Strona główna > opowiadanko > Ćwiczenia z utopii – opowiadanie zmanierowane

Ćwiczenia z utopii – opowiadanie zmanierowane

 

Pustka. Pożółkła trawa, wiatr, liście, pochylona bramka i ociosany kamień, który kiedyś, gdy nie żyło się jeszcze naprawdę, pewnie coś znaczył. Dziś nie znaczy już nic. Jest trzeci tydzień września, rozpoczął się czas koszmaru. Do końca zostało jedenaście dni.

Mieliśmy żyć bardziej serio, oddychać pełną piersią, przestać funkcjonować na niby. Mieliśmy brać sprawy w swoje ręce, czerpać z życia pełnymi garściami. Mieliśmy, czy może mogliśmy, zmienić dosłownie wszystko. Tak przynajmniej nas zapewniano. System miał wreszcie działać, wreszcie polityka miała być polityką, a wybory wyborami. Miał być nowy początek i raz na zawsze – jak to mądrze mówiono – miał zniknąć paradygmat polskiego romantyzmu. A w ślad za nim: polska fuszerka, polski rozgardiasz, wieczny burdel, brak organizacji, czy polskie dwa kroki w przód, jeden w tył. Tak, pamiętam dokładnie: ogłoszono oficjalny koniec dreptania w miejscu. Zabrakło tylko przecinania wstęgi. W końcu zaczęto nas traktować poważnie, czyli tak, jak ponoć na to zasłużyliśmy.

Od przyczepy kempingowej do najbliższego mrówkowca jest jakieś 5 minut drogi. Za dużo. O całe 5 minut. Bywa, że, zwłaszcza na początku czerwca, nim wszystko się zacznie, brama się nie zamyka; jedno auto wyjeżdża za drugim, kierowcy się spieszą tak, że nie nadążam wydawać legitymacji; w czerwcowym powietrzu unosi się kurz, żwir skrzypi pod kołami aut, już nie pierwszej świeżości, a ja, znosząc wiecznie ponaglające spojrzenia, czekam, by wreszcie usiąść, nalać sobie kawy. I popatrzeć na zachód słońca. Ciemno robi się dopiero po 18, mrówkowiec mruga setkami przygaszonych świateł, okoliczne boiska milkną, pustoszeją place zabaw, zamykają miejscowe sklepy, w których i tak kupuje się już tylko chleb i papierosy. Wreszcie mam spokój, tak bardzo kiedyś lubiłem spokój. Jako dziecko specjalnie zamykałem się w łazience przesiadując w niej godzinami, potem, gdy już nieco starszy, całymi dniami włóczyłem się po obrzeżach Warszawy, by w wieku lat 20 kilkukrotnie obejść stare, poczciwe Bieszczady – zyskałem opinie odludka i dziwaka. Może to i dobrze, nie przepadam za ludźmi. Są zbyt hałaśliwi.

Teraz i przez najbliższe 10 dni jest jednak inaczej. Teraz, tak jak wczoraj, przedwczoraj i jeszcze wcześniej jest pusto i cicho. Nie ma nikogo i nikogo nie będzie, a ja zacznę tęsknić. Za kimkolwiek. Może wybór mej samotności istnieje tylko w opozycji do hałaśliwego tłumu, może, aby cokolwiek docenić, muszę wiedzieć, gdzie mógłbym trafić, może moim komfortem jest ułomna, ale jednak alternatywa, a postawiony wobec ostatecznego wyboru, tracę grunt pod nogami? Bo już nie ma ucieczki. Nie wiem. Wiem tylko, że zacznę tęsknić i się boję. Czasami myślę, że tak wygląda czyściec: wypucowany z ludzi, zostawiony na pastwę wiatru, pożółkłej trawy i lęku, który tli się gdzieś pod powierzchnią.

Wittgenstein napisał ponoć, że kto się boi śmierci, ten ma coś na sumieniu. Widać, kto się boi głosować, ten siebie ma za demona, bo głosowali wszyscy. Już nie za politykami, partiami, programami. Głosowaliśmy za konkretnymi ustawami. Dostaliśmy to, co ponoć od lat było w naszych rękach. Było nam z tym dobrze, komu by nie było? Zaczęło się tak zwyczajnie: od referendum. „Pierwsze referendum internetowe”, „olbrzymie nadzieje”, „radość wygranej” i „smutek porażki”. Cały naród kłócił się w sieci, cały naród w jednej, wielkiej debacie, temperatura sięgała zenitu. Przybyło parę nowych autorytetów, parę starych gdzieś się zapadło pod ziemię, może też siedzieli i anonimowo przekonywali nas, za czym należy klikać? Potem przyszło referendum kolejne: drugie, trzecie, czwarte, aż wreszcie czas pierwszej ustawy. Boże, jak my wszyscy byliśmy wówczas podnieceni. Pierwsza, nasza obywatelska inicjatywa, pierwszy nasz wspólny pomysł, pierwsza nasza solidarność, pierwszy, zbiorowy sukces. I pierwszy zalążek katastrofy…

Kawę zaparzam sobie w blaszanym kubku. Zawsze chciałem mieć taki kubek. Jak bohaterowie westernów, zmęczeni życiem, o twarzach pooranych bruzdami, pochyleni nad dogasającym ogniskiem. Jak w tych starych historiach, gdzie dobro od zła różniło się tylko na ekranie, a codzienność była szara – więc do zniesienia. Gdzie wybory były szybkie, a jeszcze szybsze konsekwencje, lecz wiedzieliśmy, że to tylko film. Nic takiego się nie wydarzy, a my wciąż możemy prześlizgiwać się po powierzchni. Pamiętam ojca, który pewnego dnia, ratując nadwątlony autorytet, przyniósł cały pakiet „filmów swojej młodości”. Oglądaliśmy go razem, ja bardziej by mu zrobić przyjemność, on rozrzewniony, z otwartymi ustami w zachwycie. Jakoś się nie potrafiłem zachwycić. W pamięci utknął tylko ten blaszany kubek i chwile spędzone z ojcem. Jedne z ostatnich. Dziś to ja jestem człowiekiem z filmów jego młodości, dziś to ja siedzę przed przyczepą, wpatruje się w dal i parzę kawę, tak jak to robił jakiś John albo Tuco. Ale wątpię czy ojciec byłby ze mnie dumny. Zresztą, jakie to ma znaczenie?

O takich jak my mówią: ochroniarze, choć prawdę mówiąc częściej słyszy się: ciecie. Owszem, mamy pozwolenie na broń, owszem, mamy, czy raczej mieliśmy, mundury, owszem, byliśmy nawet szkoleni. Niektórym z nas to nawet imponuje. Niektórzy ubierają się jak na wojnę, choć mają tylko otwierać bramę i pilnować aut na parkingu. Grożą, że będą strzelać bez ostrzeżenia, jak do tych dzieci, co kradną jabłka. Ale nie łudźmy się, przy najmniejszej okazji, lada wybuch, hałas, czy krzyk podetnie im łydki strachem – jakby to powiedział poeta, którego nikt już nie czyta. Wiem, bo akurat na tyle znam siebie i na tyle znam tych, co, jak ja, siedzą bezczynnie i pilnują tego, co przy najmniejszej groźbie porzucą z przerażeniem. Jednak ordnung muss sein, a ubezpieczyciel nie przyjmuje do wiadomości smutnej prawdy o „cieciowej prowizorce”. Więc za, bardziej niż godziwe, pieniądze, trwamy w samotności, która jest tylko wstępem, do piekła, które, miejmy nadzieję, nigdy nie nadejdzie. Przynajmniej tym razem.

A może Swedenborg miał rację ? Może sąd ostateczny odbył się w roku 1775 i od przeszło 200 lat poddawania jesteśmy próbie? Może nasze iluzoryczne istnienie jest kolejną pupką, w którą chwyta się monstrualne poczucie ludzkiego znaczenia, i pychę nakazującą wciąż wszystko zmieniać? Gdy głosowaliśmy, odhaczając kolejne projekty ustaw, o żadnej ułudzie nie było mowy. Teraz to my mieliśmy realny głos, teraz, po wiekach zakneblowanych – jak niezgrabnie próbowano oddzielić światło od mroku, mogliśmy się rządzić sami. I się rządziliśmy. Zabawne, jak szybko można się przyzwyczaić. I jak szybko uznać, że doprawdy, musieliśmy tkwić w absurdalnej niewoli, godząc się na jakieś wybory i demokrację pośrednią. Bo czy taki jeden z drugim rzeczywiście potrafi mądrzej od nas podnieść rękę i nacisnąć przycisk? Czyż skoro ma reprezentować nas, to czyż samemu nie zrobimy tego lepiej?

Czasami, choć rzadko, przychodzi ona. Ona ma chude kości policzkowe, długie, przerzedzone włosy, siwieje na skroniach. Wygląda na starszą, niż jest naprawdę, choć właściwie przecież nie wiem w jakim jest wieku. Widać, że los jej nie oszczędzał. A może tylko mi się tak zdaje, może miała szczęśliwie życie, a coś posypało się dopiero niedawno. W końcu co ja mogę wiedzieć o kobietach? Zazwyczaj siedzimy sobie i milczymy. Ja parzę kawę, ona się próbuje uśmiechać i przez te 2-3 godziny jest nam chyba dobrze. Nie wiem, jak ma na imię, nie spytałem na początku, a teraz byłoby mi wstyd. Zresztą, tak jest chyba dobrze, więc po co to zmieniać? Zmian mam już dosyć, chyba wszyscy już mamy. Ale nikt nie powie tego głośno, mamy przecież być wolni.

Próbowano ustalić: kto jest temu winien, kto wszystko to zaplanował, kto sprawił, że jest tak pusto, cicho i przez jakiś czas drżymy przed jutrem? Ciekawe, że nawet teraz, w czasach „oddolnych ruchów”, „prawdziwych inicjatyw”, „swobodnych decyzji”, nadal musi istnieć ktoś, kto za tym stoi. Jakby idiotyczny pomysł nie mógł zapaść bez planu, całkiem przypadkiem. Jak jakaś infekcja, na którą bez biurokratycznej osłony, system zapada błyskawicznie, bo marazm, niesterowalność i najzwyklejszy w świecie burdel już go nie uszczelniają przed wirusem idiotycznych pomysłów. Cóż, teraz wszystko już działa, teraz klikasz i masz – jak głosiło tak bardzo tandetne hasło pierwszej, polskiej partii netowej. Ktoś kiedyś próbował tłumaczył, że tak być musiało. Że świat pozbawiony początku i świat pozbawiony sprawcy, jest światem przypadkowym, a w konsekwencji nieprzewidywalnym. A przewidywalność kreuje sens, również sens zrozumienia.

O samochody dbać już dawno przestałem. Podobnie o ogrodzenie, stróżówkę, porządek na placu. I tak nikt nie sprawdzi. Nie dbam o powierzone mienie! Nie wywiązuje się z obowiązków! Nie sprawdzam plam od oleju, sflaczałych opon i rdzy na kratach! Jestem złym pracownikiem i nie można mi ufać! Pamiętam, jak przez mgłę, szkolenia, gdzie wtłaczano „szacunek dla cudzej własności”, „święte obowiązki powiernictwa” i „zasady, którymi się wszyscy powinni kierować”. Ale jakimi zasadami kierować się, gdy wszystko się stało niczyje? Minęły ledwie dwa lata, a czuję się, jakbym był starcem. Może to przez ciągle trwanie w tym samym miejscu? Może to przez te samochody, które wszystkie co do jednego są ode mnie młodsze? Dziwne uczucie być tym „naj”. Stoją w równiutkim rzędzie, jeden za drugim, wyjątkowo wedle pierwszeństwa, a nie swej wartości. Choć raz jest sprawiedliwie – myślę sobie, w tych krótkich chwilach, gdy przestaje się bać. Ale zaraz potem zaczynam się zastanawiać: czy rzeczywiście ci, którzy przybyli pierwsi muszą być uprzywilejowani? Ja przecież nigdy nigdzie pierwszy nie byłem?

Powiadają, że społeczeństwo bez utopii to społeczeństwo pesymistyczne. Społeczeństwo, które nie potrafi marzyć, buntować się i zadbać o swoje. Społeczeństwo, które nie próbuje, które nie chce ponosić ryzyka. Beztroskie w swej archaiczności, tchórzliwe i minimalistyczne. Skazane na wymarcie. A może mówią odwrotnie? Może społeczeństwo bez utopii to społeczeństwo ostrożne, pokorne, realistyczne. Takie, które cieszy się tym co ma, bo wie, że nie będzie mieć więcej. Może to ulubione społeczeństwo tych wszystkich filozofów, którzy z drżącym sercem i kpiarskim piórem analizują manowce racjonalnej myśli, przestrzegając przed rewolucją. Nie, nie potrafię sobie przypomnieć. Pamiętam natomiast coś o marzeniach, bez których brakuje powietrza, bohaterstwie, która „skrapia drzewo wolności” i o postawie wyprostowanej. Pamiętam to doskonale, sam byłem jednym z tych, którzy zwykli krzyczeć najgłośniej.

Pytają czego się boisz? Wszystko to tylko mity, ludzie siedzą zabarykadowani w domu, przestraszeni, pijani. Pożerają gromadzone zapasy i oglądają w necie telewizję. Albo już od dawna są na dłuższych wakacjach. Nie ma się czego bać, bo jeśli boją się wszyscy, to się wszyscy szachują i nikt na zewnątrz nie wyjdzie. Mamy wreszcie bombę atomową domowej roboty, która paraliżuje wszystkich, więc teraz musi być pokój! Ale przecież mieliśmy się sprawdzić. Mieliśmy pokazać jacy jesteśmy. Jeśli odważni, zaradni, pomysłowi i po prostu dobrzy, to cóż może się nam złego stać? A jeśli strachliwi, jeśli też podli, okrutni, nie różniący się od drapieżników, to odbierzemy nauczkę i raz na zawsze odhaczymy problem wolności. A potem wszystko się cofnie, zawsze wszystko można cofnąć. Sami jesteśmy tego przykładem. Krytycy ostrzegali, że to tylko ułuda. Rodzaj terrarium, do którego na moment wsadzamy głowę, wiedząc, że zaraz wrócimy do ciepłego, bezpiecznego pokoju. Więc nie można mówić o doświadczeniu. Turysta na szkole przetrwania zachowuje się inaczej, niż uciekinier, któremu zawalił się świat. A my udając uciekinierów chcemy odbyć turystyczną wycieczkę do źródeł samodzielności. Większości jednak nie przekonali, głosowaliśmy nad najkrótszą i najdziwniejszą ustawą, która, logicznie rzecz biorąc, potencjalnie sama podważała swoją legitymizację.

Pewnie dlatego znienawidziłem klasyków. Klasyczne języki, klasyczne wykształcenie, klasyczne wzorce stały się narzędziami głupców, którzy trywialnym myślom chcą nadać historycznego splendoru. Powiewają na piramidach ludzkich kompleksów, nieudolnie tłumaczone, pozbawione całej systematyki znaczeń, niczym podziurawione bandery okrętów, które dawno już poszły na dno. Zazwyczaj błysnąć się nie udaje, zazwyczaj ktoś, gdzieś już to akurat znalazł, ale jeśli tylko odgrzebiesz cytat, którego nikt inny wcześniej nie zamieścił w sieci, możesz uważać się za szczęściarza. Albo osobę przeklętą. Nie wiem, kto odgrzebał Sekstusa, ale wiem, że te parę zdań zaczęło robić błyskawiczną karierę. W społeczeństwie na serio, każde doświadczenie decyduje o być albo nie być, a śruby dokręcone są tak, że musisz poczuć dreszcze. Jeśli w coś wierzysz, sprawdź to na sobie. Więc zaczęliśmy sprawdzać:

 

… możni perscy, gdy umiera ich król mają obowiązek żyć przez pięć dni bez jakichkolwiek praw nie po to, by się umartwiać, lecz po to, by w praktyce poznać, jak wielkim złem jest bezprawie, które niesie za sobą rzezie, rabunek i wszystko, co najgorsze, oraz, by dzięki takiej nauce stali się wierniejszymi strażnikami królów…

Sekstus Empiryk „Przeciw uczonym” II.33

 

 

 

Reklamy
  1. zatroskany_o_polske
    24/10/2010 o 5:26 pm

    „… jeśli tylko odgrzebiesz cytat, którego nikt inny wcześniej nie zamieścił w sieci, możesz uważać się za szczęściarza”

    Od cytatu trudniej znaleźć niebanalny kontekst w którym można go zgrabnie zacytować. Czasem sobie trzeba sobie go samemu stworzyć. Tylko i wyłącznie w tym celu, o co coraz częściej podejrzewam Kaczyńskiego, ale nie tylko.
    Z tym że Kaczyński, w tych podejrzeniach, tworzy go w rzeczywistości. :-)

  2. 24/10/2010 o 7:08 pm

    Proszę, tylko nie o Kaczyńskim w moim opowiadanku.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: