Strona główna > opowiadanko > Okrucieństwo nie do przyjęcia

Okrucieństwo nie do przyjęcia

To był jeden z tych wąskich sklepów niedaleko 4th Avenue i Union Street na nowojorskim Brooklynie, gdzie w niedzielne popołudnia tatusiowie przychodzą z dziećmi, kupują im watę cukrową, a mamy wachlują się, plotkują, jednym okiem pilnując jednak, aby żadna Kathe albo Mary Jane nie poplamiła eleganckiej sukienki. To był jeden z tych wąskich sklepów na nowojorskim Brooklynie, gdzie każda wizyta z ojcem stanowiła pierwsze uniesienie, wyczekiwane całymi tygodniami przez malców o rozpalonych policzkach, łącznie z układaniem w głowach iście bizantyjskiej listy zakupów. To był wreszcie jeden z tych wąskich sklepów na nowojorskim Brooklynie, przychodzący na myśl każdemu nowojorczykowi, gdy śmierć dopadnie go w skandalicznie późnej starości i sącząc się powoli, złośliwie, daje ostatnią szansę na, choćby najkrótszą, wizytę w krainie dzieciństwa.

W tym sklepie, gdzie po prawej stronie znajdowała się wypolerowana lada, pod którą  brooklyński karmel, marcepan i owoce w czekoladzie znajdowały późniejszych wyznawców, a po lewej stały równie wypolerowane drewniane krzesełka, pracował Alphonso. Jeśli ludzie rzeczywiście fizycznie utożsamiają się z miejscami, w które los rzuci ich niespodziewanie, niby przypadkiem, to Al pasował tam idealnie, ze swym lukrem na włosach, karmelem ust i nabrzmiałą twarzą, która dziś, z perspektywy lat, wydaje się przypominać coś na kształt ponurego lizaka. Przechadzał się za ladą z elegancją, sprzedając brooklyńskim „princessom” i ich małym „mobsterom” kokosową piankę, śnieżynki czy bostońskie dropsy. Miał swoich ulubieńców, którym nalewał więcej sody, ważył więcej ciastek i małych okrutników, którzy brzydzili Ala tak samo, jak ich wyglancowani tatusiowe z wiecznymi pretensjami. Szczególnie upodobał sobie małego Calogero, który zwykł przesiadywać w sklepie całe popołudnia, zazwyczaj nie mając grosza przy sobie. Czasami Al, choć sam ledwo wiązał koniec końcem, dawał mu trochę zarobić, kazał sprzątnąć sklep, albo iść za róg, na pocztę. Czasami z litości wsadzał w  drobne, wychudłe dłonie parę orzechów, choć przecież był tylko zwyczajnym pracownikiem. Chłopiec miał jednak charakter i zawsze odmawiał darmowych prezentów, powtarzając za swoją matką, że na wszystko w życiu trzeba zarobić. W końcu Al załatwił mu pracę. Co rano młody Calogero wystawał na rogu 4th Avenue i Union Street na nowojorskim Brooklynie, sprzedając owoce ze starego, skrzypiącego wózka z poluzowanym kołem, a wieczorami odnosząc przesyłki hojnym podwładnym pana Torrio. Wydawało się, że do chłopaka wreszcie uśmiechnęło się szczęście, a świat stał się tak słodki, jak jego ulubione wafle w czekoladzie. Ale któregoś dnia, w pogodni za łobuzami, którzy, z nieodłącznej w tym wieku złośliwości, podkradali mu owoce z wózka, młody Calogero zgubił ważne listy, choć pan Torrio kazał ich strzec jak oka w głowie. Przez dwa tygodnie nie pokazywał się w sklepie ze słodyczami, aż zaniepokojony Al postanowił zasięgnąć języka. Okazało się, że w czasie, gdy chłopak bezskutecznie szukał listów, łobuzy do cna rozkradli mu towar i w efekcie nie miał, ani listów, ani owoców. Zrozpaczony próbował rzucić się w muliste odmęty East River, ale los chciał, że jakaś para zakochanych w ostatniej chwili ściągnęła go z mostu. Policja z miejsca wysłała go na Wards Island, o której, nie bez powodu, mówiono, że stamtąd się już nie wraca. Załamany Al wrócił do sklepu, napił się sody i postanowił, że już nigdy więcej nie będzie biedny. Następnego dnia zaczął całkiem nowe życie. Może kiedyś o nim słyszeliście, do historii przeszedł jako Alphonso Gabriel Capone.

  1. 18/02/2011 o 3:29 pm

    ano slyszelismy tylko nie wiedzielismy, ze w tym miesiacu i urodziny i pogrzebiny tego pana sa obchodzone.
    Mimo nazw, imion, klimat opowiadanka badziej pasowal mi do londynskiego.
    Bog raczy wiedziec dlaczego?!

  2. 18/02/2011 o 6:50 pm

    Hmm, Dickens?

  3. marcin_be
    18/02/2011 o 9:29 pm

    Ładne zgrabne i podoba mi się!

    ale ale na salonie zawitał Jarek – pacjentom przydziela się dodatkową parę pampersów na wypadek wypadku!

  4. 18/02/2011 o 10:08 pm

    marcin_be :

    Ładne zgrabne i podoba mi się!

    ale ale na salonie zawitał Jarek – pacjentom przydziela się dodatkową parę pampersów na wypadek wypadku!

    A więc miło podwójnie. Raz, że się podoba, a dwa, że Jarek stymuluje w P24 moczowody. Ale on pewnie chciał przykryć grubszą aferę, patrz mój najnowszy wpis.

  5. marcin_be
    18/02/2011 o 10:23 pm

    galopujący major :

    marcin_be :
    Ładne zgrabne i podoba mi się!
    ale ale na salonie zawitał Jarek – pacjentom przydziela się dodatkową parę pampersów na wypadek wypadku!

    A więc miło podwójnie. Raz, że się podoba, a dwa, że Jarek stymuluje w P24 moczowody. Ale on pewnie chciał przykryć grubszą aferę, patrz mój najnowszy wpis.

    czytam czytam i jedyne co przychodzi mi na myśl to słowa: Oni po prostu wypowiedzieli wojnę zdrowemu rozsądkowi z zamiarem że rozejmu jest niedopuszczalny! Btw. gdy czytałem po raz kolejny dyskusję u Rybickiego oraz na Frądzi o rozłamie wśród lemmingów nagle naszła mnie taka myśl: dlaczego łyknęli szyderę jak młody rekin? odpowiedź jest prosta: prawica łączy się przez podział – każdy z nich czytał już wiele takich listów, kiedy to jeden kolega z drugim powoływali Ruch dla Czegośtam albo inny Konwent oddzielając się do macierzystej Tru-Prawicowej partyjki. Zawsze (albo prawie zawsze) publikowane przy tym były listy otwarte, te prywatne też później wypływały na łamach zaprzyjaźnionych mediów – więc kiedy zobaczyli list było dla nich oczywiste: lemmingi się pokłóciły! I nikt nie przekona kolegi Rybickiego że białe jest białe a czarne czarne!

  6. marcin_be
    18/02/2011 o 10:25 pm

    galopujący major :

    marcin_be :
    Ładne zgrabne i podoba mi się!
    ale ale na salonie zawitał Jarek – pacjentom przydziela się dodatkową parę pampersów na wypadek wypadku!

    A więc miło podwójnie. Raz, że się podoba, a dwa, że Jarek stymuluje w P24 moczowody. Ale on pewnie chciał przykryć grubszą aferę, patrz mój najnowszy wpis.

    czytam teraz komentarze – wygląda jakby Jarek stymulował ale prędzej jelita… dramat nie wiem czy się śmiać czy płakać…

  7. 18/02/2011 o 10:38 pm

    marcin_be :

    galopujący major :

    marcin_be :
    Ładne zgrabne i podoba mi się!
    ale ale na salonie zawitał Jarek – pacjentom przydziela się dodatkową parę pampersów na wypadek wypadku!

    A więc miło podwójnie. Raz, że się podoba, a dwa, że Jarek stymuluje w P24 moczowody. Ale on pewnie chciał przykryć grubszą aferę, patrz mój najnowszy wpis.

    czytam czytam i jedyne co przychodzi mi na myśl to słowa: Oni po prostu wypowiedzieli wojnę zdrowemu rozsądkowi z zamiarem że rozejmu jest niedopuszczalny! Btw. gdy czytałem po raz kolejny dyskusję u Rybickiego oraz na Frądzi o rozłamie wśród lemmingów nagle naszła mnie taka myśl: dlaczego łyknęli szyderę jak młody rekin? odpowiedź jest prosta: prawica łączy się przez podział – każdy z nich czytał już wiele takich listów, kiedy to jeden kolega z drugim powoływali Ruch dla Czegośtam albo inny Konwent oddzielając się do macierzystej Tru-Prawicowej partyjki. Zawsze (albo prawie zawsze) publikowane przy tym były listy otwarte, te prywatne też później wypływały na łamach zaprzyjaźnionych mediów – więc kiedy zobaczyli list było dla nich oczywiste: lemmingi się pokłóciły! I nikt nie przekona kolegi Rybickiego że białe jest białe a czarne czarne!

    Ale do tego jeszcze #prawicowepoczuciehumoru. Dal nich naprawdę RAZ, Krauze, Wildstein są dowcipnisiami, a Blixen pisze zajebiste historyjki.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: