Strona główna > felietonik > Wolałbym nie

Wolałbym nie

Ha!art na swoje dziesięciolecie zafundował promocję. Można za dychę nabyć „Stan wyjątkowy” Agambena (kartkowałem, polecam) albo antologię „Wolałbym nie” (czytałem,  nie polecam). Można też chapnąć parę innych kęsów, na oko bardzo smacznych. Sam waham się między Pankowskim (z ciekawości), a Toksymią (z sentymentu). Ale wróćmy do antologii. „Wolałobym nie” to zbiór małych robótek ręcznych, opowiadań, czy jakiś krótszych fragmentów 12 polskich autorów urodzonych w latach siedemdziesiątych i  osiemdziesiątych, którzy na różne sposoby protestują przeciwko rozmaitym formom zniewolenia: politycznego, ideologicznego, cywilizacyjnego, kulturowego, instytucjonalnego, językowego, egzystencjalnego, emocjonalnego. A wszystko to na tle słynnego I would prefer not to z noweli Hermana Melvilla „Bartleby, the scrivener”. Otóż czytając  wolałbym nie Melvilla, a zaraz potem wolałbym nie gwiazd naszej prozy, stwierdzam, że ja też wolałbym nie. Wolałbym, żeby nie zestawiać Melvilla z Sylwią Chutnik, Jackiem Dehnelem czy Sławowirem Shutym. Wolałbym zachować pewną hierarchię i umiar. Wolałbym nie rzucać ich na głęboką wodę. Wolałbym, po prostu, nie robić im krzywdy. Nawet jeśli fukanie na polską literaturę jest przywilejem prawicowych durniów.

Z całej plejady właściwie broni się tylko Żulczyk (i to jak się broni), nawet jeśli na co dzień jest Żulczyk patriotą, a co tydzień produkuje nieśmieszne straszydła. Marta Dzido, Jerzy Franczak, czy Sylwia Chutnik wypadają jeszcze jako tako, na pewno znośna jest Joanna Pawluśkiewicz, ale Piotr Czerski, Michał Zygmunt, czy Bartosz Żurawiecki fatalni, nie tylko na tle Melvilla. Nie wiem czy jest sens wydawać antologię, po której przychodzi tylko siąść i z politowaniem pokiwać głową. Choć z drugiej strony, jeśli zachęci cię to do myku w stronę kilku autorów wcześniej bagatelizowanych (Melville, Żulczyk, Dzido) to może i warto? No ale co jest w tym całym Bartlebym, że o jego wolałbym nie pisał i Agamben, i Deluze, i Baudrillard, i wreszcie Żiżek z Badiou? Cóż takiego jest w opowieści o bladym kopiście, który w erze bez drukarek, xero, czy atramentowych kalek odmawiał sprawdzania kopiowanych przez siebie umów, by z czasem całkowicie odmówić jakiejkolwiek pracy, zgody na eksmisję, czy wreszcie przyjmowania pokarmu? Cóż takiego jest w grzecznym I would prefer not to, które  doprowadza bohaterów Melvilla do szału, a filozofów do orgii interpretacjo? Z krótkiego, i chyba równie słabego, wstępu Grzegorza Jankowicza wnioskować można, że wszyscy powyżej skupiają się wyłącznie na geście odmowy Bartlebye’go. O samym I would prefer not to napisano więc pewnie już wszystko, najbliżej jest chyba Żiżek, twierdząc, iż dzięki swej nielogiczności wolałbym nie skutecznie podważa system, który, jak to każdy z systemów, jakąś wewnętrzną logika kierować się musi. Wszak człowiek musi w owym systemie chcieć jeść,  chcieć pracować, chcieć walczyć, no i chcieć respektować czyjąś własność, a jeśli jednak nie chce, to musi przynajmniej powiedzieć dlaczego. Bartleby milczy, poza, wciąż tym samym, wolałbym nie, nie mówi właściwie już nic i właśnie dlatego jest taki rozbrajający. Dla mnie bohaterem Melvilla jest jednak nie Bartleby, co jego pracodawca. Podstarzały prawnik, lubiący ciszę, spokój i wygodny altruizm, postawiony przed przeszkodą, która na każdym kroku mówi jego miłosierdziu: sprawdzam. Zdaje się, milcząco pytać Bartleby: na ile jesteś w stanie posunąć się dalej, na ile Twoje sumienie (przecież intuicyjnie wiesz, że powinieneś ustąpić) da się zagłuszyć; na ile wzrok innych, tych wszystkich pracowników, klientów, właścicieli potrafi zmusić cię do systemowego, kapitalistycznego kopa, którego, może i w zamszowych butach, ale i tak musisz wreszcie wymierzyć darmozjadowi, leniowi, biednemu tułaczowi bez dachu nad głową? Jak bardzo nisko trzeba upaść przed bezdomnym kopistą, by wyjść z twarzą przed resztą „systemowego” społeczeństwa? I czemu od lat wszyscy ludowi herosi odrzucają logikę zysku, kierując się logiką empatii, a w Szwecji dają długoletnie zwolnienia z powodu depresji?

Tę krótką nowelę warto czytać powoli, najlepiej z jednodniowymi przerwami, by móc obserwować samego siebie, swoje własne reakcje, pierwsze oburzenia na bezczelną odmowę pracy i dziwne, końcowe  uczucie, że jeśli ktoś tu się pogubił, to niekoniecznie musi to być  Bartleby, kopista.

Advertisements
  1. adas
    06/09/2010 o 1:14 pm

    Żulczyk, ech. Nie tyle prawicowy, co przeciw pewnej Gazecie. Takie odniosłem wrażenie zaglądając na jego bloga po skonsumowaniu „Radia Armageddon”. Zdziwiło mnie, że taki bałaganiarski ten blog, bo zawsze myślałem że dziennikarz pewnie nie, ale Pan Pisarz to powinien dbać o formę. Nawet w blogu.

    Jego powieści mi pasują (choć „Radio” dużo bardziej), ale są takie „szczeniackie” i mocno osadzone w subkulturze. Nie, nie emo jak chciał w pamiętnej recenzji Varga
    http://wyborcza.pl/1,75517,5097610.html

    ale bardziej … anarchopunkowej, z pewnymi grypsami w stronę Mroku s(z)atanizmu polskiego.

    We Wproście to chyba udaje Wojewódzkiego. Bez sukcesu.

  2. 06/09/2010 o 8:25 pm

    Ech Varga, doczytałem Gulasz do połowy, niezły, ale to nie to samo, co Szczygieł albo Smoleński. Ale chodzi mi po głowie felieton o jego fajnych (nie wszystkich) felietonach. Żulczyk trochę za mało lewacki, jak na mój gust, ale te opowiadanie całkiem, całkiem. Cóż, może sięgnę, ale chyba do „Zrób mi jakąś krzywdę”, bo pewnie krótsze. BTW Radio Armagedon, zdaje się chwaliła, „marksistka” Szybowicz z Krytyki Politycznej, porównując (może na wyrost) z Płomieniami Brzozowskiego, więc mam dylemat czy brać, bo może jednak warto.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: