Strona główna > felietonik > Jeleński odnaleziony

Jeleński odnaleziony

Poświęca Jeleński swojej świętej i świetnej babce, ten niewielki ustęp na początku książki, a całą książkę przeznacza na kompletnie bezwartościowy bełkot na temat Gombrowicza. Po czym poznałem, że bezwartościowy? Po tym mianowicie, że „Szkice” w Odrodzonej Ojczyźnie Inteligencji Zadłużonej doczekały się jednego wydania, w roku 1990. Potem głucho. Nikt tych wspaniałości nie ruszył, nikt nie poleciał z recenzją do „Tygodnika Powszechnego” ani do „Gazety Wyborczej”. Nikt nie przypomina tych głębokich i ogrzewających serce tekstów i nie rozmyśla nad nimi w programach literacko publicystycznych. Dopiero ja musiałem je wygrzebać i rozpocząć tę dręczącą lekturę. (…)

Spóźniłeś się drogi Witoldzie – powie nam ten psycholog z WSPS – spóźniłeś się o całe pokolenie. Żeby to jednak wiedzieć, żeby się opamiętać, musiałbyś poznać babkę Konstantego Jeleńskiego, twojego największego chwalcy. Kiedy ty ganiałeś jeszcze w koszuli po Małoszycach ona już sprowadzała sobie na Wołyń Wirginię Wolf, a kiedy ty po raz pierwszy po jej książki sięgnąłeś, nie było już nawet śladu po mogile babki Konstantego. Ty zaś i jej wnuk, byliście jak wampiry skaczące po grobach i sprzedawaliście wielkość za pieniążki fałszywe, które nie dość, że dewaluują się błyskawicznie to jeszcze rozpadają się w rękach. Wydawało wam się, że frustracje wrażliwych młodzieńców staną się obowiązującym kanonem literackim za sprawą kilku bezczelnych propagandystów i wszechzwiązkowej partii bolszewików, której co prawda obaj nienawidziliście, ale która stworzyła wam przestrzeń do dyskusji i przestrzeń do życia. Nędzną, zatęchłą i wilgotną, ale taką, w której wy byliście królami. Nie tylko do erupcji waszych talentów przyczyniła się owa partia, wielu niezadowolonych ze starego porządku tropicieli hipokryzji obyczajowej, wielu litujących się fałszywie nad niedolą chłopa odnalazło się wśród okoliczności wywołanych przez towarzyszy Lenina i Trockiego. Co było potem? To was już nie interesowało. Ważny był Paryż, możliwość publikowania, nadzieje na Nobla i inne ochłapy, które wam proponowano lub którymi was łudzono. A roczniki „Puncha” w domu babki Konstantego urywały się na roku 1914. Potem nikt już tam żadnej gazety poza „Moskiewskim Komsomolcem” i „Prawdą” nie widział. I wy, choć może się wam zdawać inaczej, także jesteście temu winni.

„O zdradzie głównej” coryllus

 

Historia Kota Jeleńskiego, tak wnikliwie przypomniana przez znakomitego pisarza Gabriela Maciejewskiego, to historia zdrady, zaprzaństwa i podłych, cyrkowych sztuczek, które do dziś straszą nędzą, stęchlizną i wilgotnością. Albowiem jeszcze po 23 latach do śmierci starego durnia, jego książki wciąż złośliwie chowają się przed Maciejewskim, a ich recenzje nadal nie otwierają się w guglu. Trudno się jednak dziwić, zdrada Jeleńskiego zaczęła się jeszcze gdy wstąpił do brygady gen. Maczka, a potem, zostając w Paryżu, postanowił ryć w „Kulturze” polskiej, wkupując się w łaski Giedroycia i małżeństwa Hertzów. Jego pismo „Prevues” tylko z wrodzonej złośliwości, nie podążyło nonkonformistyczną drogą sartrowskich komunistów, a promowanie, już nie tylko Miłosza z Gombrowiczem, ale także Lebensteina z Czapskim miało na celu przypięcie polskiej sztuce łatki banału i brzydoty. Czego koronnym  dowodem, choćby „Tarnina” Zbigniewa Herberta – znakomita hiperbola poświęcona skrytobójczej działalności towarzysza Jeleńskiego. Szerokie znajomości wśród agentury (Foucault, Arendt, Ionesco) pozwalały na prowadzenie agitacji, łudzenie się Noblem (i innymi ochłapami), czemu, jak można gdzieniegdzie wyczytać, kłamliwie zaprzeczał, zupełnie na pokaz sprzeciwiając się książkowej edycji rozproszonych w polskich i zagranicznych czasopismach, albumach i książkach zbiorowych swoich tekstów, kąśliwie wypowiadając się o tych autorach, którzy ledwo, w pocie czoła, wyskrobią jakieś szkice, od razu składają z nich książkę i biegną do wydawnictwa. Zdradzał Jeleński Polskę, zdradzał literaturę, zdradzał dobry smak, by wreszcie zdradzić glebę, z której w te pędy wyrósł. I tylko Trockiego nie zdradził, pewnie dlatego, że pewien komunizujący kolega z klasy mu go podarował w prezencie. Może kiedyś o nim słyszeliście, nazywał się Krzysztof Kamil Baczyński.

 

Reklamy
  1. tamizdat
    24/01/2011 o 2:03 pm

    Szczerze mówiąc nie rozumiem sensu twojego wpisu. Coryllus bredzi niemożebnie, żadne parodie, ironie się tego nie chwytają, nikt poza tak nawiedzonymi jak on nie bierze tego poważnie. Na tle jego maligny twoje szyderstwo wypada trochę banalnie bezcelowo.

  2. 24/01/2011 o 2:13 pm

    Bo to jest taki zwykły upust złej krwi, czasami muszę się powyzłośliwiać, żeby sobie ulżyć, oczyścić umysł i zająć się czymś pożytecznym. Ot, autoterapia, akurat trafiło na kogoś, kto bredzi o kimś, kogo czytać akurat lubię.

  3. zatroskanay_o_polske
    25/01/2011 o 1:38 am

    tamizdat :
    Na tle jego maligny twoje szyderstwo wypada trochę banalnie bezcelowo.

    Nie, nie bezcelowo. IMO dobrze że ktoś potrafi i że mu się chce.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: