Okazja

Umarł Krzysiu Siwczyk, ale zapisał mi w testamencie swojego trupa.  Adam Wiedemann „Sceny łóżkowe”.

Głupia sprawa, czułem się, jakbym wylądował w śnie Wiedemanna, ale to nie był sen i to nie był Wiedemann. Za to trup był prawdziwy. Leżał przede mną sztywny, w pozycji na wznak, z przypiętą do koszuli kartką, na której, pewnie już rzężąc, zdążył nabazgrać: testament. I z tego co pobieżnie przeczytałem, to ja musiałem być jedynym spadkobiercą. Tak, nie było wątpliwości, sztywny trup w kraciastej koszuli zostawił mi w spadku ciało. Swoje własne. Znaliśmy się tak sobie, żadna tam przyjaźń, a i opłakiwać nie bardzo umiałem, bo zdążyłem go już pochować trzykrotnie. Pierwszy raz, gdy w Rajchu Mariolka powiedziała, że się w Warszawie rzucił pod pociąg. Drugi, gdy miał umrzeć na raka, a trzeci, gdy utonął. W Bałtyku. W mordę – myślałem sobie – jakiś on dziwnie nieśmiertelny, mówią, że umarł, a okazywało się, że jednak dycha. No dobra, kiedyś to może i był śmiertelny – nieśmiertelny, ale teraz właśnie leżał przede mną denat, który się zrobił mym spadkiem. I co dalej? Nic, żeby pomyśleć, trzeba zapalić, więc wyjąłem mu z kieszeni fajki. W końcu chyba przepisał się na mnie ze wszystkim, co ma na sobie, więc fajki też są chyba moje? Potem zacząłem krążyć po pokoju, przeglądać cały ten bajzel,  książki, gazety, kasety. Kasety? No nie dziwne, że przepisał tylko swojego trupa, widać był tak goły, że nadal słuchał tylko kaset. Z magnetofonu. Przyjrzałem się nieco dokładniej. No tak, słuchał kaset, ale za to kaset własnego zespołu. Był legendą Jarocina, zanim się stoczył. Parę lasek przez niego wyrwałem, leciały na niego, ech, wystarczyło się tylko przy nim trochę pokręcić. One zazwyczaj przychodziły z koleżankami, a koleżanki zazwyczaj szukały kolegów. No cóż, czasami korzystało się ze sławy, nic, że nie z własnej.  Ale właśnie – spojrzałem na moje dobrodziejstwo z uśmiechem – a powiedz Ty mi, misiu mój sztywny, czemu teraz miałbym na Tobie nie zarobić? No bo taki Michael Jackson, jakby miał jego zwłoki w spadku, to pewnie byłbym już milionerem. Temu rączkę, temu schabik, temu nosek. Nie żebym Ciebie, też kazał kroić –  mówiłem dalej, a w lustrze widziałem już wykrochmaloną twarz Teresy Krumbholz – ale do jakiegoś muzeum Jarocina, czy czegoś takiego, czemu nie? W końcu, jak sam się przepisałeś, to chyba byś się zgodził? Zresztą, zawsze chciałeś być zdechłym kotem, to sobie teraz wycenimy kota. Tylko jak Cię, misiu mój, wynieść? Drapałem się w głowę, szukając jakiegoś koca, płachty, albo chociaż worków foliowych. Ale samemu go wynieść nie dałbym rady, lawet nie chciałem ściągać, tym bardziej zakładu pogrzebowego. Nie mówiąc już o jakiś lekarzach, notariuszach albo, nie daj Boże, policji. Co by tu zrobić? Siedziałem tak, siedziałem, i nagle znowu się uśmiechnąłem. A gdyby tak – pomyślałem – a gdyby tak urządzić licytacyjkę, tu na miejscu, u niego w domu. Po cichu. Ja, mój mały spadek, i paru gości, co umieją trzymać mordę na kłódkę. I mają kasę. Nie byłoby źle, byłoby nawet dobrze. Tylko komu? Gdyby był jakimś bojownikiem o wolność, to by się ściągnęło jakiś zbowidowców, ale to przecież legenda Jarocina. Może ma jakiś dzianych kolegów, o ile jeszcze nie pomarli. I dumałbym tak dumał, pewnie do usranej śmierci, gdyby nie dzwonek do drzwi. Spojrzałem przez judasza: jakieś dwie kobitki. Przez chwilę milczałem, może sobie pójdą, ale nie, były uparte. Dopiero po paru minutach energicznego dzwonienia załapałem, że przecież, jak wchodziłem, to drzwi do mieszkania były otwarte. Więc jeśli były tu przede mną, to muszę je wpuścić.

–         Słucham? – spytałem otwierając zamek.

–         To my słuchamy, kim Pan jest i czego Pan chce? – pytały, chyba nie do końca zdziwione.

–         Przyszedłem odwiedzić kolegę, chyba wolno?

–         To się Pan nieco spóźnił – żachnęła się ta grubsza, przepychając się do pokoju. – Jak Pan widzi, z kolegą sobie  raczej nie porozmawiacie.

–         Fakt, ale za to kolega mi coś zostawił, a właściwie to kogoś.

–         Słucham? – tym razem zdziwiły się naprawdę, przynajmniej ta chudsza.

–         Nie wiem jak to Paniom powiedzieć, ale kolega zostawił mi siebie w spadku.

–         Siebie? Panu? I to jeszcze w spadku?

–         No tak, proszę sobie przeczytać testament – wskazałem na kartkę przypiętą do koszuli. – Wyraźnie jest napisane.

–         Co jest napisane? – burknęła grubsza.

–         No jest napisane – wziąłem kartkę do ręki – kto mnie znajdzie, temu oddaje trupa swego w spadku. Jak wół przecież pisze.

–         I co?

–         I ja go znalazłem, więc jest mój.

–         Hah, znalazłem, ja go znalazłem? – zapiszczała ta chudsza. – Ja go znalazłem? Drogi Panie, my tu już jesteśmy od rana. On jest nasz!

–         No cóż, chyba rzeczywiście, panie były pierwsze – przytaknąłem, i wzrokiem zacząłem szukać wyjścia.

–         Ale zaraz – złapała mnie za rękaw ta grubsza. – A wie Pan, że on ponoć był jakąś legendą Jarocina. Nie chciałby Pan go może kupić? Właśnie organizujemy licytację.

Reklamy
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: