Strona główna > opowiadanko > Nieładnie

Nieładnie

Pracę załatwiła mama, znaczy ciotka mamy, ale jak to by mama sama, bo przecież to ciotka mamy, a nie jakiegoś tam nie wiadomo kogo, gdyby mamy nie było, to i ciotki też, więc jednak na pewno mama. Praca jak ta lata – mówi mama, a może tata, nie wiem, w każdym razie super praca, telefony, dżingle, słuchawy i wreszcie na swoim, znaczy cudzym, ale za własne. Pensja nie duża, na razie, właściwie mała bardzo, ale za to na czas i kierownik też na czas, ale to już gorzej, bo na czas trzeba być, śpieszyć się, że tylko łyk kawy, też mały. Ale chyba nie tak jak pensja, bo można czasami dopić, gdy myk na siku, a pensji to już nie skapnie nic a nic, chyba że na święta, choć nie bardzo aż tak wiem, bo „świażak” jestem. Ale za to można się, jak się chce, ubierać, Joaśka mówi: rozbierać, ale droczy się, taka fajna jakoś ta Joaśka, i można w ogóle chodzić tak, że Radek, co naprzeciwko, krosty wietrzy (się śmieje Joaśka) cały czas patrza w nas, a my udajemy, że nie widzimy, bo ten cały Radek to ślidziun – jak mówi tata. Albo mama. Klienci też jakoś takoś nie źli, najgorsi, bynajmniej kultura, choć czasem, zwłaszcza po świętach – mówi Joaśka przy kierowniku samym, w nerwach są i trzeba się przymilać przytulnie. A dla mnie to ten tydzień cały, to święta jakieś muszą trwać, chyba, bo wszyscy tacy właśnie milni, przytulni, nawet ta gruba z końca, co chyba jest od początku i dzień jeszcze dłużej, ona też się uśmiecha, a ponoć zołza jest. I się jej dłonie pocą. Tylko Jerzyk nie pasuje, albo raczej psuje obraz personelu całego, bo pali, jak smok, pali, tata, czy może mama, kurka wodna, nie wiem już sama, mówią, że to się źle skończy, ale, znowu nie wiem, Jerzyk chyba nie ma takiej mamy, taty i w ogóle wygląda jakoś nieświeżo i mało zadbanie. A do tego smrodzi mi moje ubrania, a proszek, woda i czas to kosztuje, panie Jerzyku, naprawdę kosztuje – tak chciałam wygarnąć mu raz, ale myślę sobie, że może zaczekam i się już przyzwyczaję. Ale dzień mija jeden, drugi, trzeci, tydzień już zleciał, a ja nie mogę z Jerzykiem, widzę jeszcze, że ma poparcie, chyba rozdarcie – się śmieje Joaśka, ale jakoś mi już nie do śmiechu, bo kierownik sam lubi Jerzyka, widzę przy ekranie chichoczą się. A wczoraj, gdy już w ogóle, pranie, sprzątanie i nie miałam na siebie, co włożyć, bo wszystko prześmierdło, to już cała byłam we łzach i zła bardzo, tak się spać położyłam, a wtedy sen do mnie przyszedł, że Jerzyk siedzi, pali, jak smok, on tak zawsze, jak smok, pali i ja się zakradam, siadam na biurku, mu siadam, i puch – takiego bąka mu raz, a potem puch – raz jeszcze, niech wie, jak co śmierdzi, a on w te pędy za mną, się zrywa i aż się zlana potem obudziłam, choć właściwie to potu nie było, ale tak się mówi. I zaraz szybko do pracy biegiem, z płaczem, bo jednak prześmierdnięta, i wściekła też, że z tego wszystkiego nie wytrzymałam i chlast:  w przerwie Jerzykowi naplułam do kawy.

  1. adas
    04/09/2010 o 1:58 pm

    Fajne. Ino się człowiek zastanawia czy to takie niewinne pisanie o życiu i rzyci czy podtekstów politycznych warto by wyszukać. Cena prowadzenia bloga politycznego. Barista mnie zaraz zamknie w psychiatryku i będzie miał rację.

    Co lubię? Zaskoczyło mnie to pytanie. Lubię? Ja? Książki się czyta dla lubienia? Lubię? Fak. Z ciekawszych rzeczy ostatnio czytanych:

    Flann O’Brien „Z archiwów Dalkey” Irlandczyk. Facet miał kompleks Joyce’a, no miał. Na szczęście nie próbował się z nim ścigać na technikę, ale ma atmosferę i humor. I zdarzało mu się wygrywać. O kilku długości.
    http://sklep.czulybarbarzynca.pl/produkt,756,978-83-60318-59-1,z-archiw%EF%BF%BDw-dalkey.html

    Parę książek z Karaktera, tanich i ładnie wydanych. Alain Mabanckou – rewelacyjny Afrykanin. Taki literacki wariat z wyczuciem. „Kielonek”, genialna kolekcja cytatów, „African Psycho” trochę nierówny, ale też zacny.
    http://www.karakter.pl/

    Gustavo Nielsen „Auschwitz”. Obrzydliwość. Bardziej wkurwiającej książki dawno nie czytałem. I nie wiem, śmieć to, czy całkiem inteligentna diagnoza. Tylko czego?
    http://www.muchaniesiada.com/postmcondo/auschwitz/

    W ramach nadrabiania staroci: „Kubuś Fatalista” (nadal zjadliwe) i „Rękopis znaleziony w Saragossie” (rewelacja).

    „Gra w klasy” się strasznie zestarzała. Manieryczność wyłazi zszywkami.

    Więcej refleksji nie pamiętam.

  2. 04/09/2010 o 2:20 pm

    No widzisz, jakie fajne podrzucasz tropy, na które w swoich skojarzeniowo logicznych ciągach (Bendyk-Pynchon-Franzen-Doctorow-Szejnert, albo Ha!art-Melville-Wiedemann) nigdy bym nie trafił. Pewnie zerknę na O’Briena i wcisnę między kolejne ciągi.

    BTW Tekst absolutnie nie polityczny.

  3. 04/09/2010 o 2:21 pm

    A i jeszcze naprawdę Rękopis rewelacja? Bo się waham nad Moby dickiem, a Rękopis już dawno porzuciłem.

  4. 04/09/2010 o 2:24 pm

    „rękopis” rewelacja, dawnom temu czytał,ale świetna rzecz. „Moby Dick” mnie zanudził i nie doczytałem.

    „Grę w klasy” też dawnom czytał i dobre to było, acz z iberoamerykańskiej to grzesiowym ulubieńcem Llosa zawsze był i niektóre rzeczy Marqueza, ale to oczywiste.

    Z równie oczywistych chyba trza se odświeżyć Manna i poczytać to co nie znam jego.

    A z lżejszych rzeczy polecam wszystkim powieści Iris Murdoch.

  5. adas
    04/09/2010 o 2:37 pm

    Strzelam – pierwsze skojarzenie, Nowy Jork? Tylko co Bendyk ma do tego, coś musiałem przegapić. Pynchon – chyba nie „Tęcza grawitacji”? Zawiść wbiłaby się, oj wbiła. Franzen zaznaczony do przeczytania, Doktorow – „Ragtime”? Inne jego rzeczy są przekombinowane, nawet te lepsze. Nowy Jork to też Auster (ale tylko „Trylogię nowojorską” koniecznie trzeba, reszta to lepsze czytadła) i niekiedy np. Bellow („Planeta Pana Sammlera”). I setki innych pisarzy.

    Drugi – Bartleby. „Moby Dick” jest kapitalny, nawet w tym w czym się zestarzał. Wydany dziś, zostałby ogłoszony powieścią post-post-post. „Bartleby’go” nie czytałem, jest tylko w nowym wydaniu, czy był już u nas publikowany? Jakby ktoś miał ochotę pociągnać temat, to jest taka książeczka „Bartleby i spółka” Enrique Vila-Matasa, o pisarzach niepiszących. Coś miedzy powieścią a esejem.

  6. 04/09/2010 o 2:37 pm

    Na Manna to się napaliłem Budennbroków, choć zarzekałem się, że tego nie wezmę przenigdy. Ale o też za jakiś czas, bo właśnie zaczynam Grobowiec dla Borysa Dawidowicza i mały myk w stronę amerykańszczyzny (Co z tym Kansas, Ameryka zbuntowana, Gabinet luster, Bakunowy Faktor). No i gdzie tu miejsce na Rękopis jak czekają i tęskną Pasaże Benjamina? Czasami chciałbym, nic tylko pisać i czytać.

  7. adas
    04/09/2010 o 2:43 pm

    Grzesiu, ja jestem polityczny do bólu, więc wyobraź sobie me przerażenie, gdy Lesiak raportował o ulubionej książce Pana Prezesa. Niejakiej „Rozmowie w Katedrze” Maria Wargasa ljosy. A to najważniejsza powieść w moim życiu, choć nawet niekoniecznie najlepsza.

    Murdoch – od czego zacząć?

  8. 04/09/2010 o 2:53 pm

    adas :

    Strzelam – pierwsze skojarzenie, Nowy Jork? Tylko co Bendyk ma do tego, coś musiałem przegapić. Pynchon – chyba nie „Tęcza grawitacji”? Zawiść wbiłaby się, oj wbiła. Franzen zaznaczony do przeczytania, Doktorow – „Ragtime”? Inne jego rzeczy są przekombinowane, nawet te lepsze. Nowy Jork to też Auster (ale tylko „Trylogię nowojorską” koniecznie trzeba, reszta to lepsze czytadła) i niekiedy np. Bellow („Planeta Pana Sammlera”). I setki innych pisarzy.

    Drugi – Bartleby. „Moby Dick” jest kapitalny, nawet w tym w czym się zestarzał. Wydany dziś, zostałby ogłoszony powieścią post-post-post. „Bartleby’go” nie czytałem, jest tylko w nowym wydaniu, czy był już u nas publikowany? Jakby ktoś miał ochotę pociągnać temat, to jest taka książeczka „Bartleby i spółka” Enrique Vila-Matasa, o pisarzach niepiszących. Coś miedzy powieścią a esejem.

    Pierwsze – Bendyk „Miłość, wojna, rewolucja” – elegancka erudycja Bendyka, nawet jak się nie zgadzasz z teoriami (ale naprawdę szerokie spektrum, warto dla samych przypisów), Pynchon – właśnie jutro zaczynam „Against the day”, polskiego przekładu wciąż nie ma (codziennie rano 10 stronniczek, więc się zejdzie), Tęczy nie mogę znaleźć nawet w bibliotece, ale jak znajdę, to pewnie wydam tą stówę, tak jak nie pożałowałem na Stirnera (w razie czego mogę Ci zawsze pożyczyć). Doktorow – trafiony zatopiony, to wina „Szkiców dziejów anarchizmu” (lewackiego)autorstwa Laskowskiego.

    Drugi strzał- tak, znakomity Bartleby, ale w oryginale, za grosze np. tutaj http://allegro.pl/ats-melville-herman-billy-budd-sailor-nowa-i1215396997.html

    Pomysł wyd. Sic! aby dać nowe przekłady klasyki (podobnie jak Znaku 50 na 50) zajebisty (Flaubert, Szestow, Mandelsztam czy właśnie Melville), ale niech się gonią z ceną. Choć ten przekład Szostkiewicza (tak, właśnie tego) zawiera dwa eseje: Agambena i Deluza, więc może jednak warto. Generalnie, jeśli chodzi o tłumaczenia, polecam zgrabny artykulik w polityce:

    http://www.polityka.pl/kultura/aktualnoscikulturalne/1505878,1,literatura-na-nowo-przetlumaczona.read

  9. 04/09/2010 o 2:55 pm

    adas :

    Grzesiu, ja jestem polityczny do bólu, więc wyobraź sobie me przerażenie, gdy Lesiak raportował o ulubionej książce Pana Prezesa. Niejakiej „Rozmowie w Katedrze” Maria Wargasa ljosy. A to najważniejsza powieść w moim życiu, choć nawet niekoniecznie najlepsza.

    Murdoch – od czego zacząć?

    A to ciekawe, bo ja LLosy tylko Święto kozła, Miasto i psy, ale niecałe, a teraz właśnie mam przed sobą zbiór felietonów o konflikcie izraelsko-palestynśkim, ale już mnie wkurwił prawicowym podejściem do lewaków. Katedra odłożona na kiedyś tam, kiedyś, ale kumpela kupuje całego, nowego Llosę to jej kiedyś podkradnę na jakieś wakacje.

  10. 04/09/2010 o 5:44 pm

    Jak Llosa, to najlepsza jest „Wojna końca świata”, moja ulubiona to „Gawędziarz” (ze względu na tematy indiańskie).

    A ulubiona książka Lecha Kaczyńskiego to podobno „Czarodziejska góra” Manna była i tu niestety z prezydentem ś.p. trza się zgodzić, „Buddenbrockowie” w porównaniu do „Zauberbergu”, opowiadań czy „Wybrańca” to dla mnie dużo słabsi są.

    Mann to w sumie dla mnie głównie te rzeczy, które wymieniłem, bo „Felix Krull” mnie nie zachwycił, „Doktora Faustusa” muszę jeszcze raz przeczytać, bo za ciężki był, „Lotta w Weimarze” to nuda straszna była. A „Józefi i jego bracia” jeszcze przede mną.

    Ale przygodę z Mannem warto zacząć od „Wybrańca” lub po takim „Doktorze faustusie” dla odprężenia se tegoż „Wybrańca” przeczytać.

    Iris Murdoch ja bym zaczął od „Zielonego rycerza” i „Dylematu jacksona”, ale właściwie można od czegokolwiek.

    Mi znakomicie poprawiają humor, ale ja nie jestem wyrafinowany zbyt, bo właśnie pożyczyłem sobie „Sklepik z marzeniami” S. Kinga, by powrócić do nastoletniości:)

    A i „Modlitwę o deszcz” Jagielskiego też, bo Major mnie kiedyś przekonał, że warto, coryllus za to mnie przekonał, że muszę „Gottland” Szczygła przeczytać, oczywiście kiedyś pożyczyłem z biblioteki, ale się nie wyrobiłem.

    A wczoraj w Centrum Taniej książki se zakupiłem „Kaszubski werblista. Rzecz o Gunterze Grassie” i „Tomasz Mann w krytyce i literaturze polskiej”.

    A no i w ramach sprawdzania prawackiej rzetelności (http://foghornleghorn.salon24.pl/221919,regermanizacja-gdanska-pod-rzadami-po) wwypadałoby „Blaszany bębenek” przejrzeć.

    A najzabawniejsze, że czytać mi się jakoś nie chce, ale jesienne wieczory nadchodzą wkrótce, więc pewnie trochę ciekaych rzeczy się uda poznać.

  11. cyncynat
    04/09/2010 o 9:05 pm

    Melville jest bardzo niezly. A Rekopis? Pewnie, ze rewelacja – dla polonofilow :-D

  12. cyncynat
    04/09/2010 o 9:08 pm

    A co czytales Doctorowa? Bo przyznam, ze wydawal mi sie okropnym i pretensjonalnym beztalenciem, jak do niego ostatnio zagladalem.

  13. cyncynat
    04/09/2010 o 9:19 pm

    Gwoli scislosci, ja do Doctorowa ostatnio zagladalem w przypadku City of God.
    http://www.salon.com/books/review/2000/02/18/doctorow

    Koszmar. Ksiazka wyrzucona po pierwszych 150 stronach.

  14. vHF
    05/09/2010 o 11:42 am

    Dla mnie najlepszy Doctorow to „Welcome to Hard Times”. „Ragtime” tez czytalem, to jest Doctorowa wersja Great American Novel, niezla ale do najlepszych (np. Bellowa czy Rotha) mu sporo brakuje. Czytalem tez „The Book of Daniel” i pamietam ze niezle, ale to bylo niemalze za nastoletnich czasow, wiec nie wiem czy by sie teraz obronilo; i czytalem tez „The Waterworks”, szokujaco nedzne.

    Manna „Doktora Faustusa” uwielbialem kiedys, ale to jednak super ciezka ksiazka, wiem rozumiem ze nie kazdy musi. Natomiast zeby Felixa Krulla nie lubic, to nie jestem w stanie pojac.

    Pynchona nie jestem w stanie przejsc nawet kilku stron. Nie dlatego zeby mnie wukrzal, po prostu nie umiem.

  15. cyncynat
    05/09/2010 o 11:54 am

    Tu wlasnie widac jak roznie czyta amerykanska proze vHF i ja. Bellow i Roth Vs Sallinger i Updike. Ja nie moglem brac na powaznie problemow bohatera, ktory pisze listy do Heideggera. W przerwach miedzy innymi swoimi niesamowitymi problemami.

  16. 05/09/2010 o 12:05 pm

    grześ :

    Jak Llosa, to najlepsza jest „Wojna końca świata”, moja ulubiona to „Gawędziarz” (ze względu na tematy indiańskie).

    A ulubiona książka Lecha Kaczyńskiego to podobno „Czarodziejska góra” Manna była i tu niestety z prezydentem ś.p. trza się zgodzić, „Buddenbrockowie” w porównaniu do „Zauberbergu”, opowiadań czy „Wybrańca” to dla mnie dużo słabsi są.

    Mann to w sumie dla mnie głównie te rzeczy, które wymieniłem, bo „Felix Krull” mnie nie zachwycił, „Doktora Faustusa” muszę jeszcze raz przeczytać, bo za ciężki był, „Lotta w Weimarze” to nuda straszna była. A „Józefi i jego bracia” jeszcze przede mną.

    Ale przygodę z Mannem warto zacząć od „Wybrańca” lub po takim „Doktorze faustusie” dla odprężenia se tegoż „Wybrańca” przeczytać.

    Iris Murdoch ja bym zaczął od „Zielonego rycerza” i „Dylematu jacksona”, ale właściwie można od czegokolwiek.

    Mi znakomicie poprawiają humor, ale ja nie jestem wyrafinowany zbyt, bo właśnie pożyczyłem sobie „Sklepik z marzeniami” S. Kinga, by powrócić do nastoletniości:)

    A i „Modlitwę o deszcz” Jagielskiego też, bo Major mnie kiedyś przekonał, że warto, coryllus za to mnie przekonał, że muszę „Gottland” Szczygła przeczytać, oczywiście kiedyś pożyczyłem z biblioteki, ale się nie wyrobiłem.

    A wczoraj w Centrum Taniej książki se zakupiłem „Kaszubski werblista. Rzecz o Gunterze Grassie” i „Tomasz Mann w krytyce i literaturze polskiej”.

    A no i w ramach sprawdzania prawackiej rzetelności (http://foghornleghorn.salon24.pl/221919,regermanizacja-gdanska-pod-rzadami-po) wwypadałoby „Blaszany bębenek” przejrzeć.

    A najzabawniejsze, że czytać mi się jakoś nie chce, ale jesienne wieczory nadchodzą wkrótce, więc pewnie trochę ciekaych rzeczy się uda poznać.

    Nie tylko Kaczyńskiego, ale też Pilcha, Libery itd. masę ludzi się tym zachwyca, choć przecież pierwszy tom to jednak nuda. Ja nie doczytałem końcówki i zostawiłem gdzieś książkę, więc teraz w ramach szybkiej Mannologi (nabyłem sobie w łowickiej taniej książce jego eseje literackie) sobie skończę. Gottaland zajebiste, niektóre fragmenty były w DF, poczytaj jak się pod tekstem coryllusa Szczygieł zrobił autoreklamę http://coryllus.salon24.pl/222248,o-zyskach-ksiazkach-i-sukcesie#comment_3157426

    Modlitwa – najlepsza rzecz Jagielskiego, choć nie czytałem najnowszych „Nocnych wędrowców”, a pewnie zerknę, bop nominacja do Nike.

  17. 05/09/2010 o 12:08 pm

    cyncynat :

    A co czytales Doctorowa? Bo przyznam, ze wydawal mi sie okropnym i pretensjonalnym beztalenciem, jak do niego ostatnio zagladalem.

    Doctorowa Ragtime – ale dopiero zacząłem, jest trochę ironii i to nie aż takiej nachalnej, więc czyta się zgrabnie. Akurat na godzinkę przed snem.

  18. 05/09/2010 o 12:11 pm

    vHF :

    Dla mnie najlepszy Doctorow to „Welcome to Hard Times”. „Ragtime” tez czytalem, to jest Doctorowa wersja Great American Novel, niezla ale do najlepszych (np. Bellowa czy Rotha) mu sporo brakuje. Czytalem tez „The Book of Daniel” i pamietam ze niezle, ale to bylo niemalze za nastoletnich czasow, wiec nie wiem czy by sie teraz obronilo; i czytalem tez „The Waterworks”, szokujaco nedzne.

    Manna „Doktora Faustusa” uwielbialem kiedys, ale to jednak super ciezka ksiazka, wiem rozumiem ze nie kazdy musi. Natomiast zeby Felixa Krulla nie lubic, to nie jestem w stanie pojac.

    Pynchona nie jestem w stanie przejsc nawet kilku stron. Nie dlatego zeby mnie wukrzal, po prostu nie umiem.

    Czyli jednak „Witajcie…polecasz. Cóż, obejrzałem „Elegię” czyli Konające zwierzę Rotha na ekranie, i było na tyle znakomite, że pewnie sięgnę do Rotha.

  19. cyncynat
    05/09/2010 o 12:25 pm

    A moze mi sie uda komus sprzedac Roberta Frosta? Propagatorem jestem gorzej niz kiepskim, ale jak mozna nie lubic Frosta jest poza moim pojmowaniem.

    Np ten kawalek:

    The winter owl banked just in time to pass
    And save herself from breaking window glass.
    And her wings straining suddenly aspread
    Caught color from the last of evening red
    In a display of underdown and quill
    To glassed-in children at the windowsill.

  20. 05/09/2010 o 12:36 pm

    cyncynat :

    A moze mi sie uda komus sprzedac Roberta Frosta? Propagatorem jestem gorzej niz kiepskim, ale jak mozna nie lubic Frosta jest poza moim pojmowaniem.

    Np ten kawalek:

    The winter owl banked just in time to pass
    And save herself from breaking window glass.
    And her wings straining suddenly aspread
    Caught color from the last of evening red
    In a display of underdown and quill
    To glassed-in children at the windowsill.

    Mnie nie musisz sprzedawać, jako że Frost jest, bodajże w piątce ulubionych poetów Brodskiego. Więc Frost, owszem obok Audena, Yeatsa, a ostatnio i Reznikoffa, na liście do uważnego odhaczenia jest. W ogóle czytanie poezji po angielsku to dla mnie wielka rzecz, język jakby stworzony do minimalizmu i ascetyzmu, taka ta poezja trochę hmmm miłoszowata. Choć, już nie pamiętam gdzie, chyba u Bocheńskiego, czytałem jak to znał profesora, który głosił wokół, że Frost nie dostał Nobla, bo był prawakiem.

  21. cyncynat
    05/09/2010 o 12:51 pm

    galopujący major :

    cyncynat :
    A moze mi sie uda komus sprzedac Roberta Frosta? Propagatorem jestem gorzej niz kiepskim, ale jak mozna nie lubic Frosta jest poza moim pojmowaniem.
    Np ten kawalek:
    The winter owl banked just in time to pass
    And save herself from breaking window glass.
    And her wings straining suddenly aspread
    Caught color from the last of evening red
    In a display of underdown and quill
    To glassed-in children at the windowsill.

    Mnie nie musisz sprzedawać, jako że Frost jest, bodajże w piątce ulubionych poetów Brodskiego. Więc Frost, owszem obok Audena, Yeatsa, a ostatnio i Reznikoffa, na liście do uważnego odhaczenia jest. W ogóle czytanie poezji po angielsku to dla mnie wielka rzecz, język jakby stworzony do minimalizmu i ascetyzmu, taka ta poezja trochę hmmm miłoszowata. Choć, już nie pamiętam gdzie, chyba u Bocheńskiego, czytałem jak to znał profesora, który głosił wokół, że Frost nie dostał Nobla, bo był prawakiem.

    O Noblu ze mna lepiej nie zaczynaj. Czasami zaluje, ze Beckett i Pasternak dostali Nobla.
    Nie znam zapatrywan politycznych Frosta, ale talent literacki jest apolityczny. Bardzo czesto Bozia obdarzala najwiekszym literackim talentem jakichs prawicowych odszajbistow. Ostatnio powtarzam Austen i to doskonaly przyklad na to. Austen to wielka kosc w gardle feministycznej krytyki literackiej, bo ona ma najwyrazniejsze konserwatywne sympatie – i to takie konserwatywne nawet jak na *owczesna* Anglie. Typowy pacjent psychiatryka. Jej przeciwienstwem ideologicznym jest niejaka Elizabeth Inchbald. Ta by swietnie pasowala na patronke feminizmu. Ale zgadnij skad o niej wiemy.

  22. 05/09/2010 o 12:59 pm

    Pasternak to dostał Nobla, a potem za to po dupie, więc nie wiem, czy mu się tak opłaciło. Prawicowych pojebów trochę się znajdzie: Cioran, Pound, Junger, Unamuno, Canetti itd. choć giną w zalewie prostalinowkskich lewaków (prawie cała Francja, kupa Angoli). Na moje talent plus prawicowość to jednak ewenement, choć w Polsce na prawicowość zapada się też na starość (Herbert, Rymkiewicz). A Austen to tak w ślad za Nabokovym gustem, czy tak do siebie?

  23. cyncynat
    05/09/2010 o 1:05 pm

    Nie no ja Austen czytalem kilka razy. Jedna z bardzo niewielu pisarek z Talentem. A jaki ewenement? Dostojewski – pojeb jak nic. Gogol – bylby gwiazda Salonu. Tolstoj mial swira religijnego. A Gogol i Tolstoj to mieli w swoich niedomytych grzywach wiecej talentu niz tabuny lewicowych Sarte’ow.

  24. 05/09/2010 o 1:11 pm

    cyncynat :

    Nie no ja Austen czytalem kilka razy. Jedna z bardzo niewielu pisarek z Talentem. A jaki ewenement? Dostojewski – pojeb jak nic. Gogol – bylby gwiazda Salonu. Tolstoj mial swira religijnego. A Gogol i Tolstoj to mieli w swoich niedomytych grzywach wiecej talentu niz tabuny lewicowych Sarte’ow.

    O Dostojewski tak, wystarczy, że Terlikowski ma go za ulubionego, choć trudno żeby nie miał, religijne kretynizmy Fiodora to akurat jego półka. Późny Gogol – miłośnik knuta (copyright by szalony Wissarion) jak najbardziej, wcześniejszy za bardzo fircykowaty. Tołstoj z Jasnej Polany za bardzo zlewaczały, znaczy spedalony.

  25. cyncynat
    05/09/2010 o 1:14 pm

    Austen pisala na granicy powiesci w sensie Flauberta a typowych powiesci sentymentalnych (choc rownie czesto parodiowala je, co zapozyczala z nich). Ale miala wystarczajaco do zaoferowania jako artystka, by dzis nie byla czytana za swoje sentymentalne inspriracje (no przewaznie nie za nie).

  26. cyncynat
    05/09/2010 o 1:22 pm

    galopujący major :

    cyncynat :
    Nie no ja Austen czytalem kilka razy. Jedna z bardzo niewielu pisarek z Talentem. A jaki ewenement? Dostojewski – pojeb jak nic. Gogol – bylby gwiazda Salonu. Tolstoj mial swira religijnego. A Gogol i Tolstoj to mieli w swoich niedomytych grzywach wiecej talentu niz tabuny lewicowych Sarte’ow.

    O Dostojewski tak, wystarczy, że Terlikowski ma go za ulubionego, choć trudno żeby nie miał, religijne kretynizmy Fiodora to akurat jego półka. Późny Gogol – miłośnik knuta (copyright by szalony Wissarion) jak najbardziej, wcześniejszy za bardzo fircykowaty. Tołstoj z Jasnej Polany za bardzo zlewaczały, znaczy spedalony.

    Tolstoj to byl takim religiantem, ktorego bym sobie zyczyl na sasiada. Ale byl religiantem nonetheless.

  27. cyncynat
    05/09/2010 o 1:42 pm

    A Rymkiewicz, Gogol i Tolstoj dobrze ilustruja inna prawidlowosc: poki szaleniec pisze nieideologicznie, moze byc gigantem(*) – stuknietym, ale jednak – literatury. Jak tylko zaczyna pisac „racjonalnie”, stacza sie na poziom psychiatrycznych blogonotek. Chrzescijanskie rzeczy Tolstoja, malorosyjskie utwory Gogola, smolenskie pierdolenie Rymkiewicza.

    (*)Rymkiewicz, to zaden gigant, ale jednak – okazjonalnie – niezly poeta

  28. 05/09/2010 o 2:12 pm

    „Prawicowych pojebów trochę się znajdzie: Cioran, Pound, Junger, Unamuno, Canetti itd. choć giną w zalewie prostalinowkskich lewaków (prawie cała Francja, kupa Angoli).”

    Hm, Canetti i prawicowość? Nie kojarzę, napisz cuś o tym.Canettiego autobiograficzne rzeczy są dobre („Pochodnia w uchu np.)

    VHF, może dlatego, że ten „Felix Krull” to lektura była na germanistyce, zresztą wtedy to ja fazę na Boella i Hessego miałem, a tak poza programem studiów to na „Boskiego” Markiza:)

  29. vHF
    05/09/2010 o 2:33 pm

    cyncynat :
    Tu wlasnie widac jak roznie czyta amerykanska proze vHF i ja. Bellow i Roth Vs Sallinger i Updike. Ja nie moglem brac na powaznie problemow bohatera, ktory pisze listy do Heideggera. W przerwach miedzy innymi swoimi niesamowitymi problemami.

    Hehe, jestem w pokoju hotelowym na koncu swiata i mam trzy ksiazki ze soba: Pamuka, Lema i… „Franny and Zooey” Salingera :-) Kapitalna nowela (drugi raz czytam), ale jezyk napiety do granic wytrzymalosci. Troche razi jednak.

    „Herzog” nie jest moja ulubiona powiescia Bellowa, Bellow faktycznie troche za bardzo tam poplynal, ale i tak moge to czytac. Napisane jest wciaz po mistrzowsku. Kilka lat temu przeczytalem Bellowa od deski do deski i wszystko jest bardzo dobre albo kapitalne, z wyjatkiem „More die of heartbreak”–zupelnie do dupy.

    Roth nie jest tak dobry jak Bellow, a bardzo by chcial, wiec jest czasem zabawnie jak go probuje nasladowac… ale jego podejscie do Great American Novel (trylogia „I married a communist”, „American pastoral” i „Human stain”) bardzo dobre.

    Z zupelnie innej beczki jest jeszcze Cormac McCarthy (ktorego poznalem osobiscie!). Jego „Blood Meridian” to najlepszy pisany western, lepszy niz Doctorowa „Welcome to Hard Times”. Cyncynacie, jesli podoba Ci sie naginanie jezyka, to powinienes sie z Krwawym Poludnikiem zmierzyc.

  30. 05/09/2010 o 2:35 pm

    grześ :

    „Prawicowych pojebów trochę się znajdzie: Cioran, Pound, Junger, Unamuno, Canetti itd. choć giną w zalewie prostalinowkskich lewaków (prawie cała Francja, kupa Angoli).”

    Hm, Canetti i prawicowość? Nie kojarzę, napisz cuś o tym.Canettiego autobiograficzne rzeczy są dobre („Pochodnia w uchu np.)

    VHF, może dlatego, że ten „Felix Krull” to lektura była na germanistyce, zresztą wtedy to ja fazę na Boella i Hessego miałem, a tak poza programem studiów to na „Boskiego” Markiza:)

    Przepraszam Grzesiu, za tego Canettiego, coś mi się chyba popierzyło, pewnie z Celinem, dziury w głowie ostatnio mam.

  31. 05/09/2010 o 2:40 pm

    vHF :

    cyncynat :
    Tu wlasnie widac jak roznie czyta amerykanska proze vHF i ja. Bellow i Roth Vs Sallinger i Updike. Ja nie moglem brac na powaznie problemow bohatera, ktory pisze listy do Heideggera. W przerwach miedzy innymi swoimi niesamowitymi problemami.

    Hehe, jestem w pokoju hotelowym na koncu swiata i mam trzy ksiazki ze soba: Pamuka, Lema i… „Franny and Zooey” Salingera :-) Kapitalna nowela (drugi raz czytam), ale jezyk napiety do granic wytrzymalosci. Troche razi jednak.

    „Herzog” nie jest moja ulubiona powiescia Bellowa, Bellow faktycznie troche za bardzo tam poplynal, ale i tak moge to czytac. Napisane jest wciaz po mistrzowsku. Kilka lat temu przeczytalem Bellowa od deski do deski i wszystko jest bardzo dobre albo kapitalne, z wyjatkiem „More die of heartbreak”–zupelnie do dupy.

    Roth nie jest tak dobry jak Bellow, a bardzo by chcial, wiec jest czasem zabawnie jak go probuje nasladowac… ale jego podejscie do Great American Novel (trylogia „I married a communist”, „American pastoral” i „Human stain”) bardzo dobre.

    Z zupelnie innej beczki jest jeszcze Cormac McCarthy (ktorego poznalem osobiscie!). Jego „Blood Meridian” to najlepszy pisany western, lepszy niz Doctorowa „Welcome to Hard Times”. Cyncynacie, jesli podoba Ci sie naginanie jezyka, to powinienes sie z Krwawym Poludnikiem zmierzyc.

    Ha, a tu są jaja z tym McCarthym, bo raz, że w opisie tego westernu dali do prasy porównanie zachodu słońca do penisa („Jechali, a blask na wschodzie pobłyskiwał smugami bladego światła, potem rozlał się po widnokręgu ciemniejszą barwą, jak krew przesączająca się nagłymi falami, a tam, gdzie na krańcach świata niebo wchłaniało ziemię, słońce ukazało nie wiadomo skąd swój wierzchołek jak żołądź ogromnego czerwonego fallusa i przekroczywszy niewidoczny próg, rozsiadło się za ich plecami – przysadziste, pulsujące, nieprzyjazne”.). A dwa jest też słabawy film „Droga” na podstawie jego książki, więc go niejako żywcem w Polszy zakopali. A to ponoć jeden z 4 najlepszych, jak to się można natknąć na amerykańskiej wiki.

  32. 05/09/2010 o 2:41 pm

    cyncynat :

    A Rymkiewicz, Gogol i Tolstoj dobrze ilustruja inna prawidlowosc: poki szaleniec pisze nieideologicznie, moze byc gigantem(*) – stuknietym, ale jednak – literatury. Jak tylko zaczyna pisac „racjonalnie”, stacza sie na poziom psychiatrycznych blogonotek. Chrzescijanskie rzeczy Tolstoja, malorosyjskie utwory Gogola, smolenskie pierdolenie Rymkiewicza.

    (*)Rymkiewicz, to zaden gigant, ale jednak – okazjonalnie – niezly poeta

    Tak, umysłowość polityczna tych panów, to coś tak powyżej szkoły średniej, matka katechetka, ojciec tez dziwak. Za mordę, za Polskę, za Rosję.

  33. vHF
    05/09/2010 o 2:47 pm

    O, masz moze linka do jakiegos artykulu gdzie grzebia McCarthego?
    W Wyborczej moze? Ich dzial literacki jest prawie tak mocny jak naukowy, co artykul to perelka ;-)

    A tak zapytam prowokacyjnie: kto jeszcze lubi Conrada?

  34. 05/09/2010 o 2:51 pm

    vHF :

    O, masz moze linka do jakiegos artykulu gdzie grzebia McCarthego?
    W Wyborczej moze? Ich dzial literacki jest prawie tak mocny jak naukowy, co artykul to perelka ;-)

    A tak zapytam prowokacyjnie: kto jeszcze lubi Conrada?

    Oj skutecznie grzebią, nie znaczy, że mają racje. Po prostu trafiło się na marketingoidiotyzację, czyli skuteczne, mimowolne zniechęcenie. A link mam tylko do Pilcha (niejednoznacznego)http://www.przekroj.pl/publicystyka_pilch_artykul,7313,1.html

  35. 05/09/2010 o 2:52 pm

    BTW Tajny agent Conrada, całkiem, całkiem, ale ja w ogóle ostatnio błąkam się trochę w XIX wieku, więc mnie to wciągnęło (stąd ten Pynchon i Against the day)

  36. vHF
    05/09/2010 o 2:59 pm

    galopujący major :
    BTW Tajny agent Conrada, całkiem, całkiem, ale ja w ogóle ostatnio błąkam się trochę w XIX wieku, więc mnie to wciągnęło (stąd ten Pynchon i Against the day)

    Lubie bardziej morskie Conrady. „Smuge cienia” na przyklad moge czytac co tydzien.
    Conrad ma najpiekniejszy styl ze wszystkich znanych mi anglojezycznych pisarzy. Ostantnio meczylem jego „Vicory” — nudne, koszmarnie nudne, ale rowniutko raz na rozdzial trafial sie akapit doskonaly.

  37. 05/09/2010 o 3:03 pm

    Major rzucił Pilchem, ja rzucę linkiem do salonowego eksperta od literatury, he, he, który ów ekspert zna się na wszystkim i od wszystkich lepiej pisze:

    http://coryllus.salon24.pl/203261,zoladz-niewidzialnego-fallusa-albo-o-odbrazawianiu

    Oczywiście pewny jestem, że nic tegoż McCarthyego nie czytał.

    A tekstu z „Polityki” też zbyt nie zaczaił.

  38. vHF
    05/09/2010 o 3:08 pm

    grześ :
    Major rzucił Pilchem, ja rzucę linkiem do salonowego eksperta od literatury, he, he, który ów ekspert zna się na wszystkim i od wszystkich lepiej pisze:
    http://coryllus.salon24.pl/203261,zoladz-niewidzialnego-fallusa-albo-o-odbrazawianiu
    Oczywiście pewny jestem, że nic tegoż McCarthyego nie czytał.
    A tekstu z „Polityki” też zbyt nie zaczaił.

    LOL, on rzeczywiscie przeczytal tylko te recenzje.
    A recenzja tez mocna, jesli panienka Poludnik zrozumiala jako odbrazawianie.

    To link ode mnie: jeden z kilku tylko wywiadow z McCarthym:
    http://query.nytimes.com/gst/fullpage.html?res=9E0CE6DA163EF93AA25757C0A964958260&pagewanted=1

  39. adas
    05/09/2010 o 4:33 pm

    No to muszę się w końcu przyznać, poważnych powieści w lengłidżu nie czytuję, za słabo znam język ten. Do komiksów, kryminałków i prasy popularnej znajomość ma czasem starczy, poważniejszych rzeczy już nie bardzo. Ups.

    Zastrzeżenie to czynię, bo chcę się wpisać w dyskusję o MacCarthym i Conradzie zwłaszcza, a pisanie o nich w kontekście przekładów to ponoć samobójstwo. Ale widzę to tak…

    „Jądro ciemności” się nigdy nie zestarzeje. Mała wielka powieść (wiem, niby długie opowiadanie), z której każdy wyciągnie co chce. I będzie mieć rację. O dziwo zmasakrowany przez program nauczania „Lord Jim” też jest nadal wart grzechu. „Nostromo” fragmentami potrafi być przenikliwy, fragmentami ociera się niemal o sentymentalną grafomanię, ale wielkie w tej powieści jest coś innego. Conrad w tym 1900 roku opisał wszystko to, co Latynosi (których uwielbiam pasjami) będą tłuc przez całe stulecie. Ale inne jego rzeczy są dużo słabsze, starzeją się. Może dlatego, że Conrad sporo rzeczy pisał na akord? Musiałbym odświeżyć opowiadania i te książki z agentami, bo czytałem je dobrą dekadę temu, jako smarkacz.

    Uwaga ogólna – sporo nowych „wielkich Amerykanów” do mnie nie trafia. Czytam na wiki czy nawet w „Polityce” o nowych wielkich, a w czytaniu wychodzi, że nie bardzo. Bo ja wiem, Palahniuk, Eugenides czy DeLillo. A taki Pynchon mnie strasznie zmęczył „Masonem”, za to „47” jest bardzo fajne (Dlaczego Trystero ma nick Trystero?, ech), a „Tęczy” się boję. No i czytam te powieści, zachwalane, i poza sprawnym rzemiosłem, nie czuję tego, no.

    Pomieszanie z poplątaniem mi wyszło, bo to z pewnością autorzy nieporównywalni, różni pokoleniowo, światopoglądowo itd. Jedyne co ich łączy, to moment w którym pojawili się na polskim rynku, albo wręcz: dopiero się pojawią. I McCarthy został wpisany w ten nurt, przynajmniej w mojej świadomości. Czytałem dwie jego książki, „Drogę” i „To nie jest kraj”, i nie powiem że mnie zachwyciły, ale obie coś w sobie mają.

    Nie chce mi się powtarzać, opinia sprzed dobrego roku
    http://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=86962

    „Krwawy południk” na pewno przeczytam. A Pilch ją w sumie pozytywnie zrecenzował, czy kpił zwyczajnie?;)

    Doctorow to nie ta półka co Bellow, naprawdę fajny jest tylko „Ragtime” – ironiczna, inteligentna demitologizacja (choć może to trochę zbyt duże słowo) Nowego Jorku jako miasta-symbolu amerykańskiego snu. Z mocnymi odniesieniami do innych amerykańskich symboli kulturowych. „Miasto Boże” jest fatalne. Doctorow próbował się z Saulem i koszmarnie przegrał. Bełkot i tyle.

    Przy czym Bellow należy do grona pisarzy, których bardziej cenie niż rzeczywiście lubię. Inteligentny był jak diabli, pisać potrafił, ale jest w tym tyle narcyzmu, że hoho. Ci jego bohaterowie bez zahamowań, to przecież on sam! Z jednym wyjątkiem, Sammlerem, i pewnie dlatego to jedyna jego rzecz, którą kupuję w całości.

  40. adas
    05/09/2010 o 4:37 pm

    A dział książkowy GW był/jest rzeczywiście fatalny (po likwidacji „DK”). To jedna z nielicznych przyczyn mojej tęsknoty za „Dziennikiem”, bo przynajmniej coś o tych knigach pisali. W ogóle w polskich mediach chyba to właśnie książki najbardziej straciły z szeroko rozumianej kultury na ekspansji internetu. A może idealizuję przeszłość? To już ten etap?

  41. vHF
    05/09/2010 o 5:39 pm

    Co do przekladow, to mysle ze McCarthego latwiej jednak przelozyc niz Conrada. Proza „Krwawego Poludnika” opiera sie na obrazach, opisanych wyszukanym, dziwnym troche slownictwem; ale jesli tlumacz zobaczy ten obraz, to jego zadanie zmienia sie w prosta kolorowanke — jakim dziwnym polskim slowem zastapic dziwne slowo angielskie zeby obraz pozostal. A juz np. „Droge” przelozyc mozna chyba zupelnie z biegu, tam proza jest tak minimalistyczna. Ale jako dzielo sztuki, ani „Droga” ani „To nie jest kraj…” nie umywaja sie do „Krwawego Poludnika”.

    Z Conradem problem jest taki, ze jego styl opiera sie na brzmieniu i ukladzie calego zdania czy akapitu, a styl to jest nie dosc ze unikalny, to jeszcze stuletni. Dawno nie czytalem Conrada po polsku i nie pamietam czy przeklad byl dobry, albo raczej: nie wiedzialbym wtedy czytajac czy czytam dobry przeklad.

    Bardzo trafne spostrzezenie z „Lordem Jimem”: dobra (choc nie wybitna) powiesc zobrzydzona calym pokoleniom. „Nostromo” nie czytalem. „Jadro ciemnosci”, rzecz jasna, znakomite i nie starzeje sie.

    Bellow et. al.: rzeczywiscie, narcyzm wylewa sie z Bellowa, ale, co wazne, nie z wczesnego. Do „Seize the day” wlacznie ego jeszcze jest pod kontrola. Tutaj
    http://www.nybooks.com/articles/archives/2004/may/27/bellows-gift/
    jest bardzo dobry esej JM Coetzee o tym okresie (eseje literackie Coetzee w ogole tez polecam). Od „Hendersona” ego Bellowa mialo juz z gorki, chociaz mimo wszystko Roth jest wiekszym narcyzem niz Bellow.

    „Planety Pana Sammlera” nie zaliczam do najlepszych powiesci Bellowa, chociaz jest mozliwe ze zle te ksiazke pamietam.

  42. adas
    05/09/2010 o 6:28 pm

    vHF

    dzięki za zwrócenie uwagi na granicę w twórczości Bellowa (rzeczywiście można by ją wykreślić, jakoś mi to umknęło), pewnie jednak sięgnę po Augiego Marcha, choć z Bellowem sobie niby ostatecznie dałem spokój. Sammler „obiektywnie” nie jest lepszy od Herzoga czy Humboldta, dla mnie kluczem jest główny bohater. Nawet Bellow musiał ograniczyć w tym wypadku autobiograficzne wtręty i osobiste przemyślenia.

  43. 05/09/2010 o 6:57 pm

    A to, żeście się, adas, zamelinowali na biblionetce. Ładnie to tak kolegom dopiero teraz pisać? Ale dobrze, teraz to już mam dopiero fajny trop. Dzięki.

  44. 05/09/2010 o 9:30 pm

    Jako (chwilowy) lokator Château de Guermantes zapytam o Prousta. Zdaniem PT Wypowiadających sie w tym wątku – czytalny?

  45. 05/09/2010 o 10:01 pm

    Rewelacyjny (w przekładzie Boya, bo innego nie ma), choć ja tylko pierwszy tom. Za rok planuje resztę.

  46. zatroskany_o_polske
    06/09/2010 o 12:22 am

    galopujący major :
    (…) choć ja tylko pierwszy tom. Za rok planuje resztę.

    he! he! Jakbym siebie słyszał 30 lat temu …

  47. zatroskany_o_polske
    06/09/2010 o 1:38 am

    babilas :
    Jako (chwilowy) lokator Château de Guermantes
    Boże! Ile wynosi czynsz :-)

  48. 06/09/2010 o 10:24 am

    zatroskany_o_polske :

    babilas :
    Jako (chwilowy) lokator Château de Guermantes
    Boże! Ile wynosi czynsz

    Trzeba wygłaszać zaklęcia korporacyjne ze śmiertelnie poważną miną.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: