Strona główna > felietonik > WikiLeaks w Kartoflandii

WikiLeaks w Kartoflandii

Zdaje się, że Tomasz Nałęcz miał rację – wikiLeaks nie zrobił w Polsce więcej szumu, niż nagły atak zimy. I to nie tylko dlatego, że, póki co, nijak nie da się tego podpiąć pod wojenkę Tuska z Kaczyńskim. WikiLeaks nie wywołał wrażenia, albowiem, żeby wrażenie wywołać, trzeba by najpierw rewelacje wikiLeaks uważnie przeczytać. Potem jakoś przetrawić, zrobić research, porównać, spróbować zbudować kilka hipotez, a potem, choćby dla higieny umysłowej, je spróbować obalić. A to, jak na polski świat polityki, zdecydowanie za wiele. Wystarczą nagłówki i krótka notka na gazetowych portalach. Podobnie było w przypadku niesławnych e-maili o globalnym ociepleniu. Przestudiowali je zaledwie nieliczni, skomentowali niemal wszyscy.  W tym sensie można powiedzieć, że Polska już od dobrych paru lat przestawiła się z kultury czytania, na kulturę mówienia, z introwersji na ekstrawersję, z odbioru na przekaz. Stąd każdy jest analitykiem polityki zagranicznej, choć większość nie zwykła czytać prasy obcojęzycznej w oryginale.

Jeśli jednak przyjrzeć się awanturce, jaką pierwsze relacje wikiLeaks wywołały w tzw. świecie to trudno nie ukłonić się relatywistom. Oto bowiem nic innego jak najzwyklejsze opinie ambasadorów urastają do rangi faktów. Opinie, które niejako z definicji nie mają przymiotu prawdy, zostają, jako prawda potraktowane, zajmują jej miejsce, wpychając rzeczywistość w ramiona jednostkowych urojeń, projekcji i zwyczajnych błędów. Oto – wracając do polskiego podwórka – nie liczy się, jak było naprawdę podczas wizyty Kaczyńskiego w Gruzji, ale to, jak zostało to odnotowane wedle opinii amerykańskich dyplomatów. Zabawna porażka ideowa polskich konserwatystów, dla których jedynie prawda jest ciekawa, a nie piar i wizerunek.

Zabawne również dlatego, że przez nich, nie tylko niedostrzegalna, ale tak bardzo dla nich niebezpieczna. Albowiem polska polityka konserwatywna, wyrosła na glebie kompleksów, poczucia krzywdy i wybujałych ambicji, za główny oręż przybrała sobie politykę historyczną z Katyniem, jako klejnotem w koronie. Tymczasem Medwiediew właśnie nas tego klejnotu pozbawił, tak jak Willi Brandt pozbawił nas kiedyś niemieckiej gapy. I tak, jak wymachiwanie Auschwitz już nic nie daje w relacjach z Berlinem, tak i Katyń przestanie być kartą przetargową i powoli wróci do podręczników historii. Koszt dla Rosji minimalny, przecież wystarczy kliknąć na anglojęzyczną wiki, by się przekonać, kto komu strzelał w potylicę. Dla polskiej tradycjonalistów – wręcz katastrofalny. A jeśli ktoś z oburzonych patriotów zakrzyknie, że Katyń trwa nadal, to mu się za lat parę przedstawi się opinie jakiegoś ambasadora, który retorycznie spyta: czego znowu od Rosji chcą te polskie rusofoby?

 

 

 

Reklamy
  1. Zygfryd
    07/12/2010 o 1:53 pm

    „WikiLeaks nie wywołał wrażenia, albowiem, żeby wrażenie wywołać, trzeba by najpierw rewelacje wikiLeaks uważnie przeczytać. Potem jakoś przetrawić, zrobić research, porównać, spróbować zbudować kilka hipotez, a potem, choćby dla higieny umysłowej, je spróbować obalić. A to, jak na polski świat polityki, zdecydowanie za wiele.”

    Tu Cię mam barbarzyńco jeden. Widać wyraźnie, że nigdy nie czytałeś Aleksandra „Dlaczego Nie Ma Mnie na SG” Ściosa. Stąd takie bezpodstawne rojenia. W tamtej publicystyce jest i ten „risercz” i hipotezy (=tezy, =dowody, =prawda jedyna…) i porównania wszelakie.

  2. 08/12/2010 o 11:02 am

    Cała ta afera z przeciekiem mówi tylko jedno , że w żadna informacja do końca nie jest bezpieczna. osobiście wydaje mi się , że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie roztrząsał newsów , które przeczyta na swój temat, a które wyszły od ambasadorów.

    Adam
    http://poglad.wordpress.com/

  3. adas
    08/12/2010 o 1:06 pm

    Oj będzie, będzie. Dyplomacja to nie tylko fakty absolutnie autentyczne, ale także styl, osobiste kontakty. No i zawsze ważne jest to, co wie/sądzi/czyta partner/przeciwnik/konkurent. Można się tego domyślać, ba – można mieć pewność co do pewnych motywacji albo zachowań, ale jak to się widzi na papierze z pieczątką [POTWIERDZONE] to człowiek się cieszy, choć wie ze to makulatura głównie. Darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda.

    Cała ta afera obrazuje cały paradoks amerykańskiej demokracji (jak ktoś chce może amerykańskiej lub demokracji dać w cudzysłów). Ją atakować względnie łatwo i bezpiecznie i jeszcze można zyskać status celebrity. Tak wiem, Assange ma proces, a hakerów posadzą na 100 lat. Ale za to sprzedadzą prawa do filmu, opublikują autobiografię, popracują dla rządu. Już na etacie. W 90% państw na świecie tematu by nie było, a jakby był to jego autorzy zniknęliby minutę po wycieku. Na zawsze. Także tych państw, które się chlubią wielowiekową (he, he) tradycją zasad demokratycznych.

    A moze zbyt wiele hollywoodzkich trillerów widziałem?

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: