Strona główna > opowiadanko > Kain i Abel

Kain i Abel

– Chodź na pole – powiedział Kain, wyjmując bratu zakrwawione nożyce z rąk, którym się przez moment bacznie przyglądał, by następnie delikatnie odłożyć je na drewnianą ławę. Abel bez słowa przerwał pracę, podszedł do zagrody i upewniwszy się, że zasuwka wciąż tkwi na swoim miejscu, zdjął równie zakrwawiony fartuch. Pracowałem od rana, czas na przerwę – pomyślał i chciał nawet rzucić w kierunku Kaina, że to świetny pomysł, ale Kain zdążył już ruszyć naprzód. Abel przyspieszył kroku, by go dogonić.

Minęli dwie niedokończone zagrody, które Abel w pocie czoła budował, z przerwami, od paru tygodni i wstąpili na mostek, który lata temu przerzucili razem z bratem, śmiejąc się, że taka zwykła kładka, a tyle wymaga roboty. Pod mostkiem wiła się mulista rzeczka, która o tej porze roku przypominała raczej błotnistą, rozciągniętą kałużę i której nazwy nikt już nie pamiętał, więc mówiono na nią po prostu „rzeczka”. Tak jak mostek był zwykłym „mostkiem”, a las nieopodal „laskiem”. I jak gdyby, znamionująca wszelką delikatność, skłonność do zdrobnień miała cechować ludzi tej okolicy. Kain zatrzymał się na chwilę, spojrzał w dół rzeczki i z impetem popchnął chyboczącą barierkę, która, jak to miała w zwyczaju, kolejny raz oszukała, co do swej odporności. Kain ruszył dalej, metr za nim podążał Abel.

Weszli do lasu, za dwie godziny miało wybić południe. Słońce świeciło już mocno, ale cienie drzew tak starych, że nikt nie odważyłby się liczyć im słojów, sprawiały, iż wciąż wydawało się, że jeszcze trwa ranek ze swoim niewinnie dokuczliwym chłodem. Przygarbione paprocie żebrały o światło, a spróchniałe pnie drzew porastał mech, równie zgniły, co ponoć zdradliwy. Ktoś kiedyś, jak głosiła uporczywa legenda, miał przy nim zasnąć na zawsze. I tylko najbardziej uparte promienie słońca, z trudem przebijając się przez gęstwinę, rzucały zabawne cętki na twarz Kaina. Abel, widząc to, uśmiechnął się. Szli dalej w milczeniu. Rzadko ze sobą rozmawiali. Kain był małomówny, a Abel, z kolei, nie lubił narzucać się bratu. Czasami tylko, gdy już nie mógł się opanować, zasypywał Kaina szczegółowymi uwagami o hodowli, albo uprawie, jak gdyby, owe, w istocie przecież nieważne ,sprawy miały zastąpić te tysiące tematów, które Abel chciał dzielić z bratem, za każdym razem, gdy, tak jak dziś, szli razem bez słowa.

Zbliżyli się do polany, Kain przyspieszył kroku i odwrócił się chyłkiem za siebie. Zabawne – pomyślał Abel – jakby się kogoś bał, a przecież Kain nigdy się nie bał nikogo. Był odważny, silny, zwykle porywczy – bardziej pasował na pasterza, niż jego starszy, acz nieco flegmatyczny, brat. Abel o tym wiedział, tak jak wiedział, że ziemia potrzebuje cierpliwości, a tej Kainowi brakowało najbardziej. Może dlatego tak często się złościł, a może po prostu taki już musiał być i nie potrafił inaczej? Wkrótce dotarli na miejsce. Pole rozpościerało się hen, po horyzont, gdyby tylko było ich więcej, może zdołaliby czynić sobie ziemię poddaną, ale było ich tylko dwóch, więc i tak nie mogli wyrobić się z pracą. Pracowali całymi dniami, bywało, że tuż przed zachodem słońca Abel widział przygarbioną sylwetkę brata, która stawała się coraz większa i większa, aż Kain wreszcie zjawiał się w progu i nie mając już siły na nic, padał wykończony na łóżko. Abel zdejmował mu buty i gasił świecie, nawet jeśli lubił czasami posiedzieć trochę dłużej i strugać kozikiem w lipie lub klonie.

Przez dłuższą chwilę stali w miejscu, w zasięgu wzroku nie było nikogo. Tylko drobna, zielono-brunatna jaszczurka przebiegała, w pewnym momencie się zatrzymując i spoglądając na braci ukradkiem. Za krótko, by móc ją złapać i obnosić jako dowód zręczności, ale też dostatecznie długo, by Abel mógł przypomnieć sobie sen, który poprzedniej nocy zbudził go przed północą. Śniło mu się, że jest na pustyni, że ktoś do niego woła i że nie ma nikogo, oprócz plamistej, pustynnej jaszczurki, która jakby drwiąco się do niego uśmiechała, kiwając głową. Tamta była chyba żółta – pomyślał Abel i schylił się, próbując  dokładniej się przyjrzeć, ale zamiast zwinnego ogona, zauważył ślady obcych stóp, ciągnących się, jak okiem sięgnąć i najwidoczniej, od pewnego czasu, towarzyszących braciom. Chciał podnieść wzrok, ale w jednej chwili poczuł gwałtowne ukłucie w karku i bezwładnie opadł na ziemię.

Advertisements
  1. 12/02/2013 o 1:48 am

    I’m excited to uncover this website. I need to to thank you for your time due to this fantastic read!! I definitely appreciated every little bit of it and i also have you saved as a favorite to see new stuff in your web site.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: