Korekty

W Guardianie szmer z okazji nowej powieści Franzena, duma z jednorazowej wizyty na okładce Time’sa (naprawdę, wielka rzecz), a ja wreszcie ma okazję sięgnąć po The Corrections. Podchodziłem do nich kilkukrotnie, zawsze bez skutku. Czasami tak mam, że estetycznie kuszący grzbiet wyleguje się na półce teściowej (lubię ten misz masz cudzych biblioteczek) czeka i czeka, aż wreszcie, znienacka, wpada w pułapkę. Parę dni temu trafiło się Korektom Franzena w tłumaczeniu Arkadiusza Nakoniecznika i Joanny Garbarek.  O książce, której nie muszą kupić, by przekartkować, którą mogę odłożyć, kiedy zechcę i wrócić w lepszym, „doczytalnym” nastroju, zaczynam zbierać info, dopiero po jakiś kilkudziesięciu stronach. Kiedy już wiem, że tkwię w niej po uszy i muszę skończyć. Choć na dobrą sprawę zachęty na tylnej okładce wręcz błagały, by Franzena znowu odstawić. Niektórzy wciąż nie rozumieją, że, aby zachęcić do lektury, nie trzeba od razu przywoływać Manna albo Tołstoja. No, ale wolny rynek i w ogóle, więc trzeba sobie radzić z egzaltacją. Tym razem Cunnighama. Ale żeby tylko z nim. Miały być Korekty przerywnikiem w ciągu klasyki, a tu się okazuje, że trafiam w samo serce  tajemniczego post-post modernizmu i jeszcze podoba mi się na tyle, że może poproszę o więcej. Bo w rzeczy samej pisze Franzen realistyczną, rodziną epopeję, w której rodzinka Lambertów, jak to bywa w modernizmie, zmagając się traumą, mimowolnie dawkuje sobie miraże utopii, ale z drugiej strony, nie potrafi nasz autor wyzbyć się postmodernistycznych eksperymentów (patrz halucynacje Alfreda, e-maile, czy Schopenhauer) zaprawionej ironicznym dystansem, bez którego,  powszechnych ochów i achów pewnie byłoby mniej. I słusznie. Czasem tylko ów dystans, gdy, dajmy na to, po kostkach kopie  brzydko feministki, niebezpiecznie stacza się w odmęty prawicowego poczucia humoru, czasem, zwłaszcza dla mojego tu i teraz, dowcipnie punktuje korporacjonizm i anarchistyczne bajania o dobrowolnej współpracy w „bananowej” Litwie (Ultima Thule, he, he). W każdym bądź razie dostajemy ładną, zgrabnie opowiedzianą powiastkę, z może nieco zbyt krwistymi postaciami, ale za to  wielowątkową, pełną szczegółów, które splatają się w nienachalnym zbiegu okoliczności.

No ale dobrze, a tak naprawdę to o czym ta książka, panie kierowniku? Tak naprawdę, dostajemy historię o Enid, jej zapadającym się w Parkinsonie mężu Alfredzie i trójce ich dzieci, które, zdaje się, że paradoksalnie, im bardziej spieprzyły sobie życie, tym mają większą szansę, by wyjść na prostą. Enid zamarzyła sobie, by wszyscy spotkali się w rodzinnym St. Jude przy bożonarodzeniowym stole, co, jak wiemy, w amerykańskich opowieściach jest wyzwaniem nie lada.  I czytając o wielkich dłoniach Alfreda, Chipie z nitami w uszach, czy prowincjonalnej plotkarce Enid, nie mogłem sobie darować, że  Everybody’s fine z przeciętnym De Niro spaliło temat, który tak wdzięcznie wyeksploatował Franzen. Oczyma wyobraźni widzę Ellen Burstyn z Reqiuem  jako Enid, Maxa von Sydowa w roli Alfeeda, Gary’ego zagrać by mógł Jasona Bateman z Juno, a Gerard Butler (bardziej z Brzydkiej prawdy, niż 300) byłby idealnym Chipem. Tylko w roli Denise, wciąż nie mogę sobie nikogo, konkretnego wyobrazić, choć jeśli o mnie chodzi, pewnie mogłaby ją zagrać Kate Winslet. Ona  może zgrać chyba wszystko.

Reklamy
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: