że to korzystne być nie może. James Fanto na przykładzie amerykańskich rad dyrektorów wskazuje, że mniejszości trudniej poddają się grupowemu myśleniu i bardziej są skore do ujawniania nieprawidłowości, co ma mieć korzenie w psychologii ewolucyjnej. Dyskurs utylitarystyczny jest jednak niebezpieczny, o tyle że bardzo łatwo może wyrzucać całe grupy poza nawias. Jeśli bowiem na przykład liczyć się ma sprawność, wiedza, skuteczność czy doświadczenie w pracy umysłowej, to w skali makro łatwiej jest o nie w klasie średniej i wyższej – te bowiem są w stanie zapewnić swym dzieciom lepszy komfort nauki i finansowe wsparcie rodzinne, o które gorzej w klasie pracującej. To zaś z kolei prowadzi do pogłębiania różnić. W XIX-wiecznej radykalnej wersji kryterium utylitarystyczne sprowadzało się do umiejętności pisania i czytania, co naturalnie wyrzucało poza nawias wszystkich analfabetów, których oczywiście więcej było wśród najniższych warstw społecznych. Obecnie mniej radykalną wersję stanowi choćby prywatne nauczanie, nie tylko w postaci szkół prywatnych, ale przede wszystkim prywatnych korepetycji. Po prostu utylitaryzm zawsze wspierał będzie klasy uprzywilejowane, bo z definicji dysponują one większą pulą utylitarnych umiejętności.

Dyskurs utylitarystyczny jest również bombą z opóźnionym zapłonem, w przypadku, gdy okaże się, że oto jesteśmy w stanie zmierzyć bądź wręcz poprawić skuteczność i dokonać utylitarystycznego rachunku korzyści. Weźmy przykład tortur. Pośród licznych argumentów przeciw również lewica (a może przede wszystkim lewica, bo reszta narodu chce powtórek z gestapowskiej Al. Szucha) pojawiał się argument, że tortury są nieskuteczne. Abstrahując od pytania czy owa nieskuteczność polega na mówieniu nieprawdy przez torturowanego, czy na tym, że nadmiar, jednak prawdziwych informacji, utrudnia, a nie ułatwia, pracę operacyjną śledczych, pojawia się pytanie, co gdy tortury okażą się skuteczne? Częstym przykładem jest kazus Nachshona Waxmana – Izraelczyka porwanego przez Hamas, o którego miejscu porwania dowiedzieli się śledczy torturując palestyńskiego kierowcę. Czy ewentualne zestawienie dziś lub w przyszłości takiej liczby podobnych kazusów z owianych tajemnicą raportów służb specjalnych, że okazałaby się ona na tyle istotna, powinna zmienić nasz pogląd o skuteczności tortur, a za czym o dopuszczalności ich stosowania? No bo skoro tortury działają to czemu nie?

Wróćmy jednak do kazusu Kopacz czy szerzej dopuszczalności członków określonych mniejszości do rozmaitych urzędów, funkcji. Lewicowym rozwiązaniem jest albo krok w tył, polegający, owszem na pozostawieniu kryterium utylitarnym (np. wynik maturalny jako przepustka na studia), ale poszerzeniu możliwości spełnienia tych warunków (powszechna edukacja, zabezpieczenie społeczne), albo krok w przód czyli akcja afirmacyjna (parytety, punkty za pochodzenie), próbująca wyrwać mniejszości z błędnego koła z góry przegranej konkurencji z uprzywilejowanymi, a więc i bardziej użytecznymi. Problem, jaki powstaje przy najwyższych funkcjach w państwie polega jednak na tym, że krok w tył jest niemożliwy, bo de facto nie da się przygotować do pełnienia tak unikalnej funkcji jak rządzenie demokratycznym krajem (tego można nauczyć się tylko w trakcie), a krok w przód czyli np. suwak na stanowisku premiera/rki powoduje ryzyko eksperymentowania na żywym organizmie społecznym.

I byłaby to nierozwiązalna zagwozdka, gdyby nie drobny fakt, a mianowicie: ów problem nie dotyczy tylko kobiet w polityce, ale również i mężczyzn. Wobec czego Kopacz tak kompromituje feminizm jak Marcinkiewicz swego czasu kompromitował owego feminizmu głośnych przeciwników.

  1. 08/01/2015 o 8:12 pm

    Pierszy, ciekawe, dobre.

  2. Lanthsky
    13/01/2015 o 3:23 pm

    Nie czytałem, ale też pochwalam.

  3. Lanthsky
    13/01/2015 o 3:32 pm

    Przeczytałem już. Dobre.

  4. marcin_be
    16/01/2015 o 8:37 am

    wszyscy poszli w tłiterową rzeczywistość

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: