Strona główna > felietonik > Młyn i krzyż

Młyn i krzyż

 

Kino polskie rozumiem jako kino lokalne. Kino robione tu i teraz, mające do  opowiedzenia wszystkie te historie, których nikt za nas nie opowie. Bo nie jesteśmy, ani na tyle ważni, ani na tyle egzotyczni, by komuś innemu chciało się nurzać w polskiej rzeczywistości. Dlatego od kina polskiego nie wymagam ogromnych budżetów, powalania na kolana, rozmachu, czy tych wszystkich błyskotek, mających wbić widza w fotel. Nie wymagam holywoodzkiego sznytu. Ale jeśli zamiast prostej historii, ktoś wchodzi na arenę i chce zawalczyć na polu multipleksów, nie powinno być taryfy ulgowej. Tedy oglądając efekty specjalne w trailerze ”Sali samobójców”, czy czytając recenzję „Jeża Jerzego” grzecznie podziękowałem.  Mimo wszystko zaczekam na premierę „Erratum”.

W międzyczasie dałem się jednak podejść Sobolewskiemu i kupiłem bilet na rzekomo znakomity „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego. Dziwna sprawa, pierwszy film, w którym zachwycają tylko plenery. Pewnie dlatego, że z Bruegela i to z Bruegela w dosłownym tego słowa znaczeniu. Bo też sam Majewski dosłownie wszedł w „Drogę na Kalwarię” i rozlepiwszy malarskie płachty na filmowym ekranie (ponoć wizjonerstwo i rewolucja), zaczął wprowadzać nas za kulisy obrazu, wedle eseistycznej interpretacji Michaela F. Gibsona.

Nie trzeba być znawcą, aby rozumieć istotę bruegelowskiej perspektywy i rolę drugiego planu. Malarska sława zamąciła jednak proporcje, to co miało zostać ukryte, stało się wyeksponowane, drugi plan wyparł pierwszy, a widz szukając wzrokiem Ikara, z obojętnością mija chłopa przy orce. Gdy wiesz o podstępie, nie dasz się wywieść w pole, ale też nie przeżyjesz żadnej estetycznej przygody na ścieżkach, którymi poprowadzą cię pierwsze wrażenia. Przez pewien moment łudziłem się, że Majewski ową zachwianą proporcję przywróci, że skupi się na postaciach z pierwszego planu, pokaże, iż jest coś okrutnego w odwiecznym traktowaniu wszystkich wokół, jako podrzędnego dodatku w opowieści o męce Chrystusa. Przecież ci ludzie też ginęli, inne matki też traciły synów, a niesprawiedliwe wyroki ferowane były z nie mniejszą swobodą, co podczas umywania rąk przez Poncjusza Piłata. Zwłaszcza że hiszpańskie prześladowania we Flandrii doskonale się do tego nadawały, perspektywa pasji porzucona na rzecz cichych dramatów, o których świat się nigdy nie dowie, bo dotyczą maluczkich. Było to jednak wrażenie złudne, z biegiem czasu coraz bardziej wpadał Majewski w toporne koleiny, wpasowując Chrystusa w Bruegelowską współczesność i setny raz opowiadając tę samą, zgraną, i wszystkim przecież doskonale znaną, historię. Na tle mechanicznych tłumów, którym przez cały film nie dane było się nawet odezwać, jakby całe ich życie sprowadzało się do niemego statystowania tej najważniejszej tragedii świata.

Advertisements
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: