Strona główna > opowiadanko > Marinelli czarodziej

Marinelli czarodziej

Nawet dla najmniej wymagających Marinelli byłby czarodziejem wyjątkowo marnym. Nie czarował z kapelusza, nie rozpływał się w powietrzu, nie zionął ogniem, ani nie kontaktował  się z duchami zza światów. Nie potrafił nawet znajdować trupów, czy też sporządzać magicznego proszku, co było domeną pierwszego, lepszego jasnowidza albo domorosłego chemika. Potrafił za to, ledwie przelotnie spoglądając na kupon, przewidzieć przegraną w totka; potrafił wskazać, ile czerwonych aut stoi na parkingu; i wreszcie, jedynie głęboko się zaciągając, stwierdzić, czy akurat nadeszło południe. W dzisiejszym, i nie tylko dzisiejszym, świecie umiejętności mało przydatne, które bardziej mogły Marinelliego narazić na drwiny, niż na, tak powszechnie wyczekiwane, dowody uwielbienia. Szczęśliwie jednak nie narażały, albowiem nieśmiałość, która dla „czarodzieja z potencjałem” mogłaby się okazać przekleństwem, dla Marinelliego była ratunkiem, chroniącym przed niechybnym upokorzeniem. Nikt więc nie znał czarodzieja Marinelliego, nikt nie bywał na jego pokazach i nikt z, bardziej lub mniej, oficjalnych czarodziejów stolicy nie słyszał  o Marinellim i jego magicznych sztuczkach. Wszak Marinelii nie tylko nie dawał przedstawień, ale nawet jego nazwisko nigdy w żadnym rejestrze nie zaistniało. W rzeczywistości Marinelli nazywał się bowiem Roman Kolasa, miał 44 lata, zaawansowaną łysinę i sześć palców u lewej stopy, które kiedyś podsycały nadzieję na wyjątkowość, lecz dziś były już chyba tylko zbędnym atrybutem daremnego dziwactwa. Przydomek obrał sobie tamtego, styczniowego dnia roku 84, gdy krocząc po skrzypiącym śniegu zdawało mu się, że widzi obrzydliwie pijanego krasnala, który ordynarnie szczał do butelki po mleku, rechocząc przy tym bezczelnie. Nadzwyczajność tej obserwacji, połączona z wrodzona fantazją sprawiła, iż Roman częściej zaczął się przyglądać rzeczywistości, która okazywała się kryć więcej, niźli ktokolwiek mógł sobie wyobrazić. Tajemnicze napisy na murach, przechodnie, którzy ukradkiem posyłali sobie umówione znaki, czy, niby to przypadkiem się trącając o ramię, przekazywali sobie z rąk do rąk niepozorne zawiniątka – wszystko to wdział coraz wyraźniej, jakby świat ukazał mu się w całej swej złożoności, która niewiele miała wspólnego z uprzednim czymś, co zwało się rzeczywistością. Magiczna siła dwuznaczności sprawiała, że również i sobie zaczął się przyglądać uważniej, a szereg zdarzeń z krótkiego, bądź co bądź, życia nabrały nowego, zaskakującego znaczenia. Znaczenia magicznego. Nie wiedzieć czemu, wciąż tkwiąca w pamięci, pochwała wuja o tym, jak szybko siedmioletni Romek potrafi znaleźć auto na parkingu, dziecięce, jakże intensywne, poczucie, że sekwencje liczb potrafią układać się w wielobarwną harmonię, czy zadziwiająca wręcz punktualność, którą każdemu imponował,  na czele z ukochaną matką – wszystko to i wiele, wiele innych szczegółów, na gwałt wydobywanych z pamięci, złożyło się na czarodzieja Marinelliego, któremu nigdy nie było dane wykonać żadnego publicznego popisu.

Imał się różnych zajęć. Był kasjerem, listonoszem, domokrążcą, ostatnio, na nieco dłużej, został magazynierem w pewnym centrum handlowym. Pasowało mu, że po godzinach, gdy już wszyscy klienci i pracownicy wreszcie sobie pójdą, będzie mógł w spokoju próbować nowych sztuczek. By, jak każdy szanujący się czarodziej, wreszcie zrobić użytek ze swoich umiejętności. W końcu, skoro potrafił odgadnąć ilość czerwonych aut na parkingu, być może potrafi coś jeszcze? Skupił się, przede wszystkim, na przesuwaniu przedmiotów wzrokiem, gdzieś nawet wyczytał, że za udowodnienie takich zdolności, można zarobić okrągły milion dolarów. Zaczął od niewielkich, poręcznych mydelniczek, których harmonijna liczba na górnej półce w prawym kącie magazynu dawała nadzieję na sukces. Ale mimo usilnych, a czasami wręcz histerycznych, prób przedmioty się nie poruszały. Co parę dni – nie za często, by nie wzbudzać podejrzeń – zostawał Marinelli po godzinach siłując się ze swymi niedoszłymi ofiarami, które nijak nie chciały poddawać się magii czarodziejskiego wzroku. Trwało to dosyć długo, ale Marinelli się nie zniechęcał, zupełnie jak ci wszyscy ludzie, którzy chwytając się ostatniej szansy, już wiedzą, że nigdy więcej nie zdobędą się na podobny wysiłek. Aż pewnego razu, zupełnie niespodziewanie, czyli tak jak to się zazwyczaj dziać powinno, naglę coś drgnęło, jedna mydelniczka po drugiej zaczęły się trząść, coraz mocniej i mocniej, a za nimi cały regał zaczął chodzić, jakby w takt czarodziejskiego wzroku. Oszołomiony Marinelli zaczął wpatrywać się weń jeszcze intensywniej, i nie mogąc opanować podniecenia, zaczął krzyczeć, a, jeszcze do wczoraj oporne, przedmioty, posłusznie się trzęsły i podskakiwały, z nawiązką nagradzając wszelkie niepowodzenia. Jednakże w pewnej chwili wszystko ucichło. Marinelli, tym razem już nie oszołomiony, lecz raczej blady z przerażenia, ostrożnie wychylił się zza regału, lecz nie zobaczył nikogo. Tylko  ciemnopomarańczowy młot pneumatyczny, w promocyjnej cenie 1339,90 za sztukę, beztrosko leżał na gładkiej, betonowej posadzce, która wciąż błyszczała i wyglądała na zupełnie nienaruszoną.

Advertisements
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: