Strona główna > opowiadanko > Gorzki smak śledztwa Franka K.

Gorzki smak śledztwa Franka K.

Frank Kostell leniwie przełykał bułgarską whisky w dokach nad rzeką Wisłą, plując pod stół i masując obolałe haluksy, by co rusz, mętnym wzrokiem lustrować nędze otoczenia. Na nic to jednak. Otoczenie od lat trwało w bezdechu, ale w rzeczy samej, Frank lubił ten spokój, tak jak jego stopy lubiły wygodne kamasze. Jak zawsze w rogu obskurnej knajpki trzech włoskich straganiarzy grało w trambambulę, jak zawsze, jeden stary Ubek (na rencie) brzdąkał na grzebieniu i, jak zawsze, Pani Basia dolewała Ludwika do piany. Piwo w dokach miało smak skundlonego życia kategorii D.

Ale, oto dzień, który, jak co dzień, skończyć się miał na zmęczonym łonie taniej wietnamskiej dziwki z Przasnysza, nabierał rumieńca, gdyż do baru w dokach weszła kobieta, co najmniej nie pasująca wyglądem. Miała metr dziewięćdziesiąt, męskie dłonie i kobieco wydęte wargi. Zdecydowanie nieforemnie się poruszała.

Zdecydowanie nieforemnie się porusza – pomyślał Frank, ale nie skończył, bo ta siadła okrakiem naprzeciw zanurzając palec od nogi w whisky Kostella. Frank, któremu nie obce były ortopedyczne osobliwości (te przeklęte haluksy!) na moment przymrużył oczy. Przypomniał sobie siostrę, gdy ta moczyła nogi w Drwęcy, nim uciekła z Mazurem do Reichu. Miał wówczas skończone lat osiem i nigdy nie zobaczył już tego Mazura. A lubił, gdy na koń go wsadzał po lesie patatając. To wtedy właśnie Frank się zahartował i zmysły wyostrzył.

– Czy Ty jesteś Kostell, z hali Mirowskiej? – pytała kobieta wycierając mokre palce
o ceratę stołową knajpki „U Pani Basi”.

Frank przytaknął. Nie lubił oszukiwać kobiet. Coś jednak podpowiadało mu, że to nie jest kolejna Celina, która po przysłowiowym Snickersie uzna, że czas przyjąć Kostella na siebie. Chyba nie ma cukrzycy – zgadywał Frank. – Może dlatego się tak nieforemnie porusza? Detektyw Kostell polował na diabetyczki w fazie rozkładu i batonami wabił je do swojej oficyny za halą Mirowską. Oddawały mu się umazane w czekoladzie.

– Może Snickersa? – zagaił przytomnie, ale ona zdawała się nie słyszeć propozycji. Przeszła do rzeczy, bo nie od parady była kobietą. – Ktoś nam tu bruździ, nie uważasz, Frank?

Frank milczał tak, jak milczy każdy facet w obliczu gorzkiej porażki. Brużdżenie czuł nie od dziś, i nie od wczoraj. Czuł je od dawna.

– Ktoś bruździ w naszym kraju, Frank – powtórzyła. – Chciałabym, abyś to dla mnie sprawdził. Zapłacę, dużo zapłacę.

Frank nie był czuły na kasę, radził sobie. Bułgarska whisky nie kosztowała wiele. Pani Basia znajomym dawała na kreskę, a po tym, jak w pewną wigilijną noc, Frank uratował ją przed pożarem, zawczasu obrzygując gaz-kuchnię, sprzedawała mu po cenie hurtowej. Frank musiał tylko dorobić na wkładki do butów i czekoladę. Udawało mu się, ze zmiennym szczęściem, ale najczęściej się udawało. W końcu był detektywem. Ale jak każdy facet miał swoje zasady: brał tylko łatwe sprawy i od puszystych kobiet. Puszyste wzbudzały w nim zaufanie, matka była puszysta, a babka chuda. Frank nie ufał babce.

Zamoczył usta w szklaneczce whisky. Pachniała ziemią i pielgrzymką do Lourdes. Może nie jest taka zła, choć chuda – myślał, lustrując liche jej kilogramy.

– Ok. – wycedził przez blaszane zęby. – Przyjdź w piątek o tej samej porze. Spróbuję coś ustalić.

Kobieta wstała. Nieforemnie się poruszając, zbliżyła się do wyjścia, lecz tuż przed ostatecznym zapadnięciem w otchłań doków nad Wisłą, zdążyła się jeszcze odwrócić i rzucić uśmiech. Uśmiech był tkliwy, nawet bardzo. Ostatni raz patrzył tak na niego ks. Salamon, gdy Frank pokrywał dach papą. Frank parę lat robił w branży dekarskiej. Zbierał doświadczenia.

– Mam trzy dni – główkował detektyw Kostell. – Trzy dni, by dowiedzieć się, kto w tym kraju bruździ. Całe trzy dni – westchnął. – Czasu wystarczy. Pora się napić, aby się wzmocnić.

Tej nocy Frank wrócił później niż zwykle. Zazwyczaj wracał o dwudziestej, co jak na detektywa, może nie szokowało, ale Frank nie lubił chadzać wytartymi ścieżkami. Oryginalność to była jego mocna strona. Zwłaszcza, gdy w tłum się wtapiał. Zresztą nie cierpiał detektywów wracających nad ranem. Trzeba się wyspać, by zresetować umysł – taka była dewiza Franka – i trzymał się jej kurczowo i mocno. Był pierwszym, który się zjawiał u Pani Basi, rano, prosto z kurami (wiele ich było w dokach) i pierwszym, który zwykł lokal opuszczać. Najczęściej robił to tuż przed Dziennikiem. Frank nie lubił polityki, bo wiedział, że polityka nie lubi jego. Tym razem jednak został. Tym razem Frank Kostell, z zawodu detektyw, chciał wiedzieć, co w trawie piszczy. Dobry detektyw zawsze robi „risercz”,
a Frank znał swój fach, choć nie lubił o tym mówić. Wiadomo, tajemnica.

– Jeszcze whisky, Pani Basiu – krzyknął. – I proszę zrobić głośniej. Chce wiedzieć, co w trawie piszczy.

Tak, tym razem Frank wrócił później do domu. Było grubo po „Panoramie”, gdy na czterech łapach pokonywał schody. Zionął alkoholem i umęczeniem. Szybko runął na łóżko. Nie zauważył, że w zlewozmywaku były nieumyte naczynia. Czasami Frank bywał niespostrzegawczy. Zbudził się później niż zwykle, świtało. Łeb pękał od whisky i piszczenia w trawie. Wiele się Frank wczoraj dowiedział. Wiele widział sprzedajności, lizusostwa i gładkich słówek. Polityka to żmija – syknął Frank. A  żmije nie mają litości. Próbował układać: mozaikę zdarzeń, historię dnia poprzedniego, hierarchię celów. Próbował sobie przypomnieć kobietę, zlecenie, ale dziennik wieczorny wciąż piszczał mu w głowie. Trzeba oczyścić umysł – powiedział do siebie Frank . Tak to jest, gdy się przychodzi późno.

Lewatywy zażył już w dokach, u Ludomira. Ludomir robił najlepsze lewatywy w tej części nabrzeża. Nie oszczędzał na gruchach. A bywało, że powtarzał zabiegi. Słowem, dbał o renomę, nawet jeśli trochę oszukiwał przy wydawaniu reszty.

– Pochyl się no, Frank, wypłuczemy z ciebie nieczystości – zaśmiał się barytonem.

Frank się pochylił i pogrążył w rozmyślaniach. Ludomir z sekundy na sekundę ładował pozytywną energię. Teraz można było ruszyć na łowy. Teraz czas zacząć. Pierwsze kroki skierował do Episkopatu. Oni zawsze bruździli – szeptał w myślach Frank, którego od dziecka karmiono antyklerykalną literaturą. – Jesteś człowiekiem sowieckim – powtarzali mu często, ale Frank nie wierzył. Frank rzadko w coś wierzył.

Wrota biskupiego pałacu otworzyła milcząca zakonnica w welonie na głowie. Nic nie mówiła, ale nie zdziwiło to Franka. Jeśli potrafią bruździć, to mają wiedzą, jeśli mają wiedzę, to wiedzą o mnie, a jeśli wiedzą o mnie, nie muszą już pytać. Tak, niewątpliwie Frank miał coś ze scholastyka.

Milcząca zakonnica wiodła Franka w górę, po schodach, wyraźnie nadwyrężając detektywa haluksy. Ale nie robiło to na nim wrażenia, zwłaszcza że po lewatywie szło mu się lekko. Za to od paru, dobrych paru minut wpatrywał się w mięsiste pośladki swej przewodniczki. Czy je małą Cadbury, czy może dużego Wedla – próbował przenikać źródło  przyrostu masy. Chciał nawet zagaić, ale ona milczała niczym zamknięte pudło czekolady. W ciszy szedł więc za nią, krok za krokiem, wiedziony sacharynową pożądliwością. Schody były monumentalne, kręte i barokowo upstrzone. Tylko z wrażenia za barierkę nie chlupnij, Frank – powtarzał sobie w duchu.  Jego ojciec też tak zawsze powtarzał: tylko za barierkę nie chlupnij, synu. Dziadek Julian chlupnął i wiesz, co było. Tak, Frank pamiętał, co było. Dziadek Julian udawał św. Mikołaja i w pijackim widzie za barierkę chlupnął. Połamał swą pastorałkę! Od tamtej chwili Frank przestał wierzyć w świętych. To ludowy haszysz.

Dotarli na miejsce. Milcząca zakonnica wskazał Frankowi pokój, do którego drzwi były na oścież otwarte. Frank, jak zawsze, ruszył zdecydowanym krokiem. Ktoś się go wyraźnie spodziewał, ktoś wyraźnie dążył do konfrontacji. I rzeczywiście, po środku sali siedział 150 kilogramowy kardynał Riszel z nalaną twarzą. Ubrany w płaszcz purpurowy, sobole i czapkę palił tytoń w bursztynowej fajce. Wpatrywał się w telewizor, a pot obficie kapał mu z brody.

– Proszę usiąść –  rzekł chrypnącym głosem.

Ale na sali nie było żadnych krzeseł, jedyny fotel zajmował biskup, wciśnięty weń, jak truskawa w deser.

– Proszę siadać – ponaglał Riszel. – No proszę, proszę.

Frank usiadł na dywanie w kucki. Nie chciał po turecku, bo nie lubił Arabów, a klękanie przed obcym nie wchodziło w grę. Frank kucał, a biskup siedział. Do końca życia Frank będzie to sobie wyrzucał.

– Oczekiwaliśmy Pana, potrzebujemy dobrego dekoratora.

Już ja was urządzę – pomyślał Frank w mig łapiąc okazję. – Tak, jestem dobrym dekoratorem, najlepszym.

– To dobrze, to świetnie – sapał kardynał. – Ale to sprawa wielce intymna – dodał Riszel, choć się nie rozebrał. – Chodzi o remont małego pokoju na zapleczu, to tajemnica.

– Oczywiście, będę dyskretny – rzekł Frank z trudem ukrywając radość. Czyżby trop, czyżby trop już pierwszego dnia, masz intuicję Frank.

– Zgoda, proszę przyjść juro, dogadamy szczegóły. Siostra Izawieta pokaże Panu ów pokój. A teraz proszę mnie opuścić, czekam na „Córki McLeoda”.

Frank wstał, podziękował i wyszedł. Przy schodach znów czekała ta sama, milcząca siostra w welonie. Kim do licha jest ów McLeod i kim są jego córki? Trzeba to sprawdzić – Frank układał  plan śledztwa.

Pokój, który w milczeniu pokazywała mu niema amatorka słodyczy, znajdował się w piwnicy. Frank rozglądał się uważnie. Po środku stała metalowa prycza z przymocowanymi doń kajdanami, w prawym rogu stelaż na kamerę, a w lewym klozet. Ściany umazane były brunatnymi plamami. – Nie podoba mi się to, ale to jeszcze nic podejrzanego – zafrasował się Frank, albowiem trop zaczynał się rwać. Obiecał przyjść jutro.

Tego wieczora, pierwszego wieczora swego 3 dniowego śledztwa, Frank postanowił zajrzeć do Pani Basi od kuchni. Czuł, że może być śledzony i nie chciał jej narażać. Poprosił butelkę bułgarskiej whisky i w ciszy sączył ją na zapleczu. Co jakiś czas lubił tu przesiadywać, zgniłe ziemniaki przypominały mu o marnotrawstwie matki natury. Cieszyło to Franka, bo Frank nie lubił ekologów. Jeden taki, przebrany w worek ze słomy, uwiódł pierwszą kobietę Franka. Takich rzeczy się nie zapomina, takie drzazgi tkwią w ciele na całe życie. Jebane ekochujki od matki natury – powiadał Frank plując do rzeki Wisły i nie segregując śmieci. Widać na złość matce odmrażał sobie uszy.

– Znasz może córki McLeoda – przerwał naglę zadumę, kierując wzrok w stronę Pani Basi.

– To taki tasiemiec – odpowiedziała Basia, która z nudów oglądała wszystkie seriale Telewizji Polskiej S.A., choć nie płaciła abonamentu.

– Tak myślałem – syknął Frank .– A więc to ten pasożyt nam bruździ.

Jedynego McLeoda, którego nad ranem znalazł Frank w książce telefonicznej, po tym jak skacowany obudził się na zapleczu u Pani Basi, było prywatne przedszkole „U McLeoda”. Frank udał się tam tuż po śniadaniu. Przedszkole „U McLeoda” prowadziło pilotażowy program sieci gejowskich przedszkoli „Mam i ja”. Uczono w nich dzieci, jak się mają zachować, gdy już państwo nakaże je oddać do gejowskich adopcji. Frank coś o tym słyszał, musiał słyszeć. W końcu pod przedszkolem, co dzień zbierało się 120 mężczyzn, 65 kobiet, 2 psy i jeden koń od fundacji brata Alberta. A wszystko to by protestować i wznosić modły. Frank chciał ich uniknąć tłumów, źle robią śledztwu. Zaszedł od tyłu, jak zawsze zachodził, gdy chciał być incognito. Przeskoczył ogrodzenie i już był przy oknie. Patrzył, co się dzieje, a działo się dużo.

Najstarsi chłopcy biegali w sukienkach i butach na obcasach, a ich rówieśnice strzelały z karabinów, bawiąc się w wojnę. Chłopcy uciekali, a dziewczynki brały je w jasyr. Kazały gotować. Młodsze, przebrane za lolitki, śpiewały antykatolickie, sprośne piosenki w języku niemieckim, zaś maluteńkie szkraby bawiły się dildo, które to dildo, ku zdziwieniu Franka, przypominały po prostu wibrator. Wszystkiego doglądał facet w różowym swetrze i czarnych pończochach. Minę miał dobrotliwie SS-mańską.  Przynajmniej dzieci ciepło mają – smutnie kiwał głową Frank, któremu nie do końca podobał się kurs, jaki obrała nasza cywilizacja. Czasami nad tym myślał. – Na cóż pedałom dzieci, skoro się nie rozmnażają –  zbijał logice ćwieka. Ale gdy Frank tak sobie tłumaczył, półnagi murzyn wjechał na salę z wózkiem pełnym trufli. – Kurwa – nieomal zakrzyknął Frank, się przez to dekonspirując. – Prawdziwe trufle. Te dzieci jedzą trufle! Człowiek jest tym, co je – wspominał antyklerykalne lekcje czerwonego harcerstwa .  A one już jedzą trufle! Musiał dać za wygraną, nawet, jeśli trufle kształtem jak najbardziej przypominały kuciapkę.

Tej nocy, drugiej nocy swego 3 dniowego śledztwa, Frank Kostell nie mógł spać. Trop mu się rwał, jak rwą się majtki tanich kobiet w dokach. Frank był w kropce. Ktoś w tym kraju bruździł, a on nie wiedział kto. Męczyło to Franka, ale cóż, taki wybrał zawód. Nie spał już od 5 godzin, przewracając się z boku na bok. – A może masoni – wpadł na tę myśl niespodziewanie nad ranem, gdy kury dawno już przebudził kogut. Może nawet Żydomasoni. Bo jeśli nie Żydomason, to kto? Kropka, w której się znalazł Frank ewidentnie się powiększała. Nie ulega wątpliwości, że Frank zaczął się już chwytać brzytwy. W tym kraju mówienie o masonach to niepopularny temat, groził ostracyzmem, tzn. Kołymą. Jednego takiego masona Frank już raz spotkał, gdy razem naprawiali, nie tylko dach, w stołecznym mieście Poznaniu.

– Za wolno mulujesz – łypał na niego Sebek. – Kulwa, za wolno mulujesz, ni chuja lady nie damy.

Wtedy, gdy Frank cały umazany w murarce, spostrzegł zagadkowe łypanie okiem, myślał, że to tylko bandycka chciwość Sebka, zwanego „Masożydzichem”. Dziś widzi, że nieludzkiego tempo, mogło być tylko pretekstem dla podstępnego werbunku do bractwa Wolnomularzy. Byłem zbyt ostrożny – robił sobie wyrzuty Frank. – Mogłem go choć poczęstować czekoladą. Ale teraz rzucę się w otchłań piekła. Pytanie brzmiało więc nie czy, ale jak dotrzeć do Masożydzicha Sebka.

Masożydzicha Sebka otaczała półmroczna legenda kogoś, kto wszędzie maczał swojego malucha. Miał być ojcem połowy nieślubnych dzieci z ulicy Grochowskiej, ponoć, jako pierwszy, za całkiem żywą gotówkę, oddał swoje nasienie do Banku Spermy sp. z o.o. To właśnie Sebek poprzez liczne romanse miał załatwiać prywatyzację Domów Centrum i to wreszcie te Masożydzicho pomogło w karierze Stachurskiemu, w którego płytoteceo masoński przekaz rzeczywiście nie trudno. Tak, stanowił Sebek na wpół legendę, zdawało się, że był wszędzie i jadł wszędzie, tym trudniej więc było do niego trafić. Na szczęście miał swoje zwyczaje, znane tylko wybrańcom. W każdą, 42 niedzielę roku przestępnego spotkać go można było na meczu szczypiorniaka z innymi przyjaciółmi – powiadają, że też Masożydzichami – gdzie do upadłego tłukli w ręczną, brutalnie się przepychając pod bramką. Sebek z racji swego libido grał obrotowego. Dzielił i rządził na boisku, mimo iż w masońskiej hierarchii bynajmniej nie stał aż tak wysoko.   Od razu rozpoznał Franka, który, co jak co, ale dobrego szczypiorniaka potrafił wyśledzić.

– Kopę lat, kutafonie – krzyknął na widok Franka.

– Właściwie to tuzin.

– Co?

– Tuzin lat, Sebku, się nie widzieliśmy całe 12 lat!

– A jak zawsze byszczacha – łypnął okiem Sebek .– Zaglasz z nami?

Frank nie miała ochoty zagrać z nimi. Nie to, że nie lubił sportu, owszem, czasami coś tam pogrywał w dokach. Ale przecież nie sport był jego zajęciem. A Frank uchodzić chciał za maksymalistę, po innym Maksymilianie, niejakim jakobinie. Gdy szkolni koledzy grali w zbijaka, Frank wolał swe detektywistyczne gierki. Gdy chcieli go delikatnie zachęcić (rusz się, kurwa Frank i podaj piłkę), on wolał ich śledzić, a gdy namawiali go do wspólnych obozów sportowych, on wkradał się do ich domów i patrzył jak ich matki sypiają nago. Z pewnością Franka uważano w szkole za dziwaka, ale zbyt dużo wiedział, by móc go prześladować. Teraz musiał jednak zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Wspólny pot to najlepsza droga dla wspólnej konspiracji.

Grał z poświęceniem, nie zważając na ostre haluksy. Co rusz obrywając mokrą, ciężka piłką w pysk, w dzikim szale szczypiorniaka ścierał kolana, a z dłoni mu schodził naskórek. Ledwo dyszał i charczał śliną. Już podczas meczu, nie czekając dogodnego momentu (prawdziwy detektyw sam kształtuje swe śledztwo) rzucał werbalną przynętę. – „Koniec z Kościołem” – krzyczał – „Pieprzyć kleryków”, „Czarni ciężarni”, „Gwiazda polarna”- ale zdawało się, że nic nie wskórał i nikt nie łapał jego aluzji. Spróbował więc zagrać na nieco ordynarniejszej strunie. – Świetnie mulujesz, świetnie mulujesz, gdzie się tego nauczyłeś – śmiał się Frank niby to doceniając przeciwnika. Niestety Frank nigdy nie dowiedział się, gdzie koledzy Sebka nauczyli się tak świetnie mulować. Pośród ogólnego śmiechu, Sebek się poczuł dotknięty, że to do sebkowych wad pije Frank Kostell. Detektyw był przez to zmuszony przyjąć trzy szybkie w mordę i dwa kopy w piszczel. Na moment stracił przytomność.

Gdy się ocknął nie było już Sebka, nie było innych szczypiornistów, leżał Frank obolały na ziemi, a krople deszczu delikatnie muskały czoło. Wściekły wwlekł się z boiska i ruszył w stronę doków. Kolejny pomysł okazał się niewypałem. Jeszcze tam, na wolnomularskiej ziemi z betonu, poczuł, że krew kapie mu z nosa. Sprawdził koniuszkiem języka. Zgadzało się: O RH+, a więc własna. Frank potrafił rozpoznać grupę krwi, nie tylko zresztą krwi, w końcu w pogotowiu był mechanikiem. Szedł, smakował krew niczym słodkawego ptysia, aż wreszcie zgłodniał. W rzeczy samej, od rana, poza kanką łamliwej Milki, niczego nie gościł w ustach. Teraz zechciał sprawić sobie coś konkretnego, bardzo konkretnego: w beszamelu byliny z bakłażanem – myślał sobie, ale zmuszony brakiem gotówki poniechał zamiaru. Wziął ogórkową, bulgotała, choć od paru miesięcy u Franka się przecież nie przelewało.

– Gdybyśmy mieszkali w jakieś cywilizacji – historiozoficznie dumał nad talerzem zupy. – Gdybyśmy byli na wyższym, lepszym szczeblu rozwoju, to bym po ty, strzale w mordę od tego masonicha zaszedł do adwokata i dostał odszkodowanie. Frank wyraźnie nie mógł ścierpieć poniżenia.  – A i klientka by się musiała dorzucić, głupia suka. Poszedł bym do najlepszej, najbardziej kutej na…. Albo nie, poszedłbym do znajomej, ta nie oskubie. Poszedłbym do jakieś cwanej, znajomej adwokatki, która by jebanych Żydków pogoniła z torbami. Oj pogoniła by masonków w pizdu, ta moja znajoma, by pogoniła ich. Rozeźlony Frank coraz bardziej się zaperzał, co było oczywiste. Wszak od małego matka nie nosiła go w chuście.  – O np. Julita by to była, o tak, jebaniutka Julita by im nawrzucała. Prawnicy potrafią, kto jak kto, ale prawnicy potrafią nabruździć. W tej chwili dreszcz emocji wstrząsnął detektywem Kostellem, który z miną rasowego psa rasy Yorkshire, fuknął i wybiegł z lokalu. Zostawił ogórkową, swój głód i zdrowe odżywianie. Adwokaci potrafią nabruździć, że teżo tym wcześniej nie pomyślałem.

Frank miał rację Julita była adwokatem i potrafiła nawrzucać już za same adwokatem ją zwanie. Żądała, aby nazywać ją adwokatką, nie jadła mięsa i nie posiadała ani jednego dziecka. Choć była pulchna, za co cenił ją Frank osobiście. Po kątach szeptano, że jest lesbijką, i nic dziwnego, nosiła się przecież na krótko. Sławę zdobyła głośną sprawą świnia Iwona vs Maria Magdalena. Frank pamiętał tę sprawę, wtedy ostatni raz widział Julitę i ostatni raz postawiła mu bombonierę z wiśnią. Grupa bojowniczek pozwała wówczas burmistrza Otwocka, za słowa, że „nawet Maria Magdalena w grzesznym życiu by się tak nie zeświniła.” Julita przyjęła sprawę, reprezentowała je w sądzie rzucając się w wir pracoholizmu. Świeciła się w reflektorach. – Ta oto świnia Iwona – zaczynała swą słynna sądową przemowę – nigdy by sobie nie pozwoliła na seksualne uleganie pastuchom. Ta świnia Iwona, gdyby tylko mogła i miała świadomość, nie pogardziłaby swą wolnością, kobiecością i nie wskoczyła do łóżka patriarchalnego Jeruzalem. Nie potrafi nawet dobrze skakać, tak małe ma nóżki. Ta świnia jest symbolem cichej wolności i być może to właśnie ona, winna być symbolem niezależności. Przemówienie Iwony, kolportowane przez feministki tajnie, jawnie, a często i przymusowo, głównie w gimnazjach i sierocińcach na wsi w świętokrzyskim, wywołało obrazoburczy skandal. Episkopat grzmiał o zamianie krzyżów na świńskie ryje, ktoś się przykuł do rzeźni, tradycjonaliści przestali jeść mięso, a zdarzało się, że feministkom chciano nawet golić pachy. Ale poniechano, bo te już na głowie były przecież bez włosów. Tylko Julita wyszła dobrze na całym tym zamieszaniu, choć przez pierwszy miesiąc chowała świnię Iwonę przed gniewem tłumu i stacją TVN. Od tej pory Julita, przezywana „śwynską mecenas”, zarabiała krocie na sprawach o zniesławienie i zezwięrzęcające zniewagi. Napisała nawet biografię.

Frank biegł (te pieprzone haluksy) Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem, Ujazdowskimi, ale Julity nie było. Dawno minął już czas, gdy można było spotkać ją z mandoliną przy Czerniakowskiej. Teraz to, kurwa, wielka Pani mecenas – wściekał się Frank. – Już nie chce się brzdąkać i ssać ciągutek. Próbował ją jakoś namierzyć, cały następny dzień się błąkał po mieście, odwiedził jej matkę, lecz ta porzucona i niekochana przez córkę, zacięcie milczała. Odwiedził jej ojca, lecz ten ośmieszony „pedalskim feminizmem” przeklął Franka, tak jak przeklął swą jedynaczkę. Próbował się Frank dostać do tzw. podziemia, gdzie feministki tymczasowo się ukrywały, ale nie wiedział gdzie i do kogo ma się zwrócić po tajne hasło. Zostawił kartkę w drzwiach kancelarii Julity, dzwonił z budki, wysłał smsy przez darmową bramkę internetową, lecz wszystko na nic. Użył nawet teletekstu, na który kiedyś ponoć przypadkiem spojrzeć prawie miał sam Kapuściński Ryszard, ale widać ten, już wówczas nie ogarniał świata. Słowem, wszystko zawiodło, łącznik ze światem prawników i milionowych szwindli tajemniczo się zapadł pod ziemię.

W piątkowy poranek, czekał Frank na swoją klientkę, ale miał nietęgą minę. Nie wyjaśnił sprawy. Owszem, miała kilka hipotez, ale wszystkie upadły. Nadal nie wiedział, kto bruździ w jego kraju. Tego dnia Frank nie pił. Przyniósł tylko dwie rurki z kremem i czekał. Ale nieforemna kobieta nie przyszła. Nie stanęła w drzwiach i nie moczyła nóg w whisky.  Frank czekał cały dzień, i noc, i jeszcze dzień. Czyżby coś się stało – szepnął do siebie dziwnie, ale zaraz zawołał whisky od Pani Basi. Widać od losu otrzymał bonus na dalsze śledztwo. Wypił haustem dwa sztosy i wyszedł na ulicę. Tym razem na Wiejską, do Sejmu.

  1. lowca_de
    08/04/2010 o 4:22 am

    majorze – jakas koncepcja w tych wedrowkach ?
    frank taki niedorysowany jest…pomysly cie zzeraja czy cus?

  2. jerry
    08/04/2010 o 9:08 am

    Ten Frank, to mały Franuś, czy jak?

    P.S.Strasznie długaśne to opowiadanko…

    P.S.2.I nie sramy w majteczki, nie sramy.:))

    P.S.3.A właśnie, jak tam mały Franuś?

  3. vHF
    08/04/2010 o 9:24 am

    Majorze,

    To cie moze zaciekawic, zwlaszcza w kontekscie Twoich niedawnych wynurzen o szejkach, Abramowiczach i lidze angielskiej:

    http://www.guardian.co.uk/football/blog/2010/mar/28/barcelona-real-madrid-spain

  4. 08/04/2010 o 10:34 am

    Bo to jest antydetektyw i antyśledztwo. Wszystko, co robi jest nielogiczne, rządzi nim stereotyp albo przypadek, jest zupełnie niesamodzielny itp.

  5. 08/04/2010 o 10:40 am

    jerry – Franek, ok, śpi, je i robi kupę. Zupełnie jak gracze z RM;)

    Vhf- fajne, ale trochę wałek jest w tym artykule. Przede wszystkim do niedawna Anglia też miała niskie podatki i obficie na tym korzystała. Dwa, Barca miała zysk tylko 8 mln, bo wydała mnóstwo na premie za 6 pucharów. Trzy, gra na krechę, to w futbolu norma, patrz United.

    La Liga ma jeden, dobry socjalny pomysł. To kibice wybierają prezesów, przez co futbol przestaje być typowym biznesem jak dla Glazera albo jakiegoś szejka. Natomiast rynek psuje ten głupek Perez, przez niego za każdą gwiazdę trzeba zapłacić 15-20 baniek więcej. I teraz patrząc na to jak grają Sneider czy Robben po odejściu z tego syfiastego klubu, może się gwiazdorki 2 razy zastanowią czy warto iść do Madrytu.

  6. jerry
    08/04/2010 o 11:27 am

    Syfiastego klubu? Sramy w majteczki, co?:))

  7. tamizdat
    08/04/2010 o 3:58 pm

    Ha, wszystko idzie po Twojej myśli. Sromota drużyn z Anglii (swoją drogą to fascynujące, że tak dobrze żarło i zdechło) dobra gra Barcy. Gdybym był złośliwy powiedziałbym, że bardzo dobrze, że tak znakomicie idzie bo będzie bardziej bolało gdy nie wyjdzie :-) Ale ja nie jestem złośliwy, a Real mnie ani ziębi ani grzeje.

  8. 08/04/2010 o 5:28 pm

    tamizdat :

    Ale ja nie jestem złośliwy, a Real mnie ani ziębi ani grzeje.

    I to Twój błąd;)

  9. MARIUSZ R. FRYCKOWSKI
    08/04/2010 o 7:09 pm

    Jak major z byłym majorem:):):)Cieszę się, że moja dawna propozycja zaowocowała blogiem w tym miejscu. Były salonowiec pozdrawia byłego salonowca:)

    ZeZeM:)

  10. 08/04/2010 o 8:50 pm

    Pozdrawiam

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: