Strona główna > opowiadanko > Próba błota

Próba błota

Akurat siedziałem nad Dzienniczkiem Faustyny, rozkoszując się szelestem pożółkłych stronnic i daremnie próbując odczytać niezgrabnie pisaną dedykację, bodajże dla jakiegoś Nepomucena; akurat, co rusz, wzrok mój padał na lukrowane kafle francuskiego ciasta, przygniatające słodycz słynnej, wadowickiej kremówki, i akurat herbata pachniała tak, jak tylko pachnieć potrafi herbata z lipy, zaparzona sposobem znanym jedynie tutejszym babom, gdy nagle usłyszałem podejrzany szmer. Hmm? – pomyślałem. – A cóż to tak może szemrać o tej porze? Kot Hieronim, lądował zbyt cicho i zbyt bezszelestnie się zwykł poruszać po zakątkach domostwa, by ucho me, wprawione w wyławianiu dźwięków fałszywych, potrafiło Hieronima namierzyć. Żona Judyta, owszem, potrafiła robić rumor, ale odkąd zdecydowanie i bez ogródek, oświadczyłem, iż hałaśliwe tarcie prasowanych koszul, doprowadza mnie do wściekłości niemal równej porannym zachwytom narzucania świeżej Wólczanki, zaprzestała mnie dręczyć. Od czasu do czasu gwiżdżąc jedynie: bolszewika, goń, goń – na co, rzecz jasna, jej zezwalałem. A może to Piotr Jan? – zgadywałem. – Może znowu Piotr Jan urwał się ze Mszy Świętej i ksiądz Plasterek przyjdzie, niby to ze skargą, a w rzeczywistości by zachwycać Judytę śpiewaniem koronek? Cóż było robić? Zwlekłem się z ciemnozielonego, pluszowego fotela, odsunąłem podnóżek i podirytowany udałem się do przedsionka, po dyscyplinkę. Wisiała, jak zawsze, na ostatnim haczyku, w kącie, ledwie dostrzegalna – ostatnia pamiątka po dziadku Józefie, którą on ojca, a ojciec nas, zdołał wychować na porządnych ludzi, jak Pan Bóg przykazał. Niech więc tylko się pojawi – szeptałem w duchu, powoli zaciskając dłoń na Rózi, jak ją pieszczotliwe zwaliśmy. – Niech tylko Piotr Jan stanie w drzwiach!

Piotr Jan się jednak nie pojawił, za to szmer robił się coraz głośniejszy, wkrótce przeszedł w wyraźne szuranie, ktoś ewidentnie podchodził pod furtkę i z pewnością nie było to dziecko. Otworzyłem drzwi i po chwili stałem przy furtce twarzą w twarz z nieznajomym. Ubrany po wojskowemu w wysokie, skórzane, lekko zabłocone buty, spodnie moro i wiatrówkę, spod której wystawał gruby, wełniany sweter – pewnie wyglądem przypominałby zwykłego myśliwego z plecakiem pełnym prowiantu, gdyby nie szlachetnie uduchowiony wyraz twarzy, rzekłbym nawet pewne „błogosławieństwo”. A więc wojna – pomyślałem w pierwszym, ludzkim odruchu i aż się na samą tę myśl wzdrygnąłem. Do wojny, wraz z bratem i stryjem, przygotowywaliśmy się od lat, a konkretnie od pamiętnego roku 92, gdy zawiedzione nadzieje przekuć się już dało tylko w czyn zbrojny, którego lada moment się racjonalnie należało spodziewać. Tylko gdzie ma karabin? – myślałem, gdy po kilku zdawkowych uprzejmościach zaprosiłem gościa do środka, polecając Judycie zaparzyć kawy. Bo amunicję pewnie w plecaku – zgadywałem, a tymczasem gość oglądając obrazy cioci Klarysy, przystanął na moment przy pianinie i spytał:

–          Pan gra?

–          Ja? Niestety nie, to tylko z szacunku. Dla kultury!

Usiedliśmy w salonie, on sięgając po coś do plecaka, a ja nakładając zimną już, niestety, herbatę na tackę na naczynia. Wszystkiego przecież Judyta nie zrobi. Po chwili kawa, śmietanka i dwie świeżutkie, wadowickie kremówki wylądowały na stole, a żona uśmiechając się najwdzięczniej, jak to tylko ona potrafi, pożegnała nas, byśmy w spokoju mogli toczyć nasze poważne, męskie rozmowy.

 

–          Długo Pan w partyzantce? – zagadnąłem pierwszy.

–          Mówi Pan o harcerstwie? Cóż, już 23 rok będzie – odpowiedział, wyjmując z prawej dłoni niepozorne zawiniątko. – Ma Pan może serwetę?

–          Judytko! – krzyknąłem, jednak z pewną ulgą, wstydząc się moich wojennych podejrzeń. – Judytko! Ale Judytka nie odpowiedziała, więc zmuszony byłem wstać i przez dłuższą chwilę samemu szukać w kredensie serwety, która, jak na złość, akurat teraz schowana gdzieś w kącie nie dawała oznak życia. Cóż, złośliwość rzeczy martwych, szeptałem, natrafiając wreszcie na serwetę, niestety używaną jedynie podczas kolędowania ks. Plasterka.

–          Mam! – krzyknąłem. – Ale to serweta poświęcona!

–          Nie szkodzi, to nawet lepiej – odpowiedział gość, wstał i się uroczyście przeżegnał. Stanąłem zdziwiony, ale tylko przez moment, albowiem swoim, niezwykłym gestem tajemniczy nieznajomy ujął mnie na tyle, że prędzej byłbym gotów ową serwetę spalić, niźli mu odmówić. 

–          Niech będzie – odpowiedziałem, starannie rozkładając mój skarb na stole.

I chyba nieznajomy odczytał zachwyt na mej twarzy, gdyż, bez jakichkolwiek dodatkowych pytań, rozsupłał zawiniątko i na serwecie, święconej przez samego ks. Radosława Plasterka, jednym, szybkim ruchem położył kupkę zatęchłego błota. Osłupiałem.

–          Czy Pan wie, co to jest? – spytał jakby nigdy nic.

–          Hmm?

–          Tak na pierwszy rzut oka, co to Panu przypomina?

–          Błoto – wypaliłem wreszcie wściekły, nadal nic nie rozumiejąc.

–          Zgadza się, to jest błoto. Ale nie takie zwyczajne błoto. To jest błoto stamtąd.

–          Z Częstochowy? – spytałem niedowierzając.

–          Nie z Częstochowy. To błoto stamtąd! – powiedział powoli, kładąc nacisk na każdą sylabę. – Rozumie Pan, stamtąd!

–          Z Jerozolimy? – znowu strzelałem.

–          Nie, nie z Jerozolimy, przecież mówię, że stamtąd!!!

–          Ach, stamtąd – szepnąłem przerażony, a przed oczyma stanął mi widok z poprzedniego lata, gdy razem z Judytą i Piotrem Janem udaliśmy się na Odnowę w Duchu Św. i nieomal ze łzami w oczach musiałem, udowadniać ks. Markowi, że jednak jestem przygotowany na spotkanie z Panem Jezusem. Nawet, gdyby miał stanąć jutro w moich drzwiach. Jesteś niewiernym Tomaszem – krzyczał wówczas, przy całym audytorium, ks. Marek – potrzebujesz znaków, szkiełka i oka, a nie czystego serca, by przyjąć Pana! I dopiero teraz, dopiero patrząc na szlachetną twarz mojego gościa, uświadomiłem sobie, że cud przecież musi się dziać właśnie w ten sposób. Ot tak, ktoś przychodzi, Ty go bierzesz za zwykłego podróżnika, a on, niczym filmową autostradą do nieba, przynosi ci dar. Przynosi ci błoto, błoto stamtąd. Z samego czyśćca.

–          Czy mogę dotknąć? – spytałem ostrożnie.

–          Ależ naturalnie, proszę – odpowiedział podsuwając serwetę.

–          Niesamowite, wciąż jest wilgotne – zachwyciłem się już przy pierwszym dotyku.

–          Prawda? Czyż to nie wyjątkowe?

–          Dużo Pan ma tego… – zawahałem się przez chwilę. – Tego, świętego błota?

–          Cały plecak – uśmiechnął się dobrotliwie. – Schowałem przed celnikami – dodał, a ja zastanawiałem się jakiego celnika mógł mieć na myśli. Chyba nie św. Piotra?

–          Co by Pan chciał w zamian za choć woreczek? – błyskawicznie jednak przystąpiłem do targu, bo święte błoto, dla mnie, Judyty, Piotra Jana i całej rodziny, oznaczałoby świętych obcowanie, a może i nawet pośmiertne odpusty.

–          Ależ proszę Pana! – przerwał mi gwałtownie. – Ja taki nie jestem!

–          Naprawdę, proszę mnie źle nie zrozumieć, nie uważam Pana za jakiegoś oszusta-domokrążcę, ale naprawdę zależy mi na tym świętym błocie! – próbowałem udobruchać nieznajomego.

–          Ależ ja nie sprzedaję!

–          To jak mam je zdobyć, skoro Pan nie chce mi sprzedać? – zacząłem brać gościa na litość.

–          Pan nic, ale ja mogę?

–          Słucham?

–          Mogę je Panu ofiarować?

–          Za darmo? – spytałem z głupia frant.

–          A to już zależy od Pańskiego gestu – lecz gość już nie zdążył skończyć, albowiem skoczyłem do kredensu i błyskawicznie przekopując serwety, obrusy, prześcieradła, wyjąłem pieniądze z koperty przeznaczonej na remont dachu plebani, by od razu wręczyć je nieznajomemu.

–          Po prostu dziękuję! – powiedziałem, z trudem ukrywając wzruszenie. – Jest Pan szlachetnym człowiekiem.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę o wierze, rodzinie, przeciwnościach losu i, oczywiście, o najlepszym sposobie przechowywania, całkiem pokaźnego, woreczka świętego błota, który otrzymałem w zamian za opróżnioną zawartość koperty. Gość musiał się jednak zbierać i choć serdecznie pożegnaliśmy jeszcze się w drzwiach, uparłem się, by odprowadzić dobrodzieja do furtki. Tam stałem i patrzyłem, jak odchodzi, poczciwie targając stary, wypchany plecak, a gdy już nieomal zniknął za linią horyzontu, usłyszałem, idącego z drugiej strony Piotra Jana, który zakrzyknął:

–          Ojcze, a czegóż to od Ojca chciał ten facet, co kradł piasek u ks. Plasterka?

 A ja, wciąż nieruchomo stojąc przy furtce, w pierwszej chwili zbladłem, zrobiło mi się gorąco, a koszula momentalnie stała się wilgotna od potu, lecz zaraz potem ufnie spojrzałem w niebo i rzekłem szczęśliwym głosem:

     –    Nic nie chciał, synu. Ktoś inny postanowił sprawdzić, czy jestem gotowy na jego przyjście. I ja udowodniłem, że tak. 

 

Reklamy
  1. tani1
    12/05/2010 o 2:02 pm

    Doprawdy nie byłam tak poruszona od czasu, gdym jako dziecię przeczytała, takie opowiadanie Twaina (może znasz) CZŁOWIEK, KTÓRY ZDEMORALIZOWAŁ HADLEYBURG?
    Tu oczywiście jest co innego, tam troszkę co innego, ale jakaś nuta klimatyczna… O! Właśnie, nuta… Wygląda na to, że zbiera się na burzę… wracam do pracy.

  2. 12/05/2010 o 2:10 pm

    Ja, wstyd się przyznać, nic z Twaina. Ale właśnie jestem po „Trzech baśniach” Flauberta w nowym przekładzie i już jestem pewien, że oprócz rytmu, melodii, właśnie szczegół jest tym, co „robi różnicę”.

  3. sultan
    12/05/2010 o 2:55 pm

    Powiem jak gość, którego nie dosięgła „dyscyplinka”.
    Mam beke.

  4. barista
    12/05/2010 o 3:01 pm

    Qui pro quo patriotyczne i duchowe: błoto było przecież ze Smoleńska, jeśli dobrze pogmerać ręką znajdzie się kosteczka, czy choć ułomek krzyża, znaczy samolotu.

  5. 12/05/2010 o 3:01 pm

    sultan :

    Powiem jak gość, którego nie dosięgła “dyscyplinka”.
    Mam beke.

    I to był błąd, bo gdybyś miał dyscyplinkę, to byłbyś grzeczny, szanował starszych i kupował błoto. A tak… siedzisz w necie i marnujesz czas.

  6. 12/05/2010 o 3:02 pm

    barista :

    Qui pro quo patriotyczne i duchowe: błoto było przecież ze Smoleńska, jeśli dobrze pogmerać ręką znajdzie się kosteczka, czy choć ułomek krzyża, znaczy samolotu.

    Dopbrze kombinujecie, ale z tego błota, to co najwyżej kości starej Plasterkowej.

  7. barista
    12/05/2010 o 3:16 pm

    Czepiasz się Majorze, szkiełko i oko. A cud Eucharystii to co? Niby każdy wafelek z Pana Naszego jest sporządzony? Nie. Ale każdy jeden wafelek w cialo Pana Naszego jest za Jego sprawą i za Jego przyczyną PRZEMIENIONY. A więc ołów w złoto, wafel w Pana Naszego, błoto Taplarskie w błoto Smoleńskie. Za jedną Przyczyną Pana Naszego Kamienia Filozoficznego.
    ***
    Tak ja Twoją przypowieść zrozumiałem i z całego serca składam Bóg Zapłać.

  8. 12/05/2010 o 4:55 pm

    Fakt, załatwiłeś mnie, teraz transleżę i transkwiczę.

  9. cyncynat
    12/05/2010 o 10:21 pm

    Rzeczywiscie, opowiastka o podwojnie swietym blocie ze Smolenska.
    http://obrazki.salon24.pl/180343,non-omnis-moriar

    Flaubert, szczegol i religia – jeszcze sie nawrocisz, Majorze. Jak to szlo: „Opuściła głowę na poduszkę w przeświadczeniu, że słyszy dźwięki serafickich harf, że wzrokiem przenika w otchłanie lazuru, gdzie pośród świętych dzierżących zielone palmy siedzi na złotym tronie majestatyczny Bóg Ojciec, gestem nakazując ognistoskrzydłym aniołom, by zeszły na ziemię i uniosły ją ku niemu w swych objęciach.”

  10. 13/05/2010 o 12:42 pm

    Albo. jak Jan Szpitalnik wzniósł się i pocałował Pana.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: